sf2 ZalogujZaloguj
W roku 110 r. p.n.e. po rozbiciu armii rzymskiej w Numidii (dzisiaj mniej więcej tereny płn. Tunezji i Maroka) w czasie wojny jugurtyńskiej Rzym zostaje zmuszony do podpisania upokarzającego pokoju...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Jest coś symbolicznego w tym, że „Czerwony Smok” („Red Dragon”), zanim został zakupiony przez brytyjską Kompanię Wschodnioindyjską i stał się jej pierwszym okrętem flagowym, był jednostką piracką zbudowaną specjalnie do atakowania hiszpańskich statków na Karaibach...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Jest to jedna z najważniejszych pozycji traktujących o niepowodzeniach działań publicznych oraz diagnozujących sytuację kultury umysłowej i zdolności intelektualnych polskiego społeczeństwa...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna

Przebieg II wojny ukraińskiej, a zwłaszcza skuteczny opór Ukraińców, skłania niektórych do marzeń do restytucji Rzeczypospolitej Obojga Narodów (rzecz jasna z Polską na czele). Hurraoptymiści widzą już Moskwę poza systemem europejskim, zredukowaną do granic sprzed czasów wielkiej ekspansji. Nie wdając się w polemikę z tymi pobożnymi życzeniami, warto jednak pochylić się nad przyczynami upadku pierwszego związku narodów Międzymorza. Nasze elity polityczne powinny odrobić tę lekcję, aby nie powtórzyć błędów przodków.

Bohdan Chmielnicki, ojciec chrzestny klęsk, które w XVII wieku spadły na Rzeczpospolitą (fot. picryl.com)

Jeżeli za Sienkiewiczem rok 1647 można nazwać rokiem dziwnym, to następny rok należałoby nazwać rokiem straszliwym (łac. annus horribilis). 1648 to rok katastrofy państwowej. Zagłada lwiej części armii koronnej, jej dowódcy wzięci do niewoli, utrata kontroli nad jedną trzecią terytorium państwa, a do tego śmierć króla i wybór na jego następcę mniej zdolnego z braci Władysława IV. Rok 1648 to punkt, od którego Rzeczpospolita zaczęła się staczać w kierunku ostatecznego upadku. Kilka lat później Szwedzi weszli do Warszawy i warto pamiętać, że od tamtego czasu wszystkie następne pokolenia Polaków widziały obce wojska w swojej stolicy (lub w jej okolicach) – aż do 17 września roku 1993.

 

Dekada przed rokiem 1648 była dla Polski nigdy nie powtórzonym okresem dobrej koniunktury, zwłaszcza międzynarodowej. Europa Zachodnia była zaangażowana w wojnę trzydziestoletnią (w tym nasz główny rywal do dominacji nad Bałtykiem – Szwecja). Moskwa lizała rany po wojnach z początku XVII wieku i po niepowodzeniu próby odzyskania Smoleńska nie szukała zwady. Turcja także starała się o utrzymanie przyjaznych stosunków z północnym sąsiadem, wkrótce zresztą uwikłała się w trudną wojnę z Wenecją. Po napomnienach suwerena ze Stambułu nawet Tatarzy przestali szarpać kresy południowo-wschodnie. Cóż z tego, skoro rządząca de facto państwem szlachta pogrążona była w pacyfizmie – każda wojna oznaczała przecież podatki, a wygrana wojna ofensywna wzmocnienie władzy królewskiej i koniec złotej wolności. Dlatego panowie bracia torpedowali wszystkie próby wykorzystania tej dobrej koniunktury do wzmocnienia pozycji państwa. Nie stworzono ówczesnej Armii Nowego Wzoru odpowiadającej wyzwaniom, przed którymi stała Rzeczpospolita; kilka zmian, np. usprawniających artylerię, szumnie zwanych reformami nie zmieniło zasadniczo oblicza wojska polskiego. Nie było mowy o uchwaleniu stałych podatków w odpowiedniej wysokości. Nie rozwiązano problemu kozackiego – właściwie zatrzymano się w pół drogi. Nie udało się ani wkomponować Kozaczyzny do końca w system ustrojowy Rzeczypospolitej (np. poprzez uszalchcenie części Kozaków), ani też zlikwidować dążności Kozaków do niezależności. Kolejne powstanie było więc tylko kwestią czasu. Wobec skąpstwa szlachty i słabości władzy królewskiej nie było szans na jakąkolwiek skuteczną i długofalową politykę nad Bałtykiem (np. budowę marynarki wojennej). Król Władysław IV wraz z niewielkim gronem doradców planował wojnę z Imperium Osmańskim – w planie maksimum, a zniszczenie dokuczliwego Chanatu Krymskiego – w planie minimum. Co ciekawe, zawarto nawet porozumienie z Moskwą, która także była skłonna dopomóc w wypędzeniu Tatarów z Krymu. Projekt ostatecznie upadł na Sejmie wobec zaciekłego oporu szlachty, która o żadnej wojnie nie chciała nawet słyszeć. Skoro nie można było przekonać szlachty do poparcia wojny prewencyjnej, podjęto próbę sprowokowania Tatarów do najazdu. Taki najazd pozwoliłby postawić sprawy wojny obronnej na Sejmie. Oddziały prywatne polskich magnatów dotarły niemal na sam Półwysep Krymski (tam wówczas sięgała polska projekcja siły), ale Tatarzy nie dali się sprowokować. Z królewskich planów nic nie wyszło, a prowokacje przekonały chana do poparcia kolejnego powstania kozackiego i podpalenia Ukrainy.

 

Sąsiedzi nie przegapili dobrej koniunktury; w 1648 roku kozacki bunt wykorzystali Tatarzy, w 1654 Moskwa, a rok później Szwedzi. Z wojen połowy XVII wieku Rzeczpospolita wyszła zniszczona, wyludniona i okrojona terytorialnie. 150 lat później caryca Rosji Katarzyna II zlikwidowała Sicz Zaporoską, podbiła Chanat Krymski i walnie przyczyniła się do upadku Rzeczypospolitej.

 

Dzisiaj, gdy być może pojawia się znowu dobra koniunktura, należy pamiętać o potrzebie aktywnej polityki na wschodzie; w polityce jak w piłce nożnej niewykorzystane sytuacje się mszczą.

 

Kampanie 1648 i 1649 roku wykazały, że podstawą wojny jest właściwa strategia, a nie błyszcząca, droga broń albo wspaniałe rumaki bojowe. Warto, aby nasi rządzący o tym pamiętali w szale zakupów drogiego uzbrojenia u Wuja Sama. Kozacy uzbrojeni w prymitywne strzelby wraz z konną hołotą ze stepów często nie mającą nawet szabel pobili na głowę wojsko polskie, w tym dumną husarię. Co gorsza, po pierwszych klęskach ówczesny kierownik nawy państwowej Jerzy Ossoliński powierzył dowodzenie wojskiem 35 dowódcom (to nie pomyłka – trzydziestu pięciu) – na potrzeby polityki wewnętrznej, a konkretnie pognębienia przywódcy wrogiego stronnictwa Jeremiego Wiśniowieckiego, wprowadził tak idiotyczne rozwiązanie. Tak „dowodzonaˮ, bardzo liczna i świetnie zaopatrzona polska armia uciekła z pola bitwy na wieść o zbliżaniu się Tatarów. Choć powoływanie się na historyczne przykłady bywa karkołomne, to ten jest aż nadto wymowny – nie wolno podporządkowywać kwestii polityki zagranicznej i wojska partykularnym interesom tego lub innego polityka.

 

Powstanie Chmielnickiego to także czas kryzysu polskiej myśli wojskowej. W 1648 roku i później dowódcy polscy nie umieli sprostać połączonej sile kozacko-tatarskiej wspieranej przez rzesze ludności ruskiej, nie wypracowali ówczesnej „teorii zwycięstwaˮ. Dlatego nawet wielkie wygrane bitwy nie przekładały się na sukces polityczny. Nasi przodkowie nie rozumieli, że nie chodzi o pokonanie raz czy dwa wrogiej armii na polu bitwy, ale o konsekwentny wysiłek państwa w celu rozwiązania kwestii ukraińskiej. Gdy po „potopieˮ wreszcie poszli po rozum do głowy i zawarli z Kozakami kompromisową unię hadziacką, było już za późno – w Kijowie na stałe usadowili się Moskale. Dziś, kiedy próbują wrócić, warto odrobić lekcję z przeszłości i odejść wreszcie od staropolskiego „jakoś to będzieˮ.

Materiały do pobrania
pdf
Annus horribilis, czyli jak upadło pierwsze Międzymorze

Tym razem zaczniemy od poezji.

W czasie Świąt Wielkanocnych naprowadził mnie na ten wiersz Czesława Miłosza profesor Andrzej Nowak w swojej najnowszej książce w rozdziale opisującym zależność Polski od imperium sowieckiego po II wojnie światowej. Bardzo przygnębiająco opisał poeta wielowiekowe rosyjskie imperialne parcie na naszą część Europy od wschodu.

Orsza zła stacja. W Orszy pociąg może stać i dobę.

Więc może to w Orszy zgubiłem się, sześcioletni,

I pociąg repatriantów ruszył, zostawiając mnie

 

Na zawsze. Jakbym pojął, że będę kim innym,

Poetą innego języka, z innym losem.

Jakbym zgadywał swój koniec u brzegów Kołymy,

Tam gdzie dno morza jest białe od ludzkich czaszek.

I wielka trwoga wtedy mnie nawiedziła,

Ta, która miała być matką wszystkich moich trwóg.

 

Triepiet małogo pieried bolszym. Przed Imperium.

Które idzie i idzie na zachód, zbrojne w łuki i arkany, pepesze,

Podjeżdżając powozką, grzmocąc kuczera po plecach,

Albo jeepem, w papachach, z kartoteką zdobytych krain.

A ja nic tylko uciekam, od stu, trzystu lat

Po lodzie i wpław, w dzień, w nocy, byle dalej,

Zostawiając nad rodzinną rzeką pancerz dziurawy i kufer z nadaniami króla,

Za Dniepr, potem za Niemen, Za Bug, za Wisłę.

 

Ale przybywam do miasta wysokich domów i długich ulic

I trwoga mnie dręczy, bo gdzie mnie, wieśniakowi, do nich.

Bo udaję tylko, że rozumiem, o czym tak bystro traktują,

I staram się ukryć przed nimi mój wstyd, moją przegraną.

 

Kto mnie tutaj nakarmi, kiedy idę o chmurnym świcie

Z drobną monetą w kieszeni, na jedną kawę, nie więcej?

Uchodźca z państw urojonych, komu tu będę potrzebny?

Ściany kamienne, ściany obojętne, ściany przeraźliwe.

Porządek nie mojego, ale ich rozumu.

Teraz już zgódź się, nie wierzgaj. Nie uciekniesz dalej.

Czesław Miłosz, „Trwoga. Sen” (1918) z tomu „Kroniki”

Dniepr (Fot. Pixabay)

Od panowania cara Piotra Wielkiego to specyficznie rosyjskie połączenie prymitywizmu i zapóźnienia cywilizacyjnego z potęgą wojskową, rosnącą demografią i wyspami wysokiej cywilizacji: rosyjskiej literatury, baletu, podróży w kosmos czy atomistyki, napierając w kierunku zachodzącego słońca, niszczyło i deptało rozwój narodów między dwoma morzami wewnętrznymi Europy – Bałtyckim i Czarnym. Wiersz Miłosza dobrze oddaje to poczucie cofania cywilizacji, ucieczkę, wieczny odwrót, nieszczęście, załamywanie się porządku cywilizowanego.

 

W roku 2022 w związku z wojną Rosji z Ukrainą i niekorzystnym dla Rosji przebiegiem działań wojennych mamy największą od 100, a może nawet i od 300 lat szansę, by odwrócić całą tę sytuację. Sen-trwoga à rebours! Czas pomyśleć nad polskim planem zwycięstwa. Tak – polskim! Ukraińcy na pewno mają swój plan i nie wyręczajmy ich. Należy się jednak zastanowić, co wojna i nowa sytuacja geopolityczna powinny przynieść Polsce, by i nasze interesy zostały obsłużone jak najlepiej.

Nasza rywalizacja z Rosją na obszarach położonych między nią a Polską zawsze miała na celu ustalenie przewagi, nigdy dobrosąsiedzkich stosunków. Mieroszewski pisał w XX wieku: „Wydaje się, że o ile Rosjanie nigdy nie doceniali Ukraińców i nie doceniają ich nadal (co widać po przebiegu wojny w 2022 roku – J.B.), o tyle zawsze przeceniali i nadal przeceniają Polaków. Widzą nas zawsze jako rywali aktywnych lub tylko potencjalnych – niemniej zawsze jako rywali”.

Litwinow mówił o odbudowie polskiego imperium w XVI i XVII wieku. Nam wydaje się to komiczne, lecz dla Litwinowa, w przeciwieństwie do tego, co my myślimy, wiek XX był ciągiem dalszym XVI i XVII stulecia, z koniecznością mierzenia się z tą samą tradycyjną problematyką, bez wyłączania problematyki polskiej. Podobnie jak carowie – Stalin, Litwinow i Breżniew uważali , że na obszarach ULB mogą panować albo Polacy, albo Rosjanie.

 

Dalej pisał Mieroszewski: „Przewagę Rosjan potwierdziła HISTORIA, która nasze walki i powstania obróciła wniwecz. Lecz większość Polaków nie wierzy, byśmy kiedykolwiek mogli zdobyć przewagę nad Rosją, a dzieckiem tej niewiary jest mentalność satelicka i serwilizm. Można dodać, niestety, utrwalona silnie w Polakach”. Jeszcze bardziej pachniało fantazją stwierdzenie Mieroszewskiego, że można odepchnąć Rosję z rogatek Przemyśla po Smoleńsk. A przecież po 1991 roku tak się de facto stało.

 

Wojna na Ukrainie, kolejne zwycięstwa armii ukraińskiej, wspomaganej wojskowo i materialnie również przez Polskę, to szansa, by zepchnąć Rosję jeszcze bardziej na wschód i wypchnąć ją z systemu europejskiego na dobre, a może nawet doprowadzić do kryzysu politycznego i społecznego, smuty i rozpadu państwa. Odzyskanie przez Ukrainę Krymu i Donbasu oraz zniszczenie tak hołubionych przez Federację Rosyjską własnych wojsk lądowych mogłoby do tego doprowadzić.

Plan zwycięstwa Polski w wojnie Rosji z Ukrainą przewiduje sytuację odwrotną do tej z wiersza Miłosza. Chodzi o to, by Rosja zamiast napierać na zachód ze swoimi wpływami, jak czyniła to przez ostatnich 300 lat, zaczęła się cofać, kurczyć, ustępować pod naporem siły za Dniepr, za Don, za Wołgę, a nawet hen za Ural. By pod wpływem sankcji i na skutek przegranej wojny uciekła, rozpadła się i przestała się liczyć. Innymi słowy, by nie miała żadnych podstaw do wpływania na sytuację polityczną w Europie.

Dla polskich polityków nastał zatem czas, by wzięli kartkę i długopis i rozpisali sobie plan zwycięstwa politycznego Polski na nuty. Czyli ustalili, co musi lub powinno się wydarzyć, aby Polska odniosła z tej wojny jak najwięcej korzyści.

 

Jednak zwycięstwo w wojnie kinetycznej to nie wszystko. Zwycięstwo takie oznacza oczywiście odparcie inwazji, odzyskanie Chersonia, Mariupola, całego Krymu z Sewastopolem i Donbasu z kopalniami i żelazem. Oznacza ono zniszczenie wojsk lądowych Rosji, by ta na zawsze utraciła status mocarstwa mającego wpływ na architekturę bezpieczeństwa w Europie.

Dużo trudniej jest jednak często wygrać pokój, który oznaczałby stabilizację, rozwój i przyszłość. Ukraina musi wygrać pokój, by móc się rozwijać, pozyskiwać inwestorów ze świata, by mieć pełny dostęp do morza, do rynków światowych i do surowców. By Kijów był w stanie kontrolować ruch przepływów strategicznych na swoim terytorium i mógł je kształtować zgodnie ze swoimi potrzebami, a nie sztucznymi nakazami dominującego sąsiada. By mógł swobodnie decydować, z kim chce utrzymywać relacje handlowe. By nie był zależny od środków pomocowych idących równoleżnikowo z zachodniej Europy, ale by sam miał zdolności rozwojowe, również północ-południe przez Morze Czarne w świat.

Dla Polski ważne jest, by wskutek tej wojny zmienił się układ sił w Europie. Byłoby to zresztą korzystne dla wszystkich narodów pomostu bałtycko-czarnomorskiego. Ukraina powinna dołączyć do grona państw zachodnich, a nasza część Europy powinna stanowić samodzielny system gospodarczy, zakotwiczony co prawda w UE, ale zdolny do tworzenia własnych łańcuchów wartości i systemu obiegu gospodarczego. Byłoby to przełamanie dualizm na Łabie przy wykorzystaniu ogromnego potencjału Ukrainy i Białorusi oraz otwarcia na Morze Czarne i handelu skierowanego na południe.

 

Równie ważne jest, by Stany Zjednoczone tak wojskowo, jak inwestycyjnie pozostały w tej części kontynentu, a Szwecja i Finlandia weszły do NATO, wzmacniając potęgę i wpływy USA na Starym Kontynencie. Chodzi o to, by uniemożliwić realizację niekorzystnych pomysłów kontynentalnych Francji i Niemcom, pragnącym współpracy z Rosją. Wojskowe pokonanie Rosji takie pomysły współpracy by zniweczyło.

 

Tak dla Polski, jak dla Ukrainy korzystne będzie takie urządzenie spraw wewnętrznych na Ukrainie i jej systemu gospodarczego, by po pierwsze udało się złamać oligarchię, a po drugie kontrolować wpływ kapitału niemieckiego na odbudowę Ukrainy, a w szczególności na rolnictwo ukraińskie, na które Niemcy i ich koncerny mają chrapkę.

 

Planem optymalnym jest rozcieńczenie siły niemieckiej w NATO i UE po wygraniu wojny i złamaniu polityki surowcowej i, co za tym idzie, wysokiej marżowości gospodarki niemieckiej. Zwłaszcza że nadchodzący kryzys energetyczny i żywnościowy zredefiniuje UE na korzyść państw naszego regionu, ze złamaniem konsolidacji kontynentalnej w obliczu większej obecności Brytyjczyków i Amerykanów na pomoście bałtycko-czarnomorskim. To byłby koniec niemieckiej polityki bismarckowskiej „udawania głupiego”, czerpania surowców z Rosji (Rosja jako źródło siły politycznej Niemiec w Europie), opcji handlu z Chinami i pokojowego rozwoju Eurazji kosztem świata atlantyckiego przy jednoczesnym dostępie do rynków światowych dzięki USA i wskutek tego wszystkiego kontroli kontynentu dzięki własnej potędze gospodarczej.

 

Nie powinniśmy się zatem zgadzać na żaden „krzywy” rozejm proponowany przez Francję i Niemcy. Taki rozejm nie pozwoli zapewnić pokoju Ukrainie, która stanie się państwem kadłubowym, bez dobrego dostępu do morza i surowców Donbasu, bez szans na inwestycje i w stanie zamrożonego konfliktu.

Planowanie parametrów pokoju już w czasie wojny jest często ważniejsze od samej wojny, choć to jej przebieg i wynik są materiałem, z którego ostatecznie czerpie się te parametry.

Właśnie mija 100 lat od podpisania traktatu pokojowego w Rydze, który zakończył naszą wojnę na wschodzie z Rosją Sowiecką i ustalił stosunki w naszej części świata na kolejne 20 lat, w tym zlikwidował ukraińskie i białoruskie marzenia o samostanowieniu. Następnie, wraz z Teheranem, Jałtą i Poczdamem oraz końcem II wojny światowej, zamknął się także rozdział polityki jagiellońskiej państwa polskiego. Tak przynajmniej by się wydawało.

 

W roku 2022 zaczynamy odkurzać stare księgi i dawne strategie naszego państwa.

 

W roku 1921 w Rydze Polska wygrała wojnę, ale przegrała pokój. Tak można podsumować przebieg działań zbrojnych oraz negocjacji pokojowych. Zabrakło jeszcze jednej bitwy gdzieś pod Orszą czy Witebskiem w bramie smoleńskiej. Taka bitwa wypchnęłaby Rosję poza Dniepr i Dźwinę i stworzyła podstawy do stworzenia federacji z Białorusią i Ukrainą. Jednak nie było do tego wystarczających sił, zarówno politycznych, jak i wojskowych. Choć co do tego, czy tak było naprawdę, trwają wciąż rozważania. Materiały źródłowe nie dają jasnej odpowiedzi, co Józef Piłsudski (bo to on podejmował przecież decyzję) „czuł” jesienią 1920 i wiosną 1921 roku, jeśli chodzi o konkretny układ sił. To Piłsudski musiał rozważać argumenty, które miały zadecydować o wojnie i pokoju, i układzie geopolitycznym Europy Wschodniej.

 

Należy nie dopuścić do tego, aby prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełensky zgodził się na własną wersję traktatu ryskiego. Wtedy Polska przegrała pokój, a sam Piłsudski był traktatem ryskim rozczarowany. Jerzy Giedroyć twierdził nawet, że Piłsudski stał się po podpisaniu traktatu innym człowiekiem, zamkniętym na innych, niewierzącym w trwałość państwa polskiego. Czuł, że istnienie Polski jest tymczasowe, że nie zdołał zbudować nowej, korzystnej równowagi na pomoście bałtycko-czarnomorskim, która to równowaga usuwałaby trwale Rosję poza system europejski poprzez budowę federacji państw odgradzających ją od Europy. W wojnie na Ukrainie chodzi właśnie o to, czy Rosja będzie w środku systemu europejskiego i czy będzie sobie w nim swawolnie poczynała, czy będzie poza nim, co da szasnę na rozwój Polsce, Ukrainie, Białorusi, państwom bałtyckim itd., z poszanowaniem bliskich im praw cywilizacyjnych, o który tak pięknie wspomina Miłosz w przytoczonym wierszu.

 

Życzmy zatem Zełenskiemu, by starczyło mu sił i by nie został przymuszony do pokoju na warunkach niemieckich i francuskich, zwłaszcza jak nadejdzie jesień i pojawi się społeczny strach przed chłodem, brakiem surowców i niedoborami żywności dla Europejczyków, którzy tradycyjnie zapomną o wartościach i o co chodziło z tą wojną. Będą chcieli, żeby wszystko było po staremu.

Materiały do pobrania
pdf
„Sen-trwoga” à rebours ? Część 1
Władimir Bieszanow jest rosyjskim historykiem specjalizującym się w historii Armii Czerwonej od rewolucji 1917 r. po okres II wojny światowej. W rosyjskich kręgach narodowych jest powszechnie sekowany i nazywany „giermancem”, co ma sugerować, że jest on kimś w rodzaju „hitlerowskiego szpiega”...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Infrastruktura kosmiczna musi być zaprojektowana, finansowana, wynoszona na orbity, utrzymywana i obsługiwana przez potęgę kosmiczną...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna

Spoglądając na naszą historię, widzimy, jak od jej początków byliśmy związani z dorzeczem Dniestru i Dniepru. Pierwszy na Rusi Czerwonej był Bolesław Chrobry. Po rozpadzie dzielnicowym to Kazimierz Wielki odzyskał Dniestr. Od śmierci ostatniego Piasta nasze wpływy sięgały coraz dalej, wespół z Wielkim Księstwem Litewskim. Głębiej na wschód, przez wielkie stepy i Dzikie Pola rozciągały się połacie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Niepodobna było określić granic, gdyż w tym morzu traw ginął dokładny limes. Sojusz z Kozakami zaporoskimi pomagał wielokrotnie trzymać na wodzy animusz tatarski.

(Fot. Wikipedia)

Kto wie, jaki wynik miałaby miesięczna batali chocimska w 1621 roku, gdyby nie Peter Sahajdaczny i jego kozackie pułki. Przyjaźń nasza układała się różnie, ale od powstania chmielnickiego lat 1648–1651, jak to napisał Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i Mieczem”, „nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą”.

 

Trzy lata po owej wojnie domowej, w 1654 roku, pod egidą Chmielnickiego dochodzi do podpisania umowy perejasławskiej. Ukraina na wschód od Dniepru staje się de facto lennem Moskwy. Car Aleksy kuje żelazo, póki gorące, i tego samego roku wypowiada wojnę RP. Dochodzi do tak zwanego potopu rosyjskiego. Wojska cara rozpędzają się, zajmują Smoleńsk i docierają aż do Wilna. Zdobywają je, przedmieścia płoną i rabunek szerzy się w najlepsze.

50 lat po tym, jak Polacy ustanowili na tronie Moskwy swojego człowieka Dymitra, rzekomego syna Iwana Groźnego, Rosja odwraca kartę i zdobywa nad nami przewagę, która trwa do dzisiaj. Perejasław odwraca cały południowy-wschodni front przeciw Warszawie. Jedna zmienna sprawiła, że przez 350 lat nie umiemy wyjść z zagrożenia politycznego znad Kremla.

 

Była próba odwrócenia sojuszu rosyjsko-ukraińskiego. Rok 1658 i unia hadziacka. Miał to być rozejm na skalę unii lubelskiej. Od tego momentu Rzeczpospolita miała być nie dwojga, ale trojga narodów. Projekt wyprzedzał swoje czasy o ponad 100 lat. Pojęcie narodów wtedy nie istaniło. Ukraińcy, Litwini i Polacy mieli stworzyć ogromne imperium lądowe, które pod kilkoma względami przypominałoby Unię Europejską – jakieś 300 lat przed jej powstaniem. Unia hadziacka to najlepsza oferta współpracy, jaką Ukraina dostała w historii. Niestety, została zawiązana za późno.

 

Wpływy Moskwy i nienawiść do Lachów uniemożliwiły jej przetrwanie. Marzenia Chmielnickiego i ludzi za nim stojących o niepodległej Ukrainie (idee podpisane właśnie w Hadziaczu) poszły w zapomnienie. 120 lat po Perejasławiu, w roku 1775, Rosja likwiduje Sicz Zaporoską, odbierając jej ostatnie pierwiastki suwerenności. 20 lat po tym, w 1795 ma miejsce III rozbiór Rzeczypospolitej i zostajemy wymazani z mapy. Wspólnota losów widoczna gołym okiem.

 

Bratnia nienawiść między nami a Ukraińcami płonie przez cały okres trwania rozbiorów. Kończy się I wojna światowa, a rozpoczyna okres walk na wschodzie Polski z wojskami Ukraińskiej Republiki Ludowej. URL pożarta przez bolszewików nie przetrwała do roku 1920. Mija 20 lat, rok 1939, i my znów znikamy z mapy.

 

Wybucha II wojna światowa, a wraz z nią nienawiść. Krew Lachów zalewa Wołyń. Ginie około 100 tysięcy Polaków. Dziś opowieść o tym możemy jeszcze usłyszeć z ust pokolenia świadków tych okropnych zdarzeń. Jednak ta nienawiść w okresie PRL-u gaśnie z roku na rok. 2 grudnia 1991 roku Polska jako pierwsze państwo na świecie uznaje niepodległość Ukrainy. Nadchodzi rok 2014, ale o tym za chwilę.

 

Obwód kaliningradzki pełni dla Rosji bardzo ważne zadanie. Umieszczone tam systemy rakietowe zamykają Bałtyk dla jakiejkolwiek marynarki wojennej. Każdy statek płynący przez Cieśninę Duńską jest arcyłatwym celem – po prostu nie ma gdzie uciec. Liczba min morskich potrzebnych do zablokowania takiego przejścia jest stosunkowo mała, do tego dochodzą jeszcze łodzie podwodne, które w mulistym dnie Bałtyku kryją się doskonale. Droga morska dla okrętów płynących na pomoc państwom bałtyckim i Polsce jest zamknięta.

 

Krym pełni analogiczną funkcję na Morzu Czarnym. Jest doskonałym miejscem, z którego można kontrolować cieśninę Bosfor. Dokładnie te same problemy spotykają marynarkę chcąca płynąć z pomocą dla Ukrainy. Droga morska numer dwa zostaje zamknięta. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że imperium morskie, czyli USA, zostało wypchnięte z Europy Wschodniej. Została tylko droga lądowa via Berlin.

 

Z punktu widzenia Moskwy Ukraina to wielka południowa linia frontu na kierunku zachodnim. Potop rosyjski, I wojna światowa, wojna 1920 i II wojna światowa to doskonałe przykłady, jak istotny był ów kierunek w wojnie Krymu z Europą. Prym w znaczeniu militarnym wiódł zawsze kierunek północny, to jest, przez bramę smoleńską i Białoruś. Tamtędy rozciąga się najkrótsza droga pomiędzy Warszawą a Moskwą. Chcesz grozić Polsce? Zajmuj Smoleńsk i biegnij na na Warszawę. Chcesz zagrozić Rosji? Zajmuj Smoleńsk i biegnij na Moskwę. Mimo to kto wie, jak wyglądałaby wojna z bolszewikami roku 1920, gdyby nie udało się pokonać wielkiej konnej armii Budionnego pod Komarowem, gdzie Juliusz Rómmel 31 sierpnia rozbija ofensywę z południa.

 

Upadek ZSRR to powrót Rosji do stanu posiadania, jaki miała za Iwana Groźnego. Ukraina i Białoruś wypadają spod kurateli Moskwy – przynajmniej oficjalnie. Nadchodzi czas budowania relacji z państwami istotnymi dla naszego bezpieczeństwa od wschodu. Ostatnie 30 lat było szansą odwrócenia błędu Wiśniowieckiego, o którym jeszcze opowiem, i odzyskania sojuszu z Ukrainą. Czyli naprawienia pomyłki sprzed 350 lat.

 

Nadszedł rok 2014 – historyczna szansa. Rosja zdobywa Krym, zielone ludziki robią zadymę w Donbasie. Ukraińcy emigrują do Polski za zarobkiem oraz z obawy o dalsze losy państwa, w którym nie widzą oparcia. Nastroje narodu znad Dniepru gwałtownie się zmieniają. Od czasów umowy perejasławskiej (!) Rosja nie była tak znienawidzonym krajem, jakim stała się po roku 2014. Natomiast pod względem sympatii dla innego narodu na pierwsze miejsce wskakują Polacy (chyba dwa lata temu spadliśmy na drugie miejsce po Białorusinach). My powoli zapominamy o Wołyniu i przyjmujemy Ukraińców z otwartymi ramionami, ponieważ potrzebujemy ich ramion do pracy. Ponadto, bez imigrantów nasza demografia się zapadnie, a kulturowo bliscy nam potomkowie Kozaków to strzał w dziesiątkę. Polacy również darzą Ukraińców sympatią, w końcu zaatakował ich Władimir Putin, mający piar człowieka z piekła rodem.

 

Rok 2014 był, powtarzam, niezwykłym darem historii. Jak my to wykorzystaliśmy, skoro w obliczu zagrożenia rosyjskiego ostatnich tygodni władze Kijowa proszą o pomoc USA, UK i Kanadę? Od kilku tygodni mówi się o gromadzących się na granicy z Ukrainą wojskach kremlowskich, które, jak wieść gminna niesie, mają zaatakować na przełomie stycznia I lutego. Jeżeli Zełenski dzwonił do Warszawy, a nie mam o tym informacji, to zrobił to na samym końcu.

 

Przygotowuję ten artykuł 2 grudnia 2021 roku. Równo 30 lat po uznaniu przez Polskę niepodległości Ukrainy. Na naszej granicy z Białorusią wre kryzys migracyjny. Naród skacze sobie do gardeł, kompletnie ignorując, że gospodarkę czeka tąpnięcie inflacyjne, ceny energii rosną, demograficznie umieramy, armię mamy w fatalnym stanie, rośnie zagrożenie z Rosji, a nasze karty w grze międzynarodowej to okolice czwórek i piątek. A to za mały sekwens, żeby móc w ogóle wyłożyć coś na stół.

 

Szansa roku 2014 przepada z dnia na dzień. Przyszłe pokolenia nam tego nie wybaczą, tak jak my nie powinniśmy wybaczyć tak wysławianemu przez nas Jeremiemu Wiśniowieckiemu.

 

PS Oto obiecany opis czegoś, co nazwałem błędem Wiśniowieckiego. Rok 1648 – Adam Kisiel był senatorem wysłanym w imieniu Rzeczypospolitej do rozmów z Chmielnickim i obozem ugodowców kozackich. Niósł ofertę pokojową i na horyzoncie pojawiła się perspektywa zakończenia powstania. Oto fragment z książki Pawła Jasienicy „Rzeczpospolita Obojga Narodów. Calamitatis Regnum”.

 

Adam Kisiel już zupełnie niemal zwątpił o pomyślnym wyniku swej misji. Wysłał jednak do Chmielnickiego jeszcze jeden list, utrzymany w tonie dramatycznym. Hetman odpowiedział w sposób rokujący nadzieje… Komisarze znowu ruszyli na wschód. W początkach września już tylko parę mil dzieliło ich od kwatery Chmielnickiego. Ale wcześniej nieco Wiśniowiecki pchnął na Ostróg drugi, znacznie silniejszy zagon… Żołnierze książęcy wtargnęli na przedmieścia, Ostroga nie wzięli i cofnęli się ze stratami. Osiągnęli jednak cel główny swego pana, uniemożliwili układy… Podjazdy przyniosły wieści o poważnych rozruchach w obozie kozackim. Kilku przywódców straciło podobno życie. Tym razem jednak lała się krew przedstawicieli odłamu umiarkowanego, pod miecz czy też nóż trafiali zwolennicy ugody.

Materiały do pobrania
pdf
Ukraina, błąd Wiśniowieckiego, Unia Hadziacka i rok 2014

Temat eseju brzmi bardzo buńczucznie, wręcz wart jest solidnej pracy naukowej, ale ja skupię się na własnych wspomnieniach i przeżyciach, i na tym, co widziałam i słyszałam wokół siebie.

(Fot. pixabay.com)

Dlaczego warto się zastanowić nad tym, jak wieloletnia dominacja rosyjska (a właściwie radziecka) wpłynęła na naszą mentalność i ukształtowała dużą jej część? Otóż kiedy się obserwuje postrzeganie polskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej przez rodaków, rzuca się w oczy jakaś taka niechęć do własnego rządu, niejednokrotnie postrzeganie naszych jako sprzedawczyków idących „na pasku” obcych i generalnie obśmiewanie zarówno rządu, jak i opozycji (niezależnie od tego, kto akurat rządzi). Mimo że te władze sami wybraliśmy. Oczywiście nasze elity są, jakie są; szału nie ma. Ale czasem też coś im się uda, a tzw. społeczeństwo zawsze ma za złe – jak stara ciotka siedząca na kanapie.

 

Jak się trochę poskrobie tu i tam, to widać, że w innych krajach nie jest z tymi elitami jakoś tak dużo lepiej, przynamniej jeżeli chodzi o moralność czy opowiadanie się za swoja korzyścią. Owszem, bywają sprawniejsze, ale też kiksują, a korupcja bywa duuużo większa niż u nas (vide elity rosyjskie). A jednak u nas ludzie chętniej wierzą wiadomościom zza granicy niż swoim służbom, wolą słuchać obcego prezydenta czy premiera niż swojego. To się zmienia, ale bardzo powoli i jeszcze tkwi w nas, a przynajmniej w wielu z nas, ta serdeczna niechęć do swoich. Moim zdaniem częściowa odpowiedź na to jest następująca: wieloletnia obecność radziecka na terenie naszego kraju bardzo się do tego przyczyniła. Plus rozbiory. Okupacja niemiecka też miała swoje znaczenie jako element osłabiający i wykrwawiający, natomiast podstawowa demoralizacja patriotyczna odbyła się za PRL-u.

 

To, co przyszło zza wschodniej granicy, to był socjalizm (sam w sobie demoralizujący) połączony z ruskim mirem. Bardziej się nie da. A ludzie musieli żyć, wychowywać dzieci, kończyć szkoły, gdzieś mieszkać, coś jeść… W reakcji na zakłamanie, propagandę i ogólną bylejakość społeczeństwo zaczęło sobie tworzyć swój własny system wartości, postępowania i nawet myślenia. Nie był to system skomplikowany; dominował w nim podział na „onych” i nas. Oni to samo zło i nie można im wierzyć za grosz, a my jesteśmy w porządku.

 

Ludzie z grubsza zdawali sobie sprawę ze struktury władzy w Polsce i wiedzieli, że ci nasi nie mają nic do powiedzenia, że o wszystkim decydują oni, zza wschodniej granicy. U nas stacjonowały ichnie wojska, my podlegaliśmy ich doktrynie wojskowej, mieliśmy Związek Radziecki w konstytucji, należeliśmy do RWPG. Święta państwowe był skorelowane z tymi „tam” (1 maja, 9 maja, 22 lipca i tak dalej). Program szkolny był odpowiednio przykrojony, wszystko pasowało. I wyglądało to na ustalone raz na zawsze, bez możliwości zmiany. Ponieważ walka z onymi nie miała szans powodzenia, pozostawało wyśmiewanie. Jedyna broń słabych i ciemiężonych. Jeszcze pamiętam dowcipy tzw. polityczne z tamtych czasów. Tutaj kilka przykładów, które zapamiętałam.

 

Jak wyglądało stworzenie świata według nowej historii?

Na początku był Chaos… a potem przyszła Armia Czerwona i zrobiła porządek.

 

Dlaczego w Związku Radzieckim nigdy nie ma powodzi?

Tutaj dwa słowa wyjaśnienia: w oficjalnej propagandzie ZSRR był krainą mlekiem i miodem płynącą, gdzie żyją wyłącznie piękni i szczęśliwi ludzie, którzy albo się śmieją, albo myślą. Nie ma żadnych katastrof, problemów ani braków.

Bo tam nawet w rzekach się nie przelewa.

 

Ewidentne sukcesy ZSRR też były jakoś obśmiewane.

 

Podekscytowany dziadek wpada do kuchni z gazetą w ręku i woła:

Matka, Ruskie w kosmos polecieli!

A ona na to : Wszystkie???

No nie, aby dwóch…

Eee, to nie zawracaj mi głowy… (w oryginale nie chodziło o głowę).

 

Jeżeli tak myśleliśmy o panu, to jak na jego tle wyglądał sługa? Czyli nasze ówczesne rządy.

Można sobie tylko wyobrazić…

 

Bo Rosjan to jeszcze się baliśmy. Owszem wyśmiewaliśmy ich, gardziliśmy nimi, ale się ich baliśmy. Czasy stalinowskie jeszcze wielu pamiętało, a o „zaginionych na Wschodzie” – czytaj zamordowanych w Katyniu – nie wolno było mówić przez cały PRL.

 

Pewne wiadomości roznosiły się szeptanką, ale oficjalna propaganda była pod ścisłą kontrolą i nie było miejsca na prawdę. Ludzie żyli w dwóch rzeczywistościach: faktycznej i ustalonej. Żeby nie zwariować, trzeba było którąś z nich wybrać i jej wierzyć.

 

I tak powstał nawyk niewiary w oficjalne media, w to, co mówi przedstawiciel rządu. Za każdym razem szukało się prawdziwego demiurga, który tym wszystkim kręci. Oczywiście z zagranicy.

 

Na samym początku zmian ustrojowych ludzie byli zszokowani faktem, że jest tyle różnych partii i stronnictw. No bo przecież wszyscy powinni się dogadać i wspólnie pracować dla dobra Polski.

 

Proste, prawda?

Takie było odczucie społeczne, a wyłaniające się nowe elity miały tyle problemów, że na sam odbiór społeczny nie zwracały jakoś uwagi.

 

Tak to wyglądało i nie da się tego wszystkiego zresetować w ludzkich głowach. Na społeczną dojrzałość musimy jeszcze trochę poczekać, a czasu nie ma. Nowe wyzwania nadchodzą (już nadeszły) i nikt na nas nie będzie czekał. Pocieszające jest to, że w chwilach przełomowych Polacy potrafią wyjść poza swoje uwarunkowania i mogą im sprostać.

Materiały do pobrania
pdf
Dlaczego Polacy nie wierzą swoim władzom i zawsze kwestionują ich decyzje?

Koszty zaprojektowania, opracowania i wyprodukowania broni rosną wraz z potrzebą znajdowania remedium na środki zwalczania tej broni przez przeciwnika. I tak nieustannie wyścig między obroną a atakiem trwa w najlepsze.

Złożoność, zaawansowanie, a nawet rosnące koszty obrony systemu broni dają poczucie iluzji, że broń tak zaawansowana, wymagająca poniesienia kosztów, wiedzy, personelu, energii, roboczogodzin itd., musi być najlepsza z najlepszych. W rzeczywistości najczęściej jest inaczej, a zjawisko to jest symptomem narastającej słabości i wrażliwości broni na oddziaływanie przeciwnika.

 

Dla przykładu: obecność systemu obrony powietrznej Aegis w grupie bojowej lotniskowca jest mniej oznaką zaawansowania lotniskowców, a bardziej znakiem czasu, że współcześnie są one dość łatwym (i kuszącym) celem. Gdy dane uzbrojenie zmierza w kierunku senility, kontynuuje swoje zastosowanie, tak jak kawaleria to robiła jeszcze długo w XX wieku. Natomiast jego efektywność bojowa i koszty utrzymania w linii szybują aż do momentu, gdy dbanie o utrzymanie staje się ciężarem nie do uniesienia.

Jednym z symptomów starzenia się broni jest jej oderwanie się od ogólnej gospodarki. Broń, która powoduje redukcję wzrostu gospodarczego, nie jest już technologią przełomową na polu walki i już dawno przekroczyła szczyt swojego zastosowania i skuteczności. Zbudowanie nowoczesnych wojsk pancernych może być bardzo drogie i szkodliwe dla gospodarki cywilnej.

Stworzenie zaawansowanego centrum dowodzenia systemami umieszczonymi w kosmosie może także być kosztowne. Ale na pewno nadaje impet rozwojowy cywilnej gospodarce. Innowacje w przełomowych technologiach wojskowych zazwyczaj kreują także przełom w cywilnej technologii. Współczesna technologia, która chce z czołgu zrobić pojazd niewidoczny dla radarów, odporny na wszystkie rodzaje pocisków, zapewniający pełną ochronę załogi w każdych warunkach, lub lotniskowiec ochraniany wielowarstwowym systemem obrony, więc teoretycznie niezniszczalny, może być ślepym zaułkiem.

 

Proszę spojrzeć na następujący przykład: zadaniem lotniskowca jest patrolowanie i utrzymywanie pod kontrolą morskich linii komunikacyjnych. Osiąga się to przez zastosowanie amunicji przeciwokrętowej znajdującej się na pokładzie i w samolotach grupy bojowej lotniskowca. Jednak gdy lotniskowiec musi się bronić przed działaniami przeciwnika (który mu zagraża z coraz większego dystansu i na coraz liczniejsze sposoby), coraz większa część jego amunicji jest skoncentrowana na obronie, a nie na podstawowej funkcji strategicznej, jaką jest obrona linii komunikacyjnych Oceanu Światowego. Dzieje się to na rzecz misji susbsydiarnej obrony przed atakami wroga. Dodatkowo inne okręty muszą płynąć jako asysta lotniskowca w jego grupie bojowej, by go bronić przed okrętami podwodnymi, minami, pociskami manewrującymi, rakietami balistycznymi, samolotami uderzeniowymi, amunicją krążącą, amunicją klasy stand off, cyberatakiem itp. Żaden z tych okrętów nie ma oddzielnych zadań strategicznych – każdy jest przeznaczony do ochrony lotniskowca. Na dodatek to wszystko nie działałoby się, gdyby nie systemy umieszczone w przestrzeni kosmicznej, które spinają cały system detekcji, dowodzenia i obrony w jedną całość, będąc niezastąpionym multiplikatorem zdolności. Bez nich działania grupy lotniskowca nie miałyby ofensywnie sensu, a defensywnie szans.

 

W szczegółach chodzi o to, że współczesne lotniskowce mają tylko od 24 do 36 samolotów uderzeniowych stricte przeznaczonych do działań ofensywnych. Czasami jest tych samolotów więcej, jeśli misja jest zaplanowana pod kątem asymetryczności pola walki (gdy przeciwnik nie może sięgnąć lotniskowca) lub specjalnie została tak przygotowana. Pozostałych 60 statków powietrznych, krążownik, jeden lub dwa niszczyciele, jeden lub dwa okręty podwodne i cały zestaw okrętów zaopatrzeniowych i instalacji na brzegach istnieją po to, by ta relatywnie mała grupa samolotów uderzeniowych mogła zrzucić 8–12 ton bomb i rakiet w jednym czasie. Jako że zagrożenia dla lotniskowców rosną, a koszt utrzymywania operacyjnego idzie w górę, przy czym ich zdolności ofensywne mają tendencję spadkową, zmierzają w kierunku zera.

W końcu dopadnie ich senility; może już tak się stało, o czym mogą świadczyć obