Dlaczego Polacy nie wierzą swoim władzom i zawsze kwestionują ich decyzje? W tle nasz stosunek do Rosji i Rosjan

Temat eseju brzmi bardzo buńczucznie, wręcz wart jest solidnej pracy naukowej, ale ja skupię się na własnych wspomnieniach i przeżyciach, i na tym, co widziałam i słyszałam wokół siebie.

(Fot. pixabay.com)

Dlaczego warto się zastanowić nad tym, jak wieloletnia dominacja rosyjska (a właściwie radziecka) wpłynęła na naszą mentalność i ukształtowała dużą jej część? Otóż kiedy się obserwuje postrzeganie polskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej przez rodaków, rzuca się w oczy jakaś taka niechęć do własnego rządu, niejednokrotnie postrzeganie naszych jako sprzedawczyków idących „na pasku” obcych i generalnie obśmiewanie zarówno rządu, jak i opozycji (niezależnie od tego, kto akurat rządzi). Mimo że te władze sami wybraliśmy. Oczywiście nasze elity są, jakie są; szału nie ma. Ale czasem też coś im się uda, a tzw. społeczeństwo zawsze ma za złe – jak stara ciotka siedząca na kanapie.

 

Jak się trochę poskrobie tu i tam, to widać, że w innych krajach nie jest z tymi elitami jakoś tak dużo lepiej, przynamniej jeżeli chodzi o moralność czy opowiadanie się za swoja korzyścią. Owszem, bywają sprawniejsze, ale też kiksują, a korupcja bywa duuużo większa niż u nas (vide elity rosyjskie). A jednak u nas ludzie chętniej wierzą wiadomościom zza granicy niż swoim służbom, wolą słuchać obcego prezydenta czy premiera niż swojego. To się zmienia, ale bardzo powoli i jeszcze tkwi w nas, a przynajmniej w wielu z nas, ta serdeczna niechęć do swoich. Moim zdaniem częściowa odpowiedź na to jest następująca: wieloletnia obecność radziecka na terenie naszego kraju bardzo się do tego przyczyniła. Plus rozbiory. Okupacja niemiecka też miała swoje znaczenie jako element osłabiający i wykrwawiający, natomiast podstawowa demoralizacja patriotyczna odbyła się za PRL-u.

 

To, co przyszło zza wschodniej granicy, to był socjalizm (sam w sobie demoralizujący) połączony z ruskim mirem. Bardziej się nie da. A ludzie musieli żyć, wychowywać dzieci, kończyć szkoły, gdzieś mieszkać, coś jeść… W reakcji na zakłamanie, propagandę i ogólną bylejakość społeczeństwo zaczęło sobie tworzyć swój własny system wartości, postępowania i nawet myślenia. Nie był to system skomplikowany; dominował w nim podział na „onych” i nas. Oni to samo zło i nie można im wierzyć za grosz, a my jesteśmy w porządku.

 

Ludzie z grubsza zdawali sobie sprawę ze struktury władzy w Polsce i wiedzieli, że ci nasi nie mają nic do powiedzenia, że o wszystkim decydują oni, zza wschodniej granicy. U nas stacjonowały ichnie wojska, my podlegaliśmy ich doktrynie wojskowej, mieliśmy Związek Radziecki w konstytucji, należeliśmy do RWPG. Święta państwowe był skorelowane z tymi „tam” (1 maja, 9 maja, 22 lipca i tak dalej). Program szkolny był odpowiednio przykrojony, wszystko pasowało. I wyglądało to na ustalone raz na zawsze, bez możliwości zmiany. Ponieważ walka z onymi nie miała szans powodzenia, pozostawało wyśmiewanie. Jedyna broń słabych i ciemiężonych. Jeszcze pamiętam dowcipy tzw. polityczne z tamtych czasów. Tutaj kilka przykładów, które zapamiętałam.

 

Jak wyglądało stworzenie świata według nowej historii?

Na początku był Chaos… a potem przyszła Armia Czerwona i zrobiła porządek.

 

Dlaczego w Związku Radzieckim nigdy nie ma powodzi?

Tutaj dwa słowa wyjaśnienia: w oficjalnej propagandzie ZSRR był krainą mlekiem i miodem płynącą, gdzie żyją wyłącznie piękni i szczęśliwi ludzie, którzy albo się śmieją, albo myślą. Nie ma żadnych katastrof, problemów ani braków.

Bo tam nawet w rzekach się nie przelewa.

 

Ewidentne sukcesy ZSRR też były jakoś obśmiewane.

 

Podekscytowany dziadek wpada do kuchni z gazetą w ręku i woła:

Matka, Ruskie w kosmos polecieli!

A ona na to : Wszystkie???

No nie, aby dwóch…

Eee, to nie zawracaj mi głowy… (w oryginale nie chodziło o głowę).

 

Jeżeli tak myśleliśmy o panu, to jak na jego tle wyglądał sługa? Czyli nasze ówczesne rządy.

Można sobie tylko wyobrazić…

 

Bo Rosjan to jeszcze się baliśmy. Owszem wyśmiewaliśmy ich, gardziliśmy nimi, ale się ich baliśmy. Czasy stalinowskie jeszcze wielu pamiętało, a o „zaginionych na Wschodzie” – czytaj zamordowanych w Katyniu – nie wolno było mówić przez cały PRL.

 

Pewne wiadomości roznosiły się szeptanką, ale oficjalna propaganda była pod ścisłą kontrolą i nie było miejsca na prawdę. Ludzie żyli w dwóch rzeczywistościach: faktycznej i ustalonej. Żeby nie zwariować, trzeba było którąś z nich wybrać i jej wierzyć.

 

I tak powstał nawyk niewiary w oficjalne media, w to, co mówi przedstawiciel rządu. Za każdym razem szukało się prawdziwego demiurga, który tym wszystkim kręci. Oczywiście z zagranicy.

 

Na samym początku zmian ustrojowych ludzie byli zszokowani faktem, że jest tyle różnych partii i stronnictw. No bo przecież wszyscy powinni się dogadać i wspólnie pracować dla dobra Polski.

 

Proste, prawda?

Takie było odczucie społeczne, a wyłaniające się nowe elity miały tyle problemów, że na sam odbiór społeczny nie zwracały jakoś uwagi.

 

Tak to wyglądało i nie da się tego wszystkiego zresetować w ludzkich głowach. Na społeczną dojrzałość musimy jeszcze trochę poczekać, a czasu nie ma. Nowe wyzwania nadchodzą (już nadeszły) i nikt na nas nie będzie czekał. Pocieszające jest to, że w chwilach przełomowych Polacy potrafią wyjść poza swoje uwarunkowania i mogą im sprostać.

Materiały do pobrania
Dlaczego Polacy nie wierzą swoim władzom i zawsze kwestionują ich decyzje?
Autor Aleksandra Chojnacka
Absolwentka Politechniki Warszawskiej, obserwująca z perspektywy Radomia narodziny i wzrost III RP, matka Polka (i babcia też). Pracująca w różnych zawodach (ostatnio jako nauczycielka w szkole zawodowej). Od kilku lat fascynatka i entuzjastka geopolityki.
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką prywatności.