Polityka jagiellońska w XXI wieku

Właśnie mija 100 lat od podpisania traktatu pokojowego w Rydze, który zakończył naszą wojnę na Wschodzie z Rosją Sowiecką i ustalił stosunki w naszej części świata na kolejne 20 lat. Następnie, wraz z Teheranem, Jałtą i Poczdamem oraz końcem II wojny światowej, zamknął rozdział polityki jagiellońskiej państwa polskiego. Tak przynajmniej by się wydawało.

Pałac Czarnogłowców w Rydze – miejsce podpisania traktatu, które dokonało się 18 marca 1921 roku o godzinie 20.30 (fot. Wikipedia)

Polska wygrała wojnę, ale przegrała pokój. Tak można podsumować przebieg działań zbrojnych oraz negocjacji pokojowych. Zabrakło jeszcze jednej bitwy gdzieś pod Orszą czy Witebskiem w bramie smoleńskiej. Taka bitwa wypchnęłaby Rosję poza Dniepr i Dźwinę. Jednak nie było do tego wystarczających sił, zarówno politycznych, jak i wojskowych. Choć co do tego, czy tak było naprawdę, trwają wciąż rozważania, a materiały źródłowe nie dają jasnej odpowiedzi, co Józef Piłsudski (bo to on podejmował przecież decyzję) „czuł” jesienią 1920 i wiosną 1921 roku, jeśli chodzi o konkretny układ sił. To Piłsudski musiał rozważać argumenty, które miały zadecydować o wojnie i pokoju, i układzie geopolitycznym Europy Wschodniej. Podejmował je w oparciu o własne odczytanie sytuacji i układu sił, często intuicyjnie, bo jakże miałoby być inaczej. Znacznie łatwiej jest oceniać taką decyzję po stu latach, mając do dyspozycji zasoby archiwalne i przede wszystkim wiedzę, jak się historia potoczyła dalej. Odpowiedzialność spoczywa na konkretnym polityku, który musi podjąć decyzję w określonym czasie, bazując na własnej ocenie sytuacji. To trudne, dlatego polityka jest trudna.

Polska przegrała pokój, a sam Piłsudski był rozczarowany traktatem ryskim. Giedroyć twierdził nawet, że Piłsudski stał się po podpisaniu traktatu innym człowiekiem, zamkniętym na innych, niewierzącym w trwałość państwa polskiego. Czuł, że istnienie Polski jest tymczasowe, że nie zdołał zbudować nowej, korzystnej równowagi na pomoście bałtycko-czarnomorskim, która by usuwała trwale Rosję spoza systemu europejskiego poprzez budowę federacji państw odgradzających ją od Europy.

Z różnych powodów wojna nie przyniosła powstania federacji, pomimo wyprawy kijowskiej, prób ukraińskich wspieranych przez Polskę, świetnych zwycięstw żołnierza polskiego pod Warszawą i nad Niemnem. Społeczeństwo, zmęczone siedmioma latami nieprzerwanej wojny i ogromnymi zniszczeniami gospodarczymi i wojennymi, poprzez swoje krajowe siły polityczne nie poparło planu federacyjnego. Jednocześnie odmienność sporej części ludności na Kresach od koroniarzy nie dawała podstaw do forsowania budowy państwa jednolitego, ciągnącego się hen po Dźwinę i Dniepr. Przeważyły obawy przed słabą spójnością wewnętrzną tego tworu ze względu na czynniki narodowościowe. Piłsudski musiał się bić z myślami w tamtych dniach.

Stąd wziął się kompromis ryski, stanowiący tylko „pieredyszkę”, tymczasowy odpoczynek, który imperialna Rosja w tym wypadku w sowieckim wydaniu, wykorzystała do budowy potęgi. Pauza geopolityczna zdobyta wysiłkiem żołnierza polskiego zaczęła się kończyć u schyłku lat 30., a wyraźny koniec miała w dniu podpisania przez Ribbentropa i Mołotowa paktu kontynentalnego.

A potem Sowieci zrobili wszystko, by zabić ideę jagiellońską: eksterminacja ludności polskiej na Wschodzie, wywózki, niszczenie kultury i świata materialnego wyznaczanego kilkusetletnią obecnością za Niemnem i Bugiem. Granice pojałtańskie, wysiedlenia oraz porządki ideologiczne miały zlikwidować podstawy polskiej polityki na Wschodzie raz na zawsze.

PRL – państwo wasalne wobec Związku Sowieckiego – nie śmiał nawet rozmyślać o polskiej polityce wschodniej. Same Kresy jawiły się polskiej inteligencji niepodległościowej w PRL jako opowieść z dawnych czasów, trochę romantyczna, trochę dworkowa, a trochę nieprzystająca do realiów XX wieku. A na pewno sprawa jawiła się jako zamknięta przeszłość.

 

W latach 1989–1991 dokonał się cud. Imperium na Wschodzie upadło. Nie w wyniku wojny z naszym udziałem, ale wskutek wojny światowej między ZSRS a USA – a konkretnie przebiegu zimnej wojny i ukształtowanego w jej końcu układu sił między supermocarstwami, który złamał sowieckie imperium kontynentalne, uwalniając uwięzione w nim ludy i narody. Wówczas pobiegli po wolność niemal wszyscy – a na pewno wszystkie narody pomostu bałtycko-czarnomorskiego.

Realizując pomysł Mieroszewskiego i Giedroycia, nowa Polska uznała wszystkie nowe i niepodległe państwa na Wschodzie. Przez kolejne lata wierzyliśmy, że potęga Zachodu, jego instytucji i stylu życia oraz wartości, które były jakże inne niż te uosabiane przez imperium rosyjskie, „zrobią” za nas politykę wschodnią, która niezmiennie od kilkuset lat sprowadzała się do bardzo prostego celu: zapobiec rosyjskiej możliwości gry o równowagę w politycznym systemie europejskim, co skutkuje zazwyczaj obezwładnieniem sprawczości i samostanowienia rozwojowego Polski i pozostałych krajów regionu.

Z perspektywy 2021 roku należy sobie jasno powiedzieć: to był błąd.

 

Brak własnych wpływów biznesowych, kapitałowych, gospodarczych, relacyjnych, kulturowych, agenturalnych i wojskowych, niezależnie jakie porządki panują i jaki ustrój obowiązuje, zamknął Wschód na efektywne oddziaływanie państwa polskiego. Podczas kryzysu białoruskiego latem 2020 roku pokazało się, że jesteśmy przedmiotem polityki w regionie, a nie podmiotem organizującym. W grze politycznej o swoje miejsce w systemie międzynarodowym nie potrzebują nas ani Ukraińcy, ani Białorusini, realizujący swoje działania przez Niemców, Francję lub instytucje Unii Europejskiej, albo też zmuszeni dogadywać się z Rosjanami. Tak robili też Bałtowie, choć nieco się to zmienia w ostatnich latach, od kiedy się połapali, że w obliczu presji Rosji w sumie jedyną realną siłą lądową od pierwszego dnia wojny w regionie są wojska lądowe Rzeczypospolitej. Zaczęli się więc z nami liczyć, choć my niewystarczająco to wykorzystujemy.

 

Ta nasza strategiczna powściągliwość wynikała ze złego zrozumienia napięcia między polityką piastowską a jagiellońską oraz była skutkiem wyraźnego niezrozumienia, na czym polegają współcześnie wpływy i instrumenty nacisku na politykę innego państwa, tak by tymi instrumentami obsługiwać własne interesy.

 

Polityka jagiellońska bowiem uzupełnia politykę piastowską, a nie stanowi dla niej alternatywy rozłącznej. Nie ma jednej bez drugiej i na odwrót. W tej konstatacji zawiera się przekleństwo położenia państwa polskiego, które ma tradycyjnie zbyt słaby potencjał populacyjny i gospodarczy, by przetrwać z własną „sprawczością” przy Rosji i Niemcach, gdy oba te podmioty są potężne i dobrze rządzone.

Konsolidacja gospodarcza, rozwój, budowa infrastruktury i dbanie o kształtowanie wewnętrznej i zewnętrznej struktury przepływów strategicznych, tak by służyły Polsce, poprzez „piastowskie” podłączenie do strefy gospodarczej ukierunkowanej na Atlantyk musi być uzupełnione polityką jagiellońską, polegającą na ukształtowaniu przyjaznej państwu polskiemu przestrzeni na Wschodzie, z której nie będą pojawiały się zagrożenia dla „piastowskiej” konsolidacji. Optymalnie przestrzeń ta powinna być korzystnie ukształtowana geopolitycznie, współpracując z nami na przykład w kształtowaniu przepływów strategicznych. Wtedy będzie nawet dodawała siły potędze Polski.

Polityka jagiellońska jawiła się jako imperialna, bo odnosiła się na poziomie podświadomości do ziemi, terytoriów, dawniej kolonizowanych przez Koronę Polską, gdzie Polacy dominowali, jeśli chodzi o własność i majątek. Dlatego polityka ta kojarzyła się z dominacją imperialną i pomimo naszych słodkich wyobrażeń z często złym traktowaniem ludności ukraińskiej czy białoruskiej.

Takie postrzeganie i projektowanie tej wizji na przykład poprzez krytykę postulatu polityki jagiellońskiej w XXI wieku  wynika z nierozumienia uwarunkowań strategii w XXI stuleciu.

Dawniej głównym źródłem siły, a zatem wpływów i powiązań, na których bazuje polityka, była ziemia i kapitał wynikający z pracy ziemi, z własności ziemi. A zatem z terytoriów, które dają podatki, płody, surowce, kapitał i rekruta. Im więcej rekruta, tym lepiej, bo jego liczba też przecież miała znaczenie. W tym okresie ukształtowały się mapy mentalne dawnej Rzeczypospolitej i dawne jej Kresy oraz kultura kresowa, którą wspominamy z sentymentem, przeglądając stare albumy. Z tego rozumienia źródła potęgi wynikały oczywiście konflikty etniczne, wojny domowe, w tym ludobójstwo. Mamy też sobie sporo do zarzucenia, by wspomnieć na przykład represje polityczne wobec mniejszości ukraińskiej we wschodnich województwach czy swego czasu nienależyte potraktowanie Kozaków.

 

W międzyczasie dokonała się rewolucja przemysłowa, która na Kresy raczej nie zawitała aż do XX wieku, a tymczasem gdzie indziej zmieniła istotnie źródła potęgi. Ogromne znaczenie zaczęły mieć przepływy strategiczne. Wciąż ogromne znaczenie miały przemarsze i pochody wojska, ale zaczął znaczyć ruch ludzi pociągami, samochodami, samolotami, ruch towarów, surowców, energii, kapitału, technologii, wiedzy i danych. Zaczął się tworzyć zmienny i płynny system sił, które zorganizowane przez państwo decydowały o wpływach, instrumentach nacisku i kształtowaniu relacji z korzyścią dla siebie i swojej potęgi. W tym wyrażała się sprawczość w sensie nowoczesnym. To przepływy strategiczne stanowią szachownicę gry międzynarodowej. Oczywiście wciąż są ważne miejsca w regionie, jak Małaszewicze, węzeł komunikacyjny Baranowicze czy port w Gdańsku, ale one wynikają z korytarzy przepływów strategicznych, które generują relatywne zmiany potęgi.

Kształtowanie przestrzeni na Wschodzie z korzyścią dla interesów państwa polskiego w ramach polityki jagiellońskiej można osiągnąć poprzez kwestie kapitałowe, regulacyjne, biznesowe, generujące dźwignie nacisku politycznego, z którymi trzeba się liczyć w codziennej polityce. Ale do tego trzeba być i działać „w zwarciu” na Wschodzie, a nie zasłaniać się pozorną „wyższością moralną”, która tylko irytuje właściwie wszystkich poza nami.

Na to nakłada się też trwająca rewolucja informacyjna. Obróbka i przesył informacji stają się zarówno towarem, jak i bronią w walce o percepcję i o budowę potęgi sprawczości. To nasilające się zjawisko jeszcze bardziej odrywa nas od jakiegokolwiek rewizjonizmu terytorialnego, jednocześnie wzmacniając istotę kontroli zasad, na jakich odbywają się przepływy strategiczne.

 

To determinuje konieczność budowania wpływów na Wschodzie, by polityka tam uprawiana była przyjazna konsolidacji piastowskiej, która musi z kolei uporać się z nie lada wyzwaniem, jakim jest radzenie sobie z rozwojem zależnym, by dokonać konwergencji z zachodnią Europą. Nowoczesna polityka jagiellońska wynika z potrzeby konsolidacji piastowskiej, a jest z kolei możliwa do skutecznego poprowadzenia, jeśli obszar konsolidacji piastowskiej daje jej do tego środki, co buduje wpływy na Wschodzie w ramach złożonej szachownicy przepływów strategicznych.

 

Zatem polityka jagiellońska na Wschodzie ma kształtować otoczenie geopolityczne państwa polskiego, bez którego po prostu nie ma polityki piastowskiej. To jest natomiast zupełnie coś innego niż roszczenia terytorialne czy sentymentalne pogawędki o Wilnie czy Lwowie lub wywyższanie się Polaków wobec innych narodów pomostu.

 

Polityka jagiellońska XXI wieku wyraża się w biznesie, penetracji kapitałowej, ekspansji banków, sprawczości w kwestii regulacji określających te przepływy, w wiązaniu ludności ze Wschodu z polskim obszarem gospodarczym, w korzystnym ruchu przygranicznym, w imporcie podaży pracy ze Wschodu, rewersach rurociągów, przesyłach energii, korzystaniu z korytarzy transportowych, dzierżawy portów w Gdańsku, Kłajpedzie, Odessie. Wreszcie – we współpracy wojskowej w ramach systemów antydostępowych, by stępić „sprawczość” rosyjską.

 

To współzależność buduje politykę jagiellońską. Przyglądanie się z odległości jej nie buduje, a wręcz podmywa możliwości konsolidacji piastowskiej. Zwłaszcza gdy ład bezpieczeństwa na Wschodzie pęka wraz ustaniem pauzy geopolitycznej, co się powtarza cyklicznie. I źle wróży Polsce, która od 30 lat stara się odbudować materialnie.

Materiały do pobrania
Polityka jagiellońska w XXI wieku
Autor Jacek Bartosiak
Założyciel i właściciel Strategy&Future, autor książek „Pacyfik i Eurazja. O wojnie”, wydanej w 2016 roku, traktującej o nadchodzącej rywalizacji wielkich mocarstw w Eurazji i o potencjalnej wojnie na zachodnim Pacyfiku, „Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju”, wydanej w 2018 roku, i „Przeszłość jest prologiem" z roku 2019.
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką prywatności.