Dlaczego nie latamy w kosmos?

„Zdecydowaliśmy się w ciągu nadchodzących dziesięciu lat polecieć na Księżyc i dokonać innych rzeczy nie dlatego, że są łatwe, ale właśnie dlatego, że są trudne, a przez to zmuszą nas do lepszej organizacji i wykorzystania wszystkich naszych umiejętności”. – J.F. Kennedy

Przez lata z powiedzeniem „polski program kosmiczny” spotykałem się wyłącznie przy okazji żartów, najczęściej związanych ze skonstruowanym na szybko, dziwnym, często bezsensownym „wynalazkiem”. Do dziś nie za wiele się zmieniło. Chciałbym więc zapytać: Dlaczego pomimo posiadania stosunkowo dobrego zaplecza naukowego i technologicznego nie mamy przemyślanego i ambitnego programu kosmicznego?

(Fot. pixnio.com)

Na czym polega problem?
Poza garstką pasjonatów nikt się kosmosem nie interesuje. Temat ten nie istnieje w polskim dyskursie politycznym. Wydaje się jednak, że problem nie tkwi tylko w postawie samych polityków, ale szerzej – w nastawieniu Polaków do dużych i trudnych projektów. Trudno oczywiście wymagać od opinii publicznej poważnego zajęcia się tematem kosmosu, gdy mimo wszystko pozostaje on dosyć hermetyczny i na pierwszy rzut oka bardzo odległy. Jak wspomniał Jacek Bartosiak w artykule „Dlaczego?”, jesteśmy bardzo często przekonani, że możemy tylko kopiować rozwiązania przyjęte na Zachodzie. Dopiero po kilku latach od pojawienia się pewnych tematów w zachodniej debacie można zacząć o nich mówić w Polsce. Mam nieodparte wrażenie, że w odniesieniu do kosmosu nie działa nawet ten mechanizm, a nasze zapóźnienie jest o wiele głębsze. Jednym z bardziej jaskrawych przykładów jest reakcja opinii publicznej na temat powołania pełnomocnika ds. kosmosu w ministerstwie obrony. Poza portalami branżowymi, które podeszły do tematu poważnie, dominowały niewybredne żarty i ogólna prześmiewcza atmosfera. Można to oczywiście zrzucić na karb wojenki politycznej (przy utworzeniu Space Force w USA można było zobaczyć podobne reakcje, a na platformie Netflix powstał nawet serial komediowy o takiej samej nazwie), nie zmienia to jednak faktu, że taka atmosfera nie pomaga w konstruktywnym podejściu do tematu.

 

Nie mówię tu o naszych przedsiębiorcach czy naukowcach, którzy mają wiele osiągnięć i rozumieją znaczenie przestrzeni kosmicznej. Mówię o nas i o naszej społecznej mapie mentalnej. O sposobie myślenia nie tylko o kosmosie, ale również o innych wielkich projektach, które wymagają śmiałej wizji i podjęcia ryzyka. Często słyszę pytania, po co w ogóle mamy latać w kosmos, skoro tyle spraw wokół nie jest rozwiązanych. Skoro brakuje pieniędzy na służbę zdrowia, drogi czy edukację, to po co nam kosmos?

 

Powodem tych pytań jest niezrozumienie sytuacji i myślenie o kosmosie jako o odległym świecie, który nie ma dużego przełożenia na nasze codzienne życie. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do dogodności, jakie on niesie, że nie zauważamy nawet tego, jak wiele z otaczających nas rzeczy ściśle na nim polega. A przecież każdego dnia używamy GPS-u, Internetu czy korzystamy z prognozy pogody. Ta zależność od technologii kosmicznych będzie tylko rosnąć.

 

Rewolucja kosmiczna

Nowy wyścig kosmiczny, który ponownie przyśpiesza, można porównać do wydarzeń z pierwszego stulecia wielkich odkryć geograficznych ze wszystkimi ich implikacjami dla gospodarki światowej. Odkrycie Ameryki, a później morskiej drogi do Indii i na Daleki Wschód zmieniło szlaki handlowe przebiegające od stuleci przez centrum Eurazji. Doprowadziło to w końcu do tego, że peryferyjny dla systemu światowego półwysep europejski zdominował cały glob. Rzeczpospolita, z racji swojego lądowego położenia w oddaleniu od morskich szlaków handlowych, a także z powodu struktury swojej gospodarki oraz lekceważącego podejścia do handlu, nie wzięła udziału w tym projekcie. Skutki tej absencji odczuwamy do dziś.

 

Wymagania zarówno technologiczne, jak i finansowe diametralnie spadają, próg wejścia nie jest już szczególnie wysoki, a tym bardziej zarezerwowanym tylko dla mocarstw. Dziejąca się właśnie rewolucja kosmiczna sprawia, że kosmos staje się dla nas coraz bardziej dostępny. Spadające koszty produkcji i wynoszenia satelitów dają nowe możliwości obrazowania i przesyłu danych. Przykładem mogą być konstelacje satelitów, czyli jeden z głównych trendów w przemyśle kosmicznym. Tanie, małe obiekty wynoszone w wielu egzemplarzach pozwalają na zupełnie nowe podejście do przestrzeni kosmicznej. Nie potrzebujemy już niezawodnych i ciężkich, a co za tym idzie, drogich instrumentów, skoro możemy wystrzelić ich więcej, nie przejmując się zbytnio ich jakością. W razie awarii jednego czy nawet kilku z nich na orbicie nadal znajduje się przynajmniej kilkanaście innych, które przejmują ich zadania i awaria w żadne sposób nie wpływa na jakość usługi. Starlink Elona Muska, chyba najbardziej znany tego typu projekt, jest tylko jedną z wielu takich konstelacji rozwijanych przez firmy z całego świata, w tym również z naszego kraju.

 

Dziś na naszych oczach powstaje nie tylko nowy sektor gospodarki, ale cała nowa ekonomia. Wydobycie surowców i przemysł kosmiczny to w perspektywie najbliższych lat rynek wart biliony dolarów. Zasoby te są już na wyciągnięcie ręki i biorąc pod uwagę plany zawodników, jest już tylko kwestią czasu, aż ktoś je w końcu pochwyci. Kto zrobi to pierwszy, będzie miał nie tylko dostęp do ogromnych surowców, ale będzie również określał zasady i standardy panujące w przestrzeni kosmicznej. Tym dzisiejszy wyścig różni się od zimnowojennego. Nie chodzi w nim tylko o respekt i wbicie flagi. Tym razem chodzi o dolary. Niewyobrażalnie dużo dolarów.

 

„Wszechświat to ocean, Księżyc to wyspy Diaoyu, Mars to wyspa Huangyan. Jeśli nie polecimy tam teraz, gdy jesteśmy w stanie to zrobić, będziemy obwiniani przez naszych potomków. Jeśli inni dotrą tam pierwsi, przejmą nad tym władzę i nie będziemy już mogli tam dotrzeć, nawet jeśli będziemy chcieli. To jest wystarczający powód”. Ye Peijian, główny dowódca programu Chang’e

 

Wracając więc do pytania, czy stać nas na rozwijanie własnego programu kosmicznego, lepiej zapytać, czy stać nas na jego brak? Rewolucja dokona się także bez nas. Dlaczego więc nie wziąć w niej udziału jako jej pełnoprawny uczestnik i to w momencie, gdy jest jeszcze dla nas miejsce?

 

Ambitna misja rozwojowa

Potrzebujemy misji rozwojowej z ambitnym celem do wykonania. Misja taka z założenia musi być trudna i wymagać od nas stworzenia nowych rozwiązań. Jednym z oczywistych kierunków jest Księżyc. Pomysł wydawałoby się absurdalny, ale czy na pewno?

 

Raz stworzone technologie będą już trwałą wartością dodaną. Oczywiście renoma naszego kraju i naszych firm na arenie międzynarodowej tylko by na tym zyskała. Wysłanie misji na Księżyc jest dużym wyzwaniem. Jednak w skali dekady nie byłoby to ponad nasze siły. Wystarczyłoby choćby wysłanie sondy na jego orbitę. Nie musimy od razu lądować na jego powierzchni. Możemy celować bliżej. Ważne jest, by przede wszystkim postawić sobie jasno zdefiniowany cel i spróbować go zrealizować.

 

Innym pomysłem, który wydaje się możliwy do zrealizowania, jest misja naukowa w stronę tzw. księżyców Kordylewskiego. Są to obłoki pyłowe odkryte w 1961 roku przez polskiego astronoma Kazimierza Kordylewskiego. Znajdują się one w punktach libracyjnych L4 i L5 układu Ziemia–Księżyc. W punktach libracyjnych oddziaływanie grawitacyjne Ziemi i Księżyca równoważy się. Obiekty znajdujące się w tych obszarach pozostają w tym samym miejscu względem tych dwóch obiektów. Przewiduje się, że miejsca te będą niezwykle ważne dla transportu, handlu i przemysłu. Z perspektywy geografii kosmosu można je porównać do bezpiecznych portów lub wzgórz górujących nad dolinami. I tak jak mocarstwa morskie posiadają porty, z których ich marynarka może prowadzić projekcję siły w celu ochrony morskich linii komunikacyjnych, tak możliwe, że punkty libracyjne będą miejscami, z których flota kosmiczna będzie ochraniać „niebiańskie” linie komunikacyjne. I jak punkty L1 i L2 zostały stosunkowo dobrze zbadane przez misje amerykańskie i chińskie, tak w rejony księżyców Kordylewskiego nie została wysłana jeszcze żadna misja. Istnienie tych księżyców potwierdzono bezsprzecznie dopiero w 2018 roku, a do dzisiaj wiedza o nich, a także o naszym astronomie, nie jest zbyt powszechna. Dlaczego by tego nie zmienić?

 

Byłoby to oczywiście przedsięwzięcie bardzo trudne, ale nie niemożliwe. Musielibyśmy wytworzyć szereg technologii, które pozwoliłyby nam się tam dostać. Pył znajdujący się w tych miejscach byłby niebezpieczny dla sondy. Dodatkowym niebezpieczeństwem jest istnienie pasów Van Allena, czyli obszarów, gdzie występują silnie naładowane cząstki. Znalezienie się instrumentów kosmicznych w tych obszarach grozi przepaleniem ich elektroniki. Jednak te przeciwności nie powinny nas zatrzymywać, ale wprost przeciwnie – motywować do ich pokonania. Technologia, jaka musiałaby zostać stworzona na potrzeby takiej misji, byłaby bardzo zyskowna. Za całą misją przemawia również Polski wątek odkrycia. Kazimierz Kordylewski przez lata prowadził badania nad tymi obszarami. Proponował nawet, by nazwać je księżycami polskimi, środowisko naukowe nie zgodziło się jednak na tę nazwę. W międzynarodowej nomenklaturze nie przyjęła się nawet nazwa „księżyce” i rejony te zazwyczaj nazywana są obłokami Kordylewskiego.

 

Moje dywagacje mogą wydawać się nierealne i biorąc pod uwagę dzisiejszy stan polskiej polityki kosmicznej, tak w istocie jest. Nie mamy sprawnych instytucji, ustawodawstwo kosmiczne nie istnieje, a ambicje, zamiast latać, szorują po ziemi. W momencie, gdy piszę o wysłaniu polskiej misji poza orbity ziemskie, nasza obecność w kosmosie opiera się na zaledwie kilku cubesatach. Wszystkie one orbitują na niskich orbitach. Nie dotarliśmy nawet do orbity geostacjonarnej.

 

Co musi się zmienić, żeby było inaczej?
To, czego potrzebujemy, to ogólnonarodowej zgody, by przeznaczyć odpowiednie środki na eksplorację kosmosu. W przeciwnym razie, biorąc pod uwagę polaryzację polskiej sceny politycznej, każda bardziej ambitna inicjatywa padnie ofiarą niepotrzebnych i mało merytorycznych wojen politycznych. Argument o niegospodarności wydawanych środków (abstrahując od tego, czy faktycznie tak by było) jest w polityce bardzo użytecznym narzędziem.

 

Zbyt często patrzymy na polityków przez pryzmat tego, co mówią, a nie tego, co robią. Nie zapominajmy, że polityka jest sztuką zdobycia władzy i utrzymania się przy niej. Dopóki społeczeństwo (tzn. wyborcy) nie zacznie myśleć o kosmosie jako o miejscu, w którym nie tylko możemy, ale w którym powinniśmy być aktywni, dopóty w politykach nie będzie chęci, by faktycznie się tam wybrać.

 

Potrzebujemy również sprawnych instytucji, które będą rozwijać narodowy program kosmiczny. W krajach, w których kosmos zajmuje strategiczne miejsce, cele ustalają politycy, a instytucje je realizują. Agencja kosmiczna (jeśli istnieje), odpowiada głównie za organizację. Ma za zadanie zrealizowanie celu postawionego na poziomie politycznym, odpowiednio inwestując w działania badawczo-naukowe, które zlecane są w większości podmiotom prywatnym, zazwyczaj firmom krajowym. W ten sposób nie tylko osiąga się postawiony cel polityczny lub naukowy, ale również wspiera się rodzimą branżę kosmiczną. W taki sposób działa np. NASA. Kontakty od amerykańskiej agencji dały SpaceX potrzebne fundusze, by przedsiębiorstwo to mogło rozwinąć własną technologię rakietową. Gdyby nie to wsparcie, stworzenie Falcona 9 zajęłoby o wiele więcej czasu, jeśli w ogóle byłoby możliwe.

 

Ostatecznie poza funduszami, instytucjami i prawem potrzebujemy przede wszystkim ambicji. Musimy chcieć wziąć udział w tej niezwykłej przygodzie, jaką jest eksploracja kosmosu.

Materiały do pobrania
Dlaczego nie latamy w kosmos?
Autor Maciej Blacha
Redaktor w portalu kosmonauta.net, autor bloga deltav.pl. Student prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kosmosem zafascynowany od dziecka. Prywatnie zapalony ogrodnik.
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką prywatności.