Co mogą zrobić Amerykanie? Część 1

Każda efektywna strategia wymaga rozumienia własnych ograniczeń, zarówno związanych z podstawami własnej potęgi, jak i istniejącymi zobowiązaniami mocarstwa. Jakakolwiek strategia ślepo wspierająca na przykład demokrację i wszelkie państwa demokratyczne oznacza nieprzestrzeganie i niezrozumienie ograniczeń wynikających z faktu, że największe nawet zasoby i tak są ograniczone.

(Fot. pixabay.com)

Obrona szeroko pojętego Zachodu i statusu anglosaskich mocarstw morskich w XX wieku wiązała się przecież z negocjacjami i transakcjami ze Związkiem Sowieckim. Przykładami kalkulacji własnej potęgi w relacji do kosztów polityki są różne rodzaje i zakresy współpracy ze Stalinem w czasie II wojny światowej, a potem z różnymi dyktatorami w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Południowej, Afryce i Azji podczas całej długiej zimnej wojny.

Patrick Porter, posługując się przykładem Paktu Północnoatlantyckiego, twierdzi: „NATO nie istnieje po to, by bronić słabych i podatnych na zagrożenia państw, które żyją w cieniu gigantów, ani po to, by było deliańską ligą krzyżowców walczących o demokrację. Istnieje po to, by chronić świat północnoatlantycki. Częścią tego zadania jest negocjowanie odległości strategicznej z zewnętrznymi mocarstwami i uspokajanie ich z pozycji siły, a nie wypełnianie przestrzeni strategicznej i antagonizowanie ich z pozycji zaangażowania ponad własne siły.

Według Stephena Walta Stany Zjednoczone w swojej polityce wobec Azji i Pacyfiku borykają się z problemem strategicznym zwanym Goldilocks, który polega na próbie znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak prowadzić politykę regionalną, by była ona tak dokładnie i prawidłowo skalibrowana, aby jednocześnie nie stała się zbyt konfliktowa i antagonizująca, gdyż czyniłaby nadmiernie obciążającymi zobowiązania spoczywające na USA oraz zwiększałaby rywalizację pomiędzy USA a Chinami, a także pomiędzy sojusznikami USA a Chinami, co wzmacniałoby „stronnictwo jastrzębi” w Chinach. Polityka wobec Chin nie powinna być zbyt „zimna i twarda”, bo spowoduje u sojuszników USA w Azji skłonność do autonomicznego balansowania względem Chin do poziomów ryzykownych dla Waszyngtonu, a korzystnych dla tych państw.

 

Z kolei amerykańska polityka postrzegana przez sojuszników jako nadmiernie ustępliwa i obojętna wobec rosnącej potęgi Chin może skłonić sojuszników do przeorientowania swojej polityki bądź na zgodną z życzeniami i interesami Pekinu, bądź na grupującą państwa regionu w blok przeciw Chinom, ale bez udziału i kontroli USA. Stworzenia w ten sposób niekontrolowanego regionalnego układu sił obawia się Waszyngton, kierujący się nadal wielką strategią prymatu.

 

Niemniej jednak warto pamiętać, że państwa skonfrontowane z prawdopodobieństwem nieograniczonej rywalizacji, mając pole manewru i możliwość dokonania wyboru ścieżki niekonfrontacyjnej, starają się rywalizacji jednak nie wybierać. Ostatnie dwa lata powinny pokazać elitom USA, że jeśli chodzi o biznes, wymianę handlową i interesy ekonomiczne, bieżące stosunki międzynarodowe charakteryzuje kruchość i wynikająca z niej obawa przed pełną rywalizacją strategiczną o dominację pomiędzy USA a Chinami.

 

Należy pogodzić się z faktem, że państwa co do zasady rywalizują ze sobą w ramach istniejących i funkcjonujących w „systemie światowym” zasad i reguł, w tym także w ramach tego rozwijają swoje zdolności obronne, utrzymują i nawiązują kontakty z sojusznikami i partnerami, chcą kontrolować zasoby i mieć do nich dostęp oraz generalnie starają się zachowywać pozycję uprzywilejowaną wobec innych graczy. Niemniej jednak czyniły to, jak dotąd, uznając w sposób bezpośredni lub dorozumiany prymat USA i sygnowany przez USA system światowy składający się na architekturę z Bretton Woods.

W sytuacji narastającej rywalizacji, gdy przyszłość prymatu USA jest niepewna, a gwarancje i obecność strategiczna USA – dyskusyjne, państwa stają się bardzo nerwowe i niechętne do konfrontacji, gdy napięcie rośnie, czasem aż do granic konfliktu zbrojnego. Powinni o tym pamiętać Amerykanie, liczący w kalkulacjach strategicznych, ale także wojskowo-operacyjnych, na trwałość zarysowującego się bloku sojuszniczego wymierzonego w rosnące Chiny, jeśli wzrost ich potęgi będzie nieprzerwany.

 

O ile trudnym zadaniem jest takie przygotowanie wielkiej strategii, by po prostu zadziałała, o tyle jeszcze trudniejsze byłoby realizowanie wielkiej strategii polegającej na zmniejszeniu zaangażowania (ponieważ Amerykanie po II wojnie światowej przyzwyczaili się do własnego prymatu i, co więcej, uważają, że ład międzynarodowy oparty na amerykańskim prymacie był korzystny dla świata i dla światowego rozwoju gospodarczego i społecznego). Trudne byłoby nawet wcielenie pomysłu niewiele tylko odchodzącego od prymatu, czyli – jak argumentuje Porter – nie tyle porzucenia regionu zachodniego Pacyfiku i Azji Wschodniej, ile jedynie ograniczenia obecności i dotychczasowego zaangażowania oraz przemiany strategii w tzw. balansowanie z bliska (onshore balancing – w przeciwieństwie do offshore balancing), zwane także „balansowaniem spoza linii horyzontu” (over-the-horizon balancing). Byłoby to trudne do przeprowadzenia chociażby z tego powodu, że po tym, jak USA odeszły od obrony jedynie własnego kontynentu, stając się najpierw mocarstwem morskim na Atlantyku i Pacyfiku, a następnie w XX wieku supermocarstwem globalnym, perymetr obronny interesów USA stał się de facto ruchomy, przesuwając się (w zależności od płynnych układów sił i powstających w ich wyniku zagrożeń) wzdłuż całego eurazjatyckiego Rimlandu i w jego głąb, co manifestowało się budowaniem systemu licznych baz oraz zmiennymi losami amerykańskich kolektywnych i dwustronnych sojuszy w danym regionie Rimlandu, wspartych, jak zawsze, przez amerykańską zdolność do projekcji siły wojskowej z dala od macierzystych portów i baz na kontynencie amerykańskim.

 

Teoretycznie mamy do czynienia z trzema modelami zmniejszenia zaangażowania Stanów Zjednoczonych w sprawy globalne. Pierwszym jest „wycofanie do zachodniej półkuli”, czyli wycofanie się Ameryki z zachodniego Pacyfiku i Azji Wschodniej, z Bliskiego Wschodu oraz Europy po 70 latach obecności strategicznej w tych regionach świata. To wiązałoby się z wycofaniem sił zbrojnych, likwidacją baz wojskowych oraz, siłą faktów, sojuszy i relacji dwustronnych USA z partnerami i sojusznikami w zakresie bezpieczeństwa.

Wówczas Stany Zjednoczone stałyby się mocarstwem realizującym strategię „balansowania na odległość”, które z racji swojej dominującej pozycji na zachodniej półkuli i naturalnej, organicznej potęgi i posiadanych zasobów i tak wpływałoby na zachowania innych mocarstw i państw, interweniowałoby tylko w sytuacji ekstremalnej i dość późno, gdyby w Eurazji pojawiła się realna groźba zaistnienia jednego potężnego hegemona. USA w tym modelu zachowałyby cokolwiek słabsze, chociaż wciąż istotne zdolności wojskowe do projekcji siły, ale całe siły zbrojne stacjonowałyby w bazach zlokalizowanych na zachodniej półkuli. Amerykanie zachowaliby zapewne także niezbędną bazę przemysłową do produkcji wojskowej na wypadek wojny.

