Interesy Rzeczypospolitej a 14 punktów Pence’a (fragment książki „Koniec końca historii”)

(Fot. ze zbiorów autora)

„Pomnij na przymierze, gdyż mroczne zaułki ziemi pełne są gwałtu”.
Psalm 74, werset 20

W rozdziale „14 niewypowiedzianych punktów Pence’a” przedstawiłem oczekiwania, z jakimi Amerykanie pojawiają się nad Wisłą w drugiej połowie 2019 roku. Poniżej w punktach przedstawiam moje odpowiedzi dla wiceprezydenta Pence’a oraz analizę korelacji amerykańskich oczekiwań z interesami Rzeczypospolitej.

1. Całkowita wolność żeglugi na oceanie światowym jako magistrali najważniejszych przepływów strategicznych, gwarantowana dzięki potędze US Navy, ma być zachowana, ale pod warunkiem akceptacji amerykańskiego przywództwa, którego wynikiem było ostatnie kilkadziesiąt lat pokoju, rozwoju i wzrostu gospodarczego na świecie i które umożliwiło powstanie globalnej i połączonej wzajemnymi powiązaniami gospodarki. Wolność korzystania ze szlaków oceanu światowego, będzie również zależała od akceptacji ładu instytucjonalnego, reguł gry oraz modelu rozwoju świata zaakceptowanych przez Waszyngton.

 

Kilka słów wyjaśnienia. Dla Amerykanów oczywiste jest, że z racji swojego panowania na oceanie światowym mają prawo oczekiwać (Amerykanie traktują to jako wynikające jedno z drugiego, jak wzrost roślin jest wynikiem działania promieni słonecznych), że wolność przepływów strategicznych będzie zależała od akceptacji systemu finansowego świata, w którym dolar USA pozostanie walutą wymiany, także rosnącego systemu wymiany w Azji, a amerykański FED pozostanie bankiem „ostatniego ratunku”. Będzie on zapewniał maszynerii rynków światowych płyn, czyli właśnie dolara, i w zamian za to zachowa kontrolę przepływów kapitałowych na świecie, w tym kontrolę ogromnych nadwyżek i oszczędności codziennie gromadzonych w szybko bogacącej się Azji. Wojna walutowa toczy się właśnie o trofeum oszczędności azjatyckich. Chodzi o to, by owoce pracy z Azji, która tak szybko się bogaci, móc tanio relokować do gospodarki amerykańskiej, która tradycyjnie ma łatwość pozyskiwania taniego kapitału na własny rozwój. Utrata tej zdolności zakończyłaby panowanie dolara. Status waluty rezerwowej świata zależy od:

 

a) dominacji militarnej;

b) przewagi technologicznej w sprawach wojskowych i w domenie najnowszych technologii, które otwierają nowe cykle ekonomiczne;

c) sensownego systemu prawnego, gdzie obcokrajowcy wraz ze swymi pieniędzmi są traktowani tak samo jak obywatele państwa emitenta, dzięki czemu gotowi są kupować obligacje emitenta waluty rezerwowej świata oraz inwestować w walory (nieruchomości, fabryki, infrastrukturę, surowce, startupy, technologie) znajdujące się i rozwijane w państwie emitenta;

d) wiarygodnego centrum finansowego świata, gdzie każdy może sprzedać i kupić, zapożyczyć się lub udzielić pożyczki komuś, zapewniając sobie finansowanie transakcji (np. na surowcach) lub inwestycji (np. w nowe technologie), względnie obrócić obligacjami;

e) kontroli morskich (obecnie morskich, być może kiedyś lądowych w masach kontynentalnych Eurazji) globalnych linii komunikacyjnych przez emitenta waluty, którymi to fizycznymi liniami komunikacyjnymi dokonują się przepływy strategiczne, aby utrzymywało się elementarne zaufanie do codziennej stabilności obrotu światowego. A także po to, aby oszczędzający w akcjach czy obligacjach, powiązanych z walutą rezerwową, mieli zaufanie, że w razie kryzysu tymi drogami dotrze do nich wojsko, broń, surowce energetyczne i żywność.

 

Obserwacja dziwnych (odbiegających od normy) zachowań rynków finansowych przy ogromnym (i rosnącym) deficycie USA w ostatnim czasie wskazuje, że wynik walki między Ameryką a Chinami o prymat jest coraz bardziej niepewny. Jednocześnie Amerykanie, aby tę walkę wygrać, poza przeprowadzeniem rozwodu łańcucha dostaw globalnej gospodarki (sławny decoupling) będą chyba musieli odciąć Chiny od dolara w obrocie towarowym, surowcowym i w inwestycjach. Tak sugerują w nieformalnych rozmowach, zaczyna się też o tym przebąkiwać w kontrolowanych przeciekach do mediów. To będzie moment prawdy dla obu stron i dla świata. I oczywista eskalacja rywalizacji. Stąd niepokój Francji i Niemiec, o czym było ostatnio głośno.

 

Zastanówmy się zatem nad miejscem Rzeczypospolitej w tym kontekście. Dotychczasowy stan był w zgodzie z naszymi zasadniczymi interesami. Taki ład był korzystny, umożliwił światu i nam rozwój w ostatnich kilku dekadach, dał nam dostęp do rynków globalnych i możliwość uczestniczenia w międzynarodowych przedsięwzięciach. Wolność przepływów strategicznych umożliwiła rozwój naszej gospodarki, powiązanie jej z zachodnią Europą i strefą Atlantyku oraz zwiększyła po prostu komfort życia nas wszystkich. Ład ten dał nam też oparcie w USA jako najsilniejszym mocarstwie świata, zwłaszcza w warunkach naszego trudnego położenia geopolitycznego i wobec powracających ambicji imperialnych Rosji.

 

Chęci i pragnienia nie mogą jednak zastąpić realnego widzenia i rozumienia zmiany strukturalnej, która dokonuje się w świecie. Wzrost potęgi Chin i całej Azji, ich znaczenie w gospodarce światowej i globalnym podziale zadań oraz podziale pracy, a także ich wpływ na przepływy strategiczne, łamią strukturę tego korzystnego dla nas ładu. Podobnie jak w naszym życiu siły i napięcia strukturalne są silniejsze niż ludzka wola, najlepsze chęci czy najwspanialsi przywódcy.

 

Ludzie z Azji lubią powtarzać, że sytuacja wraca do normalności zaburzonej na 200 lat po roku około 1820, gdy Zachód w wyniku rewolucji przemysłowej osiągnął światowy prymat. Nie ulega wątpliwości, że rola Zachodu relatywnie słabnie, a Atlantyk ustępuje miejsca Pacyfikowi jako centrum komunikacyjnemu i grawitacyjnemu świata.

 

USA (ale już nie Europa, choć na poziomie werbalnym przywódcy europejscy to deklarują) w 2019 roku staje do walki o utrzymanie swojej przywódczej roli. W tej chwili mamy do czynienia z wojną strukturalną między USA a Chinami o kontrolę strategicznych przepływów w następujących odsłonach (domenach):

 

a) wojna handlowa od 2018 roku,

b) wojna technologiczna (od początku 2019 roku),

c) wojna o narracje społeczno-polityczne (od jesieni 2018 roku),

d) wojna o zasady (wolność) wymiany myśli i ludzi (wiedzy, studentów, naukowców itp. – pierwsze symptomy widać),

e) wojna walutowa (zaczyna się powoli), która szybko może się przerodzić w wojnę o kontrolę kapitałów, w szczególności znajdujących się w obrocie gospodarek Azji (pierwsze symptomy na horyzoncie, vide proces legislacyjny w Kongresie USA),

f) brakuje tylko gorącej wojny o linie komunikacyjne zachodniego Pacyfiku, które zapewniłyby tym wszystkim przesunięciom kapitałowym, inwestycyjnym i towarowym fizyczną drogę ich realizacji niczym tętnice, którymi krew płynie do wszystkich organów i tkanek.