Logika stojąca za tym modelem i jego uzasadnieniem zakłada, że inne mocarstwa same zadbałyby o stabilny układ równowagi, uwalniając zasoby USA do bardziej palących aktualnie spraw wewnętrznych, takich jak kulejąca edukacja i infrastruktura oraz reindustrializacja. Geopolitycznie sprowadzałoby się to do wykorzystania najlepszej pozycji geograficznej na globie, jaką zajmują Stany Zjednoczone, odgrodzone od potencjalnych potężnych wrogów i zagrożeń przez dwa olbrzymie oceany, a uzyskany w ten sposób czas i zasoby pomogłyby przywrócić właściwy bilans w społeczeństwie i gospodarce amerykańskiej. Zaletą tego modelu byłby mniejszy budżet Pentagonu, zmniejszone ryzyko prowadzenia własnych niekompatybilnych z USA polityk przez państwa w regionie, opartych na potędze USA, a nie własnej, oraz eliminacja ryzyka wojen na peryferiach, takich jak wojna w Korei, Wietnamie czy Iraku.

Negatywnym skutkiem modelu odejścia na zachodnią półkulę byłaby utrata wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako gwaranta bezpieczeństwa. Dużo trudniej byłoby realizować realną pomoc wojskową, poza wymiarem finansowym oraz w jakimś zakresie dostawami broni, bez baz, infrastruktury oraz bez stałych sojuszników. Aktywne balansowanie z daleka w wymiarze wojskowym stałoby się trudne. W razie dużej wojny USA musiałyby z powrotem wywalczyć dostęp do teatru operacyjnego, jak miało to miejsce w czasie II wojny światowej w Europie (Sycylia, Włochy, Normandia) i na zachodnim Pacyfiku.

Oznaczałoby to opuszczenie Europy przez NATO i wycofanie stąd wojsk USA oraz przekazanie Europejczykom lub UE, albo konkretnie Niemcom, roli gwaranta bezpieczeństwa w Europie. Oznaczałoby to również koniec traktatu obronnego z Japonią, wycofanie wojsk USA z Korei Południowej i wycofanie większości wojsk z rejonu Zatoki Perskiej. Zwolennicy tego modelu nie dają także odpowiedzi, czy nowy układ równowagi powstałby łatwo, co by się działo z proliferacją broni atomowej, gdyby w wyniku upadku architektury bezpieczeństwa zagrożone zostało elementarne bezpieczeństwo takich potęg gospodarczo-naukowych, jak Japonia, Korea Południowa czy Niemcy.

Zapewne oznaczałoby to także, że Indie, Rosja i Korea Południowa same balansowałyby przeciw Chinom i przy okazji przeciw sobie samym, chyba że byłyby na tyle przerażone perspektywą dynamicznego wzrostu potęgi Chin, grożącej pełną ich hegemonią w Eurazji, że zjednoczyłyby wysiłki. To z kolei oznaczałoby porzucenie podejmowania prób demokratycznych w Chinach oraz pogodzenie się z faktem, że Tajwan jest sprawą wewnętrzną Chin. Oznaczałoby to też obiektywną konieczność utrzymywania przez Waszyngton relacji z Moskwą jako pivotalnym mocarstwem balansującym wpływy UE czy też w przyszłości superpaństwem nowego bloku powstałego po upadku projektu UE wokół potęgi gospodarki niemieckiej w Rimlandzie europejskim. Rosja byłaby wówczas pomocna USA także do balansowania wobec wzrostu potęgi Chin w Rimlandzie wschodnioazjatyckim oraz na lądowym Nowym Jedwabnym Szlaku, a także wobec nowych rosnących potęg na Bliskim Wschodzie, który geograficznie łączy zarówno lądem, jak i morzem Rimland Azji i Rimland Europy.

Materiały do pobrania
Co mogą zrobić Amerykanie? Część 1
Autor Jacek Bartosiak
Założyciel i właściciel Strategy&Future, autor książek „Pacyfik i Eurazja. O wojnie”, wydanej w 2016 roku, traktującej o nadchodzącej rywalizacji wielkich mocarstw w Eurazji i o potencjalnej wojnie na zachodnim Pacyfiku, „Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju”, wydanej w 2018 roku, i „Przeszłość jest prologiem" z roku 2019.
Data 05 / 2021
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką prywatności.