 

Strukturalna zmiana w ładzie globalnym jest zaiste ogromna. Jeszcze 10 lat temu większość deficytu handlowego USA dotyczyło relacji z krajami, gdzie stacjonowało wojsko amerykańskie, wszystkimi położonymi w Rimlandzie Eurazji: Arabii Saudyjskiej, Japonii, Niemiec i Korei Południowej. Dekady dominacji USA jako emitenta waluty rezerwowej świata, stworzyły perfekcyjną – wydawałoby się – maszynkę obsługującą rdzeń gospodarki świata, czyli Stany Zjednoczone Ameryki.

 

Sojusznicy amerykańscy reinwestowali nadwyżki z obrotu z USA w obligacje USA i w amerykańskie walory, dzięki czemu Ameryka miała dostęp do bardzo taniego kapitału. Mogli więc Amerykanie wydawać pieniądze na nowe technologie i nowe cykle technologiczne, kontrolując światowy system finansowy i kapitałowy. Przede wszystkim stać ich było na potężne i nowoczesne siły zbrojne zapewniające globalny porządek i ład, polegający na wolności przepływów strategicznych.

 

Obecnie to Chiny odpowiadają za ogromną część deficytu USA, a wojska amerykańskie w Chinach nie stacjonują. Oczywiście Pekin nie jest zależny w zakresie bezpieczeństwa od Amerykanów, może więc nie chcieć lokować nadwyżek w obligacjach amerykańskich lub inwestować w USA.

 

Natomiast prosperity Pekinu zależy, owszem, od dostępności korytarzy geostrategicznych, a nimi właśnie dokonują się przepływy strategiczne, niezbędne rosnącej gospodarce Chin. Dlatego Chiny nie chcą już dłużej utrzymywania porządku, w którym to Amerykanie kontrolują te kluczowe miejsca i mogą w razie eskalacji zamknąć je przed chińskimi przepływami strategicznymi. Tu się pojawia chińska strategia bastionu na Morzu Południowochińskim i systemy antydostępowe A2AD, o czym jeszcze będzie w dalszej części analizy.

 

Stany Zjednoczone od kilku lat prowadzą także agresywną politykę używania dolara do realizacji celów geopolitycznych. Przypomina się tu kazus z 2014 roku i grzywna nałożona na francuski bank BNP Paribas za transakcję z Sudanem przeprowadzoną w dolarze. Amerykanie uznali wówczas, że fakt dokonywania transakcji w dolarze uzasadnia ich jurysdykcję nad tą transakcją! Notabene złamali wtedy przestrogę dla dominującego mocarstwa morskiego z memorandum Crowe’a z początków XX wieku.

 

USA pokazują tym samym, że chcą dominacji nad transakcjami globalnymi, jeśli amerykańskie bezpieczeństwo narodowe jest zagrożone, oczywiście w interpretacji Waszyngtonu. Podobne wrażenie sprawił kazus FATCA z 2010 roku. Szkopuł w tym, że jeśli ktoś by odmówił żądaniu Amerykanów poddania sprawy amerykańskiej jurysdykcji, to mógłby zostać odcięty od systemu SWIFT, od transakcji w dolarach i w ogóle od dolara. Który – jak pisałem wcześniej – jest płynem maszynerii finansów światowych, niezbędnym choćby po to, aby kupić potrzebne surowce na rynkach światowych.

 

Dla banków międzynarodowych oznaczałoby to konieczność zamknięcia swoich oddziałów. Bo to FED i banki amerykańskie przez różnorakie mechanizmy zaopatrują rynki światowe w płyn, czyli dolara USA. Najprawdopodobniej właśnie z tego powodu Rosjanie od czasu kazusu z BNP Paribas, zmniejszyli swoje rezerwy USD z 60% do 20%.

 

Marząc o innym systemie, niezależnym od dolara i od polityki amerykańskiej, wielu producentów surowców myśli podobnie jak Rosjanie (choć nie przyznają się do tego publicznie), są bowiem skazani na politykę USA, co niewątpliwie jest niewygodne. Dla niektórych państw to brzemię zależności jest nie do zniesienia, zwłaszcza że Amerykanie stają się coraz bardziej niezależni od węglowodorów sprowadzanych z zagranicy i mogą mieć z tego powodu pokusę sterowania przepływami strategicznymi surowców energetycznych wokół Eurazji. Tym bardziej, im bardziej sami stają się niezależni i niewrażliwi na zakłócenia tych przepływów do własnej gospodarki. To na przykład denerwuje Niemców, którzy podnoszą sprawę zasadności budowy Nord Streamu.

 

W okresie polityki nowej administracji za prezydenta Trumpa, zmieniła się zasada domniemania wolności przepływów strategicznych. Pojawiły się ich ograniczenia. Obowiązujące w globalnej gospodarce wolność i podział pracy zostały zachwiane, rozpoczęło się wielkie przemeblowanie światowego łańcucha dostaw. Ograniczenia niszczą sprawczość i pozbawiają kontroli własnej sytuacji tych, co importują surowce, płacąc za nie w dolarze. Pięć „wielkich” surowców XXI wieku to ropa naftowa, ruda żelaza, węgiel, miedź i soja.

 

Chiny kupują surowce przede wszystkim w Afryce, na Bliskim Wchodzie, w Australii i Indonezji, Rosji, Azji Środkowej, również w USA. Muszą za nie płacić rocznie kilkaset miliardów dolarów, bo tylko tak można kupić surowce na rynku globalnym. Czynią tak, by dalej rosnąć, zaspokajając straszliwy mechanizm, Mackinderowski going concern, wewnętrznej współzależności potrzeb rosnącej gospodarki i konsumpcji ponad miliarda ludzi.

 

Wydaje się, że podejmując z Chinami walkę o dominację przy jednoczesnym programie rozwodu łańcucha wartości w zglobalizowanej gospodarce i promowaniu hasła „America First”, Amerykanie lada moment nie będą chcieli dawać Chinom płynu, czyli dolarów. Pekin może dolary zyskać:

 

a) sprzedając Amerykanom towary i usługi (stąd deficyt w bilansie handlowym, a prezydent Trump chce go ograniczyć i dokonać rozwodu gospodarek Chin i USA),

b) inwestując w obligacje USA, spłacane w dolarach, ale wtedy wzmacniałby przynajmniej do pewnego momentu rywala geopolitycznego,

c) pozyskując inwestycje dolarowe w chińskie przedsięwzięcia i w globalne spółki kapitałowe funkcjonujące na Wall Street i innych zachodnich giełdach. Dochodzą nas sygnały na temat propozycji nowych regulacji w USA, które miałyby to ukrócić, ograniczając chińskim firmom i przedsięwzięciom dostęp do kapitału.

 

Liderzy w Pekinie znajdują się zatem w trudnej sytuacji. Już pojęli, że Amerykanie chcą powstrzymać Chiny i że będą w tym celu szukali instrumentów nacisku (lewarów), by wymusić posłuszeństwo i zaakceptowanie przez Pekin miejsca w światowym podziale pracy.

 

Dla Chin oznacza to pozbycie się ambicji zmiany miejsca w łańcuchu wartości na lepsze i rezygnację z dążeń do potęgi. Muszą więc mieć strategię, ale nie może to być jedynie „chciejstwo” i myślenie, że jakoś to będzie. Zapewne mają tę strategię i pytanie o przyszłość tej rozgrywki brzmi: jaka to jest strategia?

 

Być może odpowiedzi należy szukać w inicjatywie Pasa i Szlaku, w dwustronnych porozumieniach surowcowych w Eurazji i Afryce na temat rozliczeń surowców poza dolarem. I w chińskim postępującym rozwodzie z bankami amerykańskimi. Dlatego Chiny umiędzynarodawiają juana i otwierają rynek obligacji. To może też tłumaczyć, dlaczego Chiny otworzyły giełdę ropy.

 

Polityka Trumpa zbyt szybko eskalowana, prowadzi do konieczności umiędzynarodowienia juana, nawet jeśli Pekin oraz świat nie są na to gotowe. Jednak czy się to uda, jest mocno niepewne. Kluczową sprawą będzie reakcja kapitału azjatyckiego. Dlatego walka o przyszłość Hongkongu jest taka ważna. Hongkong to miejsce, gdzie kumuluje się kapitał wypracowywany i inwestowany w Azji. Na inną oczywiście skalę jest on tym, czym był kiedyś Gdańsk dla Rzeczypospolitej.

 

Być może jest to ryglowe miejsce obecnej fazy rywalizacji: o zaufanie rynków i inwestycji azjatyckich. Stąd takie, a nie inne relacje mediów amerykańskich na temat zdarzeń na ulicach Hongkongu i stąd taka, a nie inna percepcja tego, co się tam dzieje, ze strony opinii publicznej innych państw demokratycznych, na przykład Niemiec. Gdyby nie te burzliwe wydarzenia i reakcja opinii publicznej na nie, rządy tych państw i koła biznesowe mogłyby ściślej współpracować z Chinami oraz inwestować tam i ufać nowemu systemowi gospodarczemu, który się wyłania w Azji z Chinami w roli głównej.

 

Nie jest pewne, czy Stany Zjednoczone poradzą sobie z utrzymaniem dotychczasowego ładu na takich samych zasadach. Polska na ostateczny wynik rozgrywki globalnej z Chinami nie ma praktycznie żadnego istotnego wpływu. Amerykanie muszą znaleźć w sobie siłę wewnętrzną i zewnętrzną (w wielu domenach), by stanąć do rywalizacji o przywództwo. To będzie bardzo trudne. Podkreślmy: wynik starcia jest niepewny. Czasami mam wrażenie, że w Polsce przywódcy już przesądzili, że to Amerykanie wygrali. A tak nie jest.

 

2. Państwa, które kwestionują dominację Amerykanów na oceanie światowym, w tym na jego wodach przybrzeżnych w Eurazji (Chiny na zachodnim Pacyfiku i w Arktyce, Rosja na Bałtyku, Morzu Czarnym, Śródziemnym i także w Arktyce, Iran w cieśninie Ormuz), czyli tam, gdzie dokonują się najważniejsze przepływy strategiczne umożliwiające funkcjonowanie globalnej gospodarce, i starają się dzięki własnym zdolnościom antydostępowym ograniczyć innym (w razie potrzeby na przykład flocie USA) możliwość manewrowości na morskich liniach komunikacyjnych oraz dostępność tych linii, stają się przeciwnikami USA. Sojusznicy USA powinni wybrać, z kim trzymają.

 

Rzeczpospolita ma tu dużo łatwiejszą sytuację niż inni. Paradoksalnie wynika to z jej niedorozwoju w stosunku do czołowych państw i czołowych gospodarek. Po prostu nie jesteśmy w istotny sposób związani z potęgą gospodarczą Chin tak jak inni sojusznicy USA: Niemcy, Francja, Arabia Saudyjska, Australia, Japonia, Korea Południowa i inni. Wybór ścisłego trzymania się USA nic nas właściwie nie kosztuje. Poziom ewentualnego bólu dotyczy tylko powiązania z gospodarką Niemiec, która handluje z Chinami, a dla nas stanowi okno na globalny rynek w swoim systemie dostaw. Sektory polskiej gospodarki powiązane z gospodarką niemiecką muszą być czujne.

 

Na swój sposób pocieszające i jednocześnie ułatwiające obecny wybór Ameryki jest to, że gdyby Amerykanie przegrali bój o Eurazję, Chiny i tak będą budowały nowy superkontynent spięty Mackinderowskim systemem komunikacyjnym i gospodarczym z Pekinem w centrum (jak niegdyś starożytny Rzym w Europie) i wybaczą nam obecny wybór, rozumiejąc powody. Wówczas to nie będzie stanowiło problemu. Będą inne problemy. Ale ten odpadnie.

Jednocześnie nie mamy istotnych powiązań z Rosją i nic od niej nie chcemy, więc bycie po stronie USA i opowiedzenie się za utrzymywaniem wolności strategicznych przepływów na wodach marginalnych Atlantyku nic nas nie kosztuje gospodarczo, a właściwie jest zgodne z odwieczną wielką strategią państwa polskiego, którą można streścić lapidarnie: maksymalnie powstrzymywać Rosję.

 

Jest tylko kwestia: jak to rozegrać, by nie podjąć przesadnego ryzyka. Stąd bierze się konieczność dogłębnej analizy naszego wejścia do wojny w 1939 roku, naszego stosunku do enklawy kaliningradzkiej, Białorusi, wschodniej flanki, obecności USA na tej flance, kwestii nuklearnej i wiarygodności amerykańskiej siły, która jest gwarantem ładu w tej części Europy.

 

Nie podejmujemy tego tematu w debacie publicznej, nie uświadamiamy go sobie (przynajmniej większość z nas), podświadomie nawet się go boimy albo dla odmiany sobie dworujemy, ale Rzeczpospolita ma ogromny (w tym wojskowy) wpływ na sytuację na wschodniej flance NATO i – szerzej – na całym pomoście bałtycko-czarnomorskim, wobec wszystkich państw na wschodzie, a przede wszystkim wobec Rosji. Nie powinniśmy się bać prowadzenia własnej podmiotowej polityki względem Rosji, w tym polityki z szerszym manewrem.

 

Nasza atencja strategiczna powinna się koncentrować na pomoście bałtycko-czarnomorskim. Powinniśmy się stale upewniać, że na strukturalnym napięciu i zmianie ładu nie będą korzystać Rosjanie. A mogą. Mogą na przykład zawrzeć porozumienie z zachodnią Europą lub z Amerykanami, co jest poszukiwaną przez Kreml opcją i czasami ma się wrażenie, że wisi w powietrzu. Wystarczy przeczytać ostatni głośny wywiad prezydenta Francji Emmanuela Macrona dla „The Economist”.

 

Obecny stan międzynarodowy jest stanem zawieszenia pomiędzy ładem konstruktywistycznym z dominującą rolą USA a niesprecyzowanym jeszcze nowym ładem, gdzie każdy szuka własnej opcji. Widać to również po nieśmiałych sugestiach przywódców państw o „planach B”, „alternatywnych rozwiązaniach” i „nowym spojrzeniu”. W USA i w państwach Europy Zachodniej może to skłaniać do konstatacji, że do odcięcia strategicznych przepływów od Chin, Rosja może stać się mocarstwom Zachodu niezbędna. W Pekinie już się taką możliwością martwią, o czym mówi znawca spraw chińsko-rosyjskich Bobo Lo.

 

Od Amerykanów – w związku z tym, że wspomagamy ich aktualną politykę wobec Rosji, a w szczególności ich uprzywilejowaną polityczną pozycję w Europie i Eurazji – powinniśmy oczekiwać:

 

a) Przejrzystego wyjaśnienia, dlaczego istotne komponenty bojowe USA nie stacjonują na stałe w państwach bałtyckich na wysuniętych rubieżach podejścia Rosjan pod stolice bałtyckie. Siły te wystarczyłyby w sygnalizacji strategicznej do skutecznego odstraszania. Rosjanie dwa razy by się zastanowili, zanim zaatakowaliby Amerykanów. Inaczej niż Polaków, a nawet Niemców czy Francuzów, którzy zresztą mogliby nawet nie podjąć walki, bo to nie ich ład by upadał, tylko amerykański. Zresztą w Berlinie i w Paryżu decydentom może się wydawać, że zmiana ładu i tak jest nieunikniona, a takie myślenie może mieć wpływ na decyzje wojskowe. Tak się to zresztą zazwyczaj odbywa.

b) Jasnego przedstawienia naszym politykom i wojskowym wiarygodnych operacyjnych planów poradzenia sobie z obwodem kaliningradzkim (i systemami antydostępowymi w obwodzie). Bez tych planów obietnice Amerykanów przyjścia nam, a w szczególności państwom bałtyckim, z pomocą są pozbawione wiarygodności.

c) Jasnego przedstawienia, co się zmieni w amerykańskich dyslokacjach systemów rakietowych w Europie po wypowiedzeniu przez Waszyngtonu traktatu INF i czy terytorium Rzeczypospolitej jest rozważane jako dyslokacja nowych systemów ofensywnych, co zmieni układ sił i tzw. force posture zarówno USA, jak i Rosji.

d) Jasnego zakomunikowania w oficjalnym i ważnym przemówieniu, na przykład przez prezydenta Trumpa na placu Piłsudskiego w Warszawie, że wobec nowych członków na wschodniej flance obowiązuje extended nuclear deterrence posture, czyli rozszerzone odstraszanie nuklearne. Amerykanie powinni nam przedstawić szczegółowo i wiarygodnie tzw. drabinę eskalacyjną na wypadek groźby użycia przez Rosjan broni jądrowej w celu deeskalacyjnym na wschodniej flance. Bez tego Rzeczpospolita i państwa bałtyckie w razie wojny ponoszą inne ryzyko niż Stany Zjednoczone. Takie okoliczności będą rozgrywane przez Rosjan i już samo to jest bardzo ryzykowne dla Polski, która może stać się ofiarą tej sytuacji.

e) Podniesienia kwestii tzw. nuclear sharing, czyli NATO-wskiego programu, zgodnie z którym państwa członkowskie mają zdolność do wykonywania uderzeń amerykańską taktyczną bronią jądrową składowaną w Europie. Ewentualne uczestniczenie Polski w tym programie wraz ze zdolnościami do dysponowania przez nasze lotnictwo dostępem do tego zasobu mogłoby spowodować, że Rosjanie nie byliby nigdy na sto procent pewni, czy na przykład ich deeskalacyjne uderzenie jądrowe nie pozostanie bezkarne. Byłaby to dla Rosjan sytuacja niejasna strategicznie, w tym konkretnym wypadku korzystna dla Rzeczypospolitej.

f) Konsultowania polityki USA wobec Ukrainy i Białorusi w Warszawie. Na przykład jeśli chodzi i sprawy wojskowe lub inwestycyjne. Oba te państwa i co tam się dzieje stanowią żywotny interes narodowy Rzeczypospolitej. Bez Warszawy nie można prowadzić żadnej polityki z zachodu kontynentu wobec tych państw. Trzeba byłoby tylko naprawdę postawić tę sprawę stanowczo i mieć determinację, by ją przeforsować. Jesteśmy sworzniem geopolitycznym w tej części Eurazji. Czas, by z tego skorzystać i zamienić nasze położenie na walor polityczny i instrument nacisku.

g) Przy okazji konfliktu z Chinami Amerykanie dokonują rozwodu łańcucha wartości. Powinni być przez nas poproszeni o stworzenie warunków biznesowych i regulacyjnych, które umożliwiłyby przeniesienie części tego łańcucha do sojuszników w Eurazji takich jak Polska, by mogli oni zająć wyższe miejsce w międzynarodowym podziale pracy. To jest również w interesie USA. Siła ich sojuszników w Eurazji przekłada się na ich siłę – jak było w wypadku Japonii, Korei Południowej czy RFN w czasie zimnej wojny. Te państwa otrzymały znaczącą pomoc od Waszyngtonu. A nie musiało tak być.

 

3. Z wielu powodów, na przykład wizerunkowych – bo łatwiej (i taniej) się osiąga swoje cele, gdy pozostaje się w koalicji z wieloma sojusznikami – lecz także wojskowych (Amerykanie mają problemy finansowe i organizacyjne z utrzymaniem wysuniętej obecności wojskowej w Eurazji na wszystkich kluczowych skrzyżowaniach przepływów strategicznych, takich jak zachodni Pacyfik, Zatoka Perska i Nizina Środkowoeuropejska), Waszyngton oczekuje, aby sojusznicy w Europie (w tym Polacy) oraz w Azji pomogli im utrzymać swobodę komunikacji morskiej i wsparli w tym celu działania US Navy, używając swoich okrętów i „broniąc” tym samym dotychczasowej Pax Americana, utożsamianej w Waszyngtonie z pożądanym ładem międzynarodowym.

 

Nie mamy zdolności morskich wymaganych do skutecznej i mającej jakąkolwiek istotną wartość dyslokacji na akwenach oceanu światowego, dalej niż w Cieśninach Duńskich. Co więcej, nie powinniśmy tych zdolności mieć – byłoby to marnowanie środków i zasobów oraz atencji strategicznej państwa. Flota jest najdroższym rodzajem sił zbrojnych. Nie jesteśmy w stanie rozwinąć tzw. blue water navy, a skromniejsza kontrybucja uzupełniających zdolności dla flot sojuszniczych – tradycyjnych potęg morskich (jak w czasie II wojny światowej) – jest marnowaniem środków. Sam Bałtyk to akwen mały. Współcześnie oddziaływanie bojowe wraz z rozwojem systemów antydostępowych i rozwoju technologii dokonuje się na takim małym akwenie przede wszystkim z brzegu (rakiety i samoloty). Nadto Bałtyk świetnie się nadaje do obrony asymetrycznej (sea denial: miny, sieci antyokrętowe, okręty podwodne), co komplikuje plany utrzymania istotnej obecności USA czy NATO w tym akwenie lub naszej stałej (i wymagającej posiadania floty oraz skutkującej pożeraniem zasobów) komunikacji z Atlantykiem (sea control), która i tak byłaby nie do utrzymania, zważywszy na aktualną przewagę środków antydostępowych na morzach marginalnych Atlantyku (Bałtyk, Morze Czarne i Śródziemne). Do tego rozwinięcie naszej floty blokują Cieśniny Duńskie, a ich wojskowa lub polityczna kontrola przesądza o losie marynarki wojennej RP, czyniąc nas w razie wojny zależnymi od woli innych. Inwestowanie w marynarkę nie jest warte kosztów, jakie trzeba by ponieść i jakie lepiej przeznaczyć na inne cele.

 

Z wojskowego punktu widzenia – zapamiętajmy to – jesteśmy krajem lądowym i nasze przetrwanie, sukces i wpływy polityczne zależą od lądowego teatru wojny na Nizinie Środkowoeuropejskiej. On i tak jest bardzo wymagający, zwłaszcza w obliczu modernizacji rosyjskich po 2008 roku i w obliczu rewizjonistycznej polityki rosyjskiej na całym wielkim pomoście bałtycko-czarnomorskim czy – jak wolą określać to Rosjanie – na zachodnich limitrofach.

 

Pieniądze należy zatem wydawać na własne zdolności antydostępowe oraz aktywną obronę sięgającą przedpola bezpieczeństwa polskiego teatru wojny, w tym na wschód od naszych obecnych granic. Zdolności te powinny być skoncentrowane w wojskach lądowych, siłach powietrznych (obronie powietrznej) i siłach specjalnych. Jasno, stanowczo i merytorycznie, a zarazem profesjonalnie, trzeba to zakomunikować sojusznikom. By nie było wątpliwości, że wiemy, kim jesteśmy, znamy się na naszej geografii wojskowej oraz wynikającej z niej strategii i jesteśmy po prostu roztropni. Pojmą to. W rzeczy samej, w skrytości nabiorą do nas szacunku.

 

Trzeba koniecznie dodać, że morskie linie komunikacyjne do polskich portów (i do bałtyckich sojuszników) w razie wojny będą zamknięte. Zatem będziemy musieli sobie poradzić z zapasami, które zgromadzimy przed konfliktem. Jakiekolwiek złudzenia, że będzie inaczej, to pobożne życzenia. Dlatego tak ważne są lądowe linie komunikacyjne przez Niemcy oraz lotniska i bazy sojusznicze w Polsce, do których lądem i powietrzem mogą dotrzeć sojuszniczy żołnierze i sprzęt. Tym jaskrawiej widać, dlaczego do utrzymania amerykańskiej wiarygodności potrzebne są bazy na terytorium Polski, w tym magazyny ze sprzętem do pobrania w razie wojny (pre-positioning).

 

Testem wiarygodności Amerykanów, który powinniśmy nieustannie przeprowadzać, jest rozwój koncepcji bitwy w wielu domenach (Multi-Domain Battle).

 

Według Pentagonu koncepcja ta ma umożliwić poradzenie sobie z wchodzeniem w teatr wojny objęty rosyjskimi systemami antydostępowymi, które pokrywają prawie całe terytorium Rzeczypospolitej. Od tego zależy ocena zdolności USA do przyjścia nam z pomocą i wiarygodności amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, a tym samym wpływów politycznych USA nad Wisłą.

 

Na oceanie światowym Amerykanie muszą sobie poradzić sami. Względnie z sojusznikami, których floty mają zdolności pełnooceaniczne. Są to na przykład Japonia, Australia czy Wielka Brytania. Stany Zjednoczone są hegemonem na oceanie światowym. Po II wojnie światowej, Pacyfik i Atlantyk stały się zamkniętymi jeziorami oceanicznego imperium USA z wysuniętymi bazami w Rimlandzie Eurazji. Jeśli Amerykanie nie dadzą rady, to my w żaden sposób tego nie zmienimy. Uważam, że jeśli Amerykanie nie będą w stanie utrzymać korzystnego dla siebie porządku na oceanie światowym, w tym kontrolować dokonujących się tam przepływów strategicznych, to będzie to oznaczało, że ład światowy z supremacją amerykańską i tak nie przetrwa. Właściwie należałoby odwrócić perspektywę i to my powinniśmy obserwować, czy i jak Amerykanie radzą sobie z utrzymaniem porządku, i po tym oceniać wiarygodność amerykańskiej siły i ich gwarancji wobec sojuszników z Eurazji. To Amerykanie mają tu pracę domową do odrobienia i sporo zaniedbań, w tym dekapitalizację swoje floty w ostatnich 25 latach. Jeśli oczywiście chcą zachować swoją pozycję i wpływy polityczne w Europie i Azji.

 

4. Wskutek problemów fiskalnych oraz „imperialnego rozciągnięcia” w zbyt wielu miejscach Eurazji amerykańskich sił zbrojnych, Waszyngton zaczyna sygnalizować oczekiwanie, że poza decyzją o użyciu własnej floty sojusznicy powinni również nieść pomoc innego rodzaju przy utrzymywaniu amerykańskiego prymatu światowego i dbać w ten sposób o „interes społeczności międzynarodowej”. W wypadku Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku może to na przykład dotyczyć wysyłania sił specjalnych, systemów rozpoznawczych oraz jednostek artyleryjskich i rakietowych na liczne wyspy, których położenie geograficzne kanalizuje komunikację chińską na otwarty ocean, czyniąc chińskie przepływy strategiczne zależnymi od Amerykanów i ich sojuszników. Z tego samego powodu należy oczekiwać rosnącej presji na NATO, by Chiny stanęły na agendzie Sojuszu. Ta sprawa to byłby prawdziwy test i moment przełomowy dla spójności Zachodu, zważywszy na profity, jakie spora część świata czerpie ze współpracy z Chinami.

 

Jeśli Amerykanie nie są w stanie utrzymać ładu opartego na ich prymacie (który nam, owszem, służył), to wówczas interes międzynarodowy powinien ustąpić naszemu interesowi państwowemu.

 

On staje się priorytetem i nie powinniśmy się czuć winni, że tak uważamy. Winna przesunięcia priorytetu jest geografia. Amerykanie korzystali (o czym dalej) na swojej supremacji i w obecnej konfiguracji tylko ich wysiłek (i to spory) tak naprawdę jest w stanie zapobiec utracie przez nich prymatu. Przy braku jednego systemu norm i zachowań, geografia po prostu różnicuje ryzyko i interesy państw w systemie międzynarodowym.

 

I wówczas to my mamy pod nosem Rosję, naszą walkę o pomost bałtycko-czarnomorski, los państwa między nami a Rosją, wielkie wyzwania dla naszych sił zbrojnych w obliczu rewolucji w sprawach wojskowych, modernizacji rosyjskich, atrofii NATO i odległości od kontynentalnych USA (oraz wielości wyzwań, przed jakimi stoi Waszyngton). To i tak sporo zadań dla naszego przywództwa i naszych sił zbrojnych. Wielu i tak będzie twierdzić, że nie sprostamy nawet tym zadaniom.

 

Z tego powodu nie powinniśmy się angażować w ewentualne misje na Indo-Pacyfiku czy rozpraszać zadania i tak osłabionego NATO. Nasi żołnierze, szkolenie, a w szczególności nowe koncepcje operacyjne (które musimy opracować) i modernizacje oraz wydatki, powinny być alokowane na potrzeby polskiego teatru wojny w szerokim rozumieniu. Na Indo-Pacyfiku nasza obecność nie zrobi istotnej różnicy.

 

Tamtejsze misje to nie byłyby zwykłe misje ekspedycyjne, jakie znamy z ostatnich 20 lat. To byłaby rywalizacja w czasie „gorącego pokoju” przypominającego wojnę hybrydową z symetrycznym przeciwnikiem (peer competitor), jakim są rosnące w potęgę Chiny, z ich siłami specjalnymi, ich flotą, wojskami rakietowymi, systemem świadomości sytuacyjnej.

 

5. W ramach rywalizacji o nowy ład gospodarczy na świecie Chiny budują w Eurazji i Afryce infrastrukturę, która umożliwia niezależny od amerykańskich instytucji i pieniędzy łańcuch dostaw. Ponieważ tworzą własne zależności finansowo-polityczno-technologiczne (w ramach tzw. competing connectivity), Amerykanie oczekują od sojuszników wdrożenia strategii powstrzymywania (containment) takiej współpracy, bo z czasem spowodowałaby ona zwiększenie wpływów i potęgi Chin (zwłaszcza w kluczowych geostrategicznie przestrzeniach i w kluczowych technologiach). Tam, gdzie Chiny już są obecne, amerykańskie oczekiwania mogą dotyczyć tzw. „rollbacku”, czyli cofnięcia współpracy z Chinami i „wypchnięcia” ich wpływów. Polska jest w epicentrum tej walki, bo wraz z Ukrainą i Rumunią kontroluje lądowe wejście komunikacyjne z Azji do Europy. Amerykanie nie palą się co prawda do realizacji nowej odsłony planu Marshalla, jednak oczekują, że pomimo braku programu pozytywnego sojusznicy – zależni od USA w zakresie bezpieczeństwa – podporządkują się amerykańskim oczekiwaniom (tzw. plan pasywny). Waszyngton stać na takie założenie, dlatego że bezpieczeństwo tych krajów zależy od amerykańskiej siły wojskowej i wiarygodności USA jako potęgi militarnej, która jest w stanie przyjść z pomocą krajom zagrożonym przez Rosję (a w Azji przez Chiny).

 

Tu zaczynają się schody, zwłaszcza jeśli Chiny szybko nie przegrają rywalizacji z USA. My oraz inne państwa regionu wtłoczeni między Niemcy, Rosję a dawne imperium osmańskie potrzebujemy infrastruktury. Jeśli chodzi o nas, to wielowiekowe oddalenie od strefy Atlantyku i 123 lata zaborów pozbawiły nas prawdziwego układu krwionośnego dla przepływów strategicznych, jakim jest nowoczesna infrastruktura obsługująca potrzeby kraju i jego mieszkańców.

 

Zastanawiające, a nawet niepokojące jest to, że Amerykanie nie proponują nam nowego planu Marshalla. Jest to oznaka bądź słabości gospodarczej USA (lub symptom braku wizji strategicznej, co też byłoby znakiem słabości przywództwa w Waszyngtonie), bądź wręcz przeciwnie – poczucia siły i pewności ostatecznego zwycięstwa nad Chinami i utrzymania (przywrócenia) prymatu „jak najtaniej” przez zapewnienie sobie przychylności sojuszników za pomocą samych gwarancji bezpieczeństwa (bez przesądzania w tym miejscu ich realnej wiarygodności – oczywiście najlepiej też „jak najtaniej” – to naturalne).

 

Tymczasem bezpieczeństwo nie może przyćmiewać naszego rozwoju, w tym rozwoju technologicznego, choć często te dwie rzeczy są ze sobą ściśle powiązane. Dlatego kwestia bezpieczeństwa tak chętnie jest używana przez gwaranta (dawcę) bezpieczeństwa do uzyskiwania wpływu politycznego i maskowania tym braku woli pomocy gospodarczej.

Tymczasem to nie jest jednokierunkowa ulica. Wpływy polityczne Waszyngtonu zależą od gwarantowania przezeń bezpieczeństwa, a ono polega na posiadaniu dowodów na realną zdolność do pomocy i na nieustannym demonstrowaniu (na różne sposoby), że jest się gotowym (materialnie, politycznie i mentalnie) do jej udzielenia. Obecnie jest to codziennie kwestionowane przez Rosję za pomocą działań politycznych oraz wojskowych w ramach wojny nowej generacji (wojny hybrydowej). To wpływa na wiarygodność USA wobec Rzeczypospolitej. Wiarygodność jest walutą, która podlega wycenie i nie jest absolutna, jak chcieliby Amerykanie. Uważam, że w obecnej sytuacji międzynarodowej USA powinny skrupulatnie zabiegać o swoich sojuszników, bo oni dają Stanom siłę, poparcie i legitymację do poważnej rywalizacji z Chinami i Rosją jednocześnie.

 

W zamian za to, co Amerykanie dostają w naszym regionie, jeśli chodzi o pozycję polityczną i wpływy (a co przekłada się na instrumenty polityczne do realizacji polityki amerykańskiej w Europie), powinni oni dawać z siebie więcej, zarówno w sprawach bezpieczeństwa, jak i w instrumentach geoekonomicznych. Winni to czynić, aby sojusznik położony na Nizinie Środkowoeuropejskiej i komunikujący z państwami bałtyckimi, Białorusią i Ukrainą oraz na drodze Nowego Jedwabnego Szlaku, stawał się coraz silniejszy, co będzie się przyczyniać do wzmocnienia pozycji USA oraz osłabiać czar Chin, a nawet może w przyszłości osłabiać niemiecki instrument nacisku na Polskę, a to może mieć duże znaczenie dla Waszyngtonu.

 

Na pewno nie należy dawać się wykorzystywać z tytułu naszego historycznie trudnego położenia geopolitycznego, przed czym przestrzegał Józef Piłsudski w niecenzuralnych zresztą słowach, które zapadają w pamięć już po jednokrotnym przeczytaniu (polecam!). Słuchając nieustannie o naszym trudnym położeniu, tracimy pozycję negocjacyjną, co skutkuje chociażby konsekwencjami opisanymi przeze mnie w tekście pt. „Gra statusowa” na portalu Strategy& Future.

 

Należy w tym kontekście pamiętać, że współpraca na polu wojskowo-zbrojeniowym bardzo uzależnia geopolitycznie biorcę od dawcy, albowiem tworzy wpływy i kreuje „lewar” (instrument nacisku) dawcy nad poczuciem bezpieczeństwa biorcy, co więcej daje możliwość sterowania biorcą poprzez codzienne dawanie mu mniej lub bardziej subtelnie do zrozumienia, kto od kogo zależy, a także poprzez zapewnianie dostaw część zamiennych i uzupełnień do dostarczanego sprzętu wojskowego, wreszcie poprzez szkolenia czy różnorakie programy pomocowo-finansowe. Od tego wszystkiego bardzo łatwo jest się uzależnić. Taka sytuacja pozwala dawcy bezpieczeństwa i pomocy wojskowej budować wpływy. To bywa niebezpieczne i nie powinno przesłonić ogólnej potencji polityki wynikającej z sytuacji geopolitycznej i przyjętej geostrategii kraju, które stwarzają najczęściej więcej instrumentów do budowania potęgi niż daje pomoc pochodząca od dawcy.

 

6. Waszyngton oczekuje, że sojusznicy zaakceptują pomysł ograniczenia globalizacji, rozwodu gospodarki Chin z gospodarkami USA i amerykańskich sojuszników oraz docelowo dostosują swoje modele społeczne do nowego etapu. To oczekiwanie spełnić będzie najtrudniej.

 

Dla nas to mniejszy problem, nie dochodzi bowiem do dużej wymiany przepływów strategicznych między nami a Chinami, ale w zachodniej Europie, na Pacyfiku, w Singapurze i Australii to poważny problem. Pomimo naszej małej ekspozycji Amerykanie powinni nam dokładnie wyjaśnić (w celu podtrzymania wiarygodności u polskiego sojusznika, który na nich zawiesza swój los), jak mają zamiar w praktyce przeprowadzić rozwód z gospodarką Chin, albowiem decoupling tego rodzaju będzie łamał kontrakty społeczne, w tym w gospodarkach europejskich, na pewno w Niemczech. Jako podłączeni do gospodarki niemieckiej my też na tym stracimy.

 

Pamiętajmy, że jesteśmy w Europie i nie zmienimy swojego położenia geograficznego, i zawsze będziemy zespoleni z gospodarkami europejskimi. Abyśmy mogli popierać politykę amerykańską sprowadzającą się do konfrontacji technologicznej, handlowej i walutowej z Chinami, plan amerykański musi być wiarygodny i realistyczny. Pamiętajmy, że taka polityka Amerykanów spowoduje napięcia w ich relacjach z innymi państwami, w tym z kluczowymi państwami Zachodu, naruszając, a niekiedy łamiąc solidarność świata transatlantyckiego. Napięcia te mogą doprowadzić do podziału świata na trzy rdzeniowe i konkurujące ze sobą strefy gospodarcze: Amerykę, Europę i Azję. W tym duchu należy odczytywać słowa prezydenta Francji Emmanuela Macrona w głośnym w listopadzie wywiadzie dla „The Economist”. I co zrobi wtedy Rzeczpospolita położona w Europie na skrzyżowaniu mas lądowych Eurazji i Europy Zachodniej, sąsiad największej gospodarki Starego Kontynentu, uzależniona w zakresie bezpieczeństwa od USA z obawy przed Rosją?

 

7. Zmienia się formuła sojuszy amerykańskich. NATO z modelu kolektywnego przekształca się w Europie w zbiór bilateralnych albo grupowych systemów wzajemnej pomocy, asekuracji i gwarancji w ramach modelu hub & spokes (piasta i szprychy), w którym USA to piasta, a ich partnerzy położeni w ważnym z punktu widzenia amerykańskich interesów regionie, jak Polska czy Rumunia, to szprychy. Jeśli jest to w interesie USA, szprychy mogą być połączone bilateralnymi więziami oraz interesami sojuszniczymi i wojskowymi także bezpośrednio między sobą. Z tej przemiany wyłania się powoli i w bólach coś na kształt Międzymorza czy – jak kto woli – Intermarium – nasz dawny konstrukt geopolityczny. Proces ten będzie powodował jednocześnie zmianę strategicznego pejzażu Europy i wypychanie Niemców z dawnego kolektywnego postrzegania systemu NATO oraz czynił z naszej wschodniej granicy obszar potężnej rywalizacji geopolitycznej z Rosją, a kiedyś z Chinami (a może już teraz – vide ostatnia wizyta Boltona na Białorusi i Ukrainie) – jeśli rywalizacja się nasili, a rozwód gospodarek i zwijanie globalizacji będzie postępować.

 

Dla Polski jest to korzystne i niekorzystne zarazem. I o to toczy się spór między stronnictwami w kraju oraz między sojusznikami w NATO.

 

W wyniku bowiem opisanego wyżej procesu spójność NATO słabnie, natomiast znaczenie Polski dla USA może (choć nie musi) wzrosnąć, pod warunkiem wszakże wygrania przez Amerykanów konfrontacji o Eurazję, przy jednoczesnym braku ich porozumienia z Rosją kosztem Ukrainy oraz w razie amerykańskiego wsparcia geoekonomicznego dla regionu. Amerykanie muszą też odpowiednio załatwić sprawę z Niemcami, co może nie być proste. Na to nakłada się kwestia gwarancji atomowych dla państw wschodniej flanki oraz decyzji Niemiec w sprawie ich orientacji geopolitycznej. Warto pamiętać, niezależnie od woli politycznej w obliczu kryzysu, że Europa Zachodnia nie ma właściwie zdolności wojskowych, które są potrzebne na wschodniej flance.

 

Dalsze łamanie konstruktywistycznego ładu i zaangażowanie USA na Pacyfiku, doprowadzą z czasem do ostrzejszej rywalizacji o wschodnie obszary buforowe – Ukrainę i Białoruś, a Polska będzie musiała zweryfikować swoją doktrynę ULB zaproponowaną przez Mieroszewskiego i Giedroycia, i zacząć prowadzić na wschodzie własną aktywną politykę, inaczej niż to było po 1991roku. Musimy się też dokładnie przyglądać, co robią Niemcy. Od nich zależy przyszłość Europy.

 

8. Od Rzeczypospolitej oczekuje się, że będzie odgrywała rolę wysuniętej rubieży do obrony ładu światowego przed rewizjonistyczną polityką Rosji w limitrofach (korytarzach uniemożliwiających Rosji wpływanie na politykę Europy Zachodniej, czyli na naszym pomoście bałtycko-czarnomorskim). A nawet, że będzie wysuniętą pozycją ubezpieczającą od całego sojuszu kontynentalnego wnętrza Eurazji pod egidą Chin i Rosji, rozciągającego się od Szanghaju po Brześć nad Bugiem. To skutkuje oczekiwaniami ze strony Polski poważnych zbrojeń pod egidą USA. Ten stan może trwać kilka dekad. Rzeczpospolita wystawia główne wojska lądowe tego obszaru i jest pierwsza na straży w obliczu trwającej już wojny nowej generacji (wojny hybrydowej) na tych obszarach.

 

Nie mamy tu dobrych wiadomości. W każdym scenariuszu Polska musi zmienić swoje nastawienie i zrozumieć, że jest państwem frontowym. To będzie się wiązało z wydatkami, nowymi koncepcjami operacyjnymi, modernizacją sił zbrojnych i z tzw. „aktywną obroną”. Musi się także przygotowywać do wojny nie o charakterze kontynentalnym, ale do limitowanej wojny nielinearnej, z różnymi stadiami eskalacji i to na całym froncie wschodnim między Morzem Czarnym a Bałtykiem.

 

Co gorsza, Polska musi te przygotowania prowadzić, zarówno będąc w ścisłym sojuszu z Amerykanami obecnymi w Europie, jak i sama, bez Amerykanów, gdyby ci nie byli jednak w Europie obecni. A nawet z Niemcami, w razie wyboru przez naszych polityków orientacji europejskiej i konsolidacji Europy kontynentalnej w jeden organizm. Wtedy Polska i Niemcy wystawiałyby główne siły lądowe Europy na jej wschodnim przedmurzu, aby osłaniać Europę od Rosji, jakkolwiek dziwacznie to brzmi w grudniu 2019 roku.

 

9. Ponadto oczekuje się od Rzeczypospolitej spełnienia kilku warunków. Po pierwsze, jej przestrzeń nie będzie komunikująca dla chińskiej inicjatywy Pasa i Szlaku, a więc stanie się barierą dla powstającej kontynentalnej komunikacji. Jednocześnie nasza przestrzeń ma stanowić obszar komunikujący z zachodu Europy do państw na wschodzie, wychodzących w limitrofach spod kurateli rosyjskiej. Ponadto ma ona spełniać funkcję silnej rubieży i „membrany”, przez którą polityka amerykańska będzie realizowana w Europie Wschodniej (w obszarach buforowych dawnej Rzeczypospolitej – Ukraina, Białoruś oraz na Kaukazie i w Mołdawii itp.), lecz także wobec Niemiec. Podobnie jak kiedyś amerykańska polityka wobec całej Europy kontynentalnej, realizowana była poprzez Wielką Brytanię, za którą Waszyngton – w zależności od swojego wyboru – się „chował” lub dzięki której uczestniczył w procesach na kontynencie.

 

Wszystkie te oczekiwania już spełniamy. Musimy jednak pamiętać, by nie być tylko bezrefleksyjnym narzędziem polityki mocarstwa morskiego, które „wchodzi i wychodzi” oraz zmienia sojusze elastycznie, co udowodniła historia. Amerykanie nie zawsze byli nad Wisłą, w Europie zachodniej są dopiero od II wojny światowej. My natomiast jesteśmy w Europie od zawsze i zawsze w niej będziemy. Nie zmienimy swojego położenia i nie relokujemy swoich interesów, podczas gdy globalna potęga morska może „przesuwać” swoje interesy i zainteresowania strategiczne.

 

10. Polska, Międzymorze/Trójmorze i inne koncepty powstające między Adriatykiem, Morzem Czarnym a Bałtykiem na osi północ–południe, mają powodować powstawanie konstruktów, które w razie potrzeby powinny mniej lub bardziej równoważyć wpływy niemieckie na kontynencie. Miałoby się tak dziać, gdyby Unia Europejska po brexicie zrobiła zwrot od Atlantyku w kierunku jawnej polityki kontynentalnej i budowania jądra/rdzenia gospodarczego kontynentu, w oparciu o Niemcy z zaproszeniem do współdziałania Rosji albo Chin, ale już bez Anglosasów i ich wpływów gospodarczych i finansowych. Rzeczpospolita stanowiłaby wtedy barierę dla przesyłów strategicznych projektu kontynentalnego. W tym duchu należy odczytywać wspieranie komunikacji północ–południe, politykę energetyczną i rozprowadzanie amerykańskiego gazu po Trójmorzu i na Ukrainie z polskich portów bałtyckich.

 

Inicjatywa Pasa i Szlaku może oznaczać docelowo koniec recyklingu zarobionych pieniędzy przez amerykański system finansowy i pchnięcie środków w budowę Mackinderowskiej infrastruktury dróg do chińskiego rdzenia, dzięki której byłyby dostarczane surowce, produkty proste i energia. Pas i Szlak nie ma większego sensu w Eurazji, jeśli przepływy miałyby być w przyszłości finansowane w dolarach USA.

 

Kryzysy w Azji z lat 1997, 2008, 2013 pokazały, że amerykańskie banki są niechętne finansowaniu azjatyckiego handlu lub tamtejszych dołków finansowych, a imperium buduje się raczej za własne pieniądze. Będzie kilka warunków, które wskażą przewagi w globalnej rywalizacji finansowo-kapitałowej:

 

  1. a) Jeśli na dłuższą metę obligacje w juanie będą dawały lepsze stopy zwrotu niż w obligacjach USA.
  2. b) Jeśli okaże się, że łańcuch dostaw najnowocześniejszych technologii znajduje się w Azji, i inwestorzy będą lokowali pieniądze tam, a nie, jak to było tradycyjnie, w Ameryce. W tej kwestii przewaga USA będzie polegała na zdolności organizowania i finansowania globalnego łańcucha dostaw, choć fizycznie większa jego część jest zlokalizowana w Azji. Warto pamiętać także, że w XXI wieku rośnie znaczenie wartości pozamaterialnych, na przykład danych przesyłanych światłowodem. Wzmacnia to relatywnie dotąd słabszy w wolumenach kontynent względem oceanu światowego.
  3. c) Gdy Rosja, Niemcy i Arabia Saudyjska w rozliczeniach surowców przestaną używać dolara.
  4. d) Jeśli zostanie stworzone konsorcjum naftowe saudyjsko-chińskie.
  5. e) Jeśli Niemcy dołączą do geopolitycznego „lądu” z własną niezależną dyplomacją i własną grą w Eurazji, mającą na celu zapewnienie sobie dostępu do Rosji i wszystkiego, co jest na północ od Himalajów, a potem również na południu Eurazji; Niemcy w tym celu muszą się dogadać z Rosją i Chinami. Polska będzie wówczas barierą blokującą. W Rzeczpospolitej wykształcą się wówczas ostatecznie dwa stronnictwa: „niepodległościowe”, zorientowane na samodzielność wspartą przez Stany Zjednoczone, i „kontynentalne”, nastawione na ścisłą integrację imperium europejskiego.

 

11. W wojnie technologicznej, która dopiero się między USA a Chinami zaczyna, sojusznicy mają być po stronie USA, nawet jeśli ponoszą przez to materialne straty (albo tracą potencjalne materialne korzyści). 5G i podpisanie deklaracji w tej sprawie w Warszawie jest tu dobrym przykładem.

 

Tak, to może być trudne, zwłaszcza jeśli Chiny będą skutecznie wprowadzać nowe technologie, takie jak 5G i sztuczna inteligencja. Przy czym będzie to problem dla całego świata. My musimy tyko patrzeć, jakich wyborów dokonują gospodarki europejskie (przede wszystkim niemiecka), z którymi jesteśmy związani, i nie za szybko podejmować decyzje, bo możemy tracić dostęp do kluczowych technologii i nowych cyklów ekonomicznych.

 

12. Rzeczpospolita ma wspierać amerykańskie wpływy polityczne, realizować współpracę wojskową i zbrojeniową, ułatwiać dostęp amerykańskich funduszy inwestycyjnych. Coraz ważniejsza staje się współpraca w zakresie energii pochodzącej z USA, choć to wszystko bez specjalnych warunków „ponadrynkowych”, czyli bez szczególnego planu wsparcia geoekonomicznego dyktowanego potrzebą strategiczną w stylu planu Marshalla czy pomocy udzielanej Japonii i Korei Południowej w XX wieku. Tutaj America First Trumpa oraz inny niż po II wojnie światowej funkcjonujący model gospodarki USA oraz właściwy XXI stuleciu podział pracy na świecie strukturalnie nie pomagają Amerykanom.

 

Amerykanie nie chcą przyjąć nowego planu Marshalla. To prawdziwe wyzwanie dla Polski, jak skorzystać na rozdzieleniu łańcucha dostaw gospodarki globalnej, tak by część nowych łańcuchów dostaw trafiła do Polski.

 

13. Siły zbrojne Rzeczypospolitej mają się modernizować i wzbogacać się o nowy sprzęt, najlepiej w USA, lecz jedynie w celu zwiększania zdolności wojskowych uzupełniających zdolności amerykańskie. Tak na przykład czyni od lat 70. XX wieku Australia (choć zaczyna to być właśnie przedmiotem poważnej debaty na antypodach). Chodzi zatem o przygotowywanie się do wojen koalicyjnych i zawsze razem z USA, nawet gdybyśmy mieli przyjąć pierwsze uderzenie sami, zanim Amerykanie pojawią się z pomocą. USA nie godzą się na realizację naszych własnych koncepcji modernizacji polskich sił zbrojnych, w szczególności na pozyskiwanie samodzielnych zdolności do oddziaływania bojowego o potencjale eskalacyjnym (w triadzie: własne rozpoznanie, namierzanie celów i oddziaływanie kinetyczne), na naszą własną sygnalizację strategiczną wobec Rosji i na samodzielną politykę wobec naszego wschodu.

 

Musimy przygotować własną koncepcję operacyjną, która odpowie na wyzwania chwili. Powinna ona dotyczyć wyłącznie pomostu bałtycko-czarnomorskiego.

 

14. Oczekuje się solidarności z USA w rywalizacji o dominującą narrację, model społeczny i polityczny oraz pożądany kontrakt społeczny, w tym rozwiązania podatkowe, finansowe. Akurat wizyta Pence’a dała tego wymierne dowody.

 

Na poziomie haseł jest to oczywiście w porządku. W konkretnych rozwiązaniach technologicznych i podatkowych oraz ekonomicznych musimy się kierować własnym interesem, bo prawdziwa walka o świat nie dotyczy praw człowiek ani wielkich narracji, ale tego, kto pracuje na kogo i kto zajmuje wyższe miejsce w światowym podziale pracy. Chodzi o to, byśmy w tym podziale awansowali, a nie tylko pracowali tanio. Wtedy będziemy mieli więcej pieniędzy i technologii, by organizować sobie życie, i więcej czasu na sprawy niezwiązane z pracą. W pewnym uproszczeniu – o to toczy się walka o Eurazję.

 

 

Strategy&Future, 12/2019

 

Książkę można znaleźć tuhttps://nowakonfederacja.pl/produkt/koniec-konca-historii/

Materiały do pobrania
Interesy Rzeczypospolitej a 14 punktów Pence’a (fragment książki „Koniec końca” historii”)
Autor Jacek Bartosiak
Założyciel i właściciel Strategy&Future, autor książek „Pacyfik i Eurazja. O wojnie”, wydanej w 2016 roku, traktującej o nadchodzącej rywalizacji wielkich mocarstw w Eurazji i o potencjalnej wojnie na zachodnim Pacyfiku, „Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju”, wydanej w 2018 roku, i „Przeszłość jest prologiem" z roku 2019.
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką prywatności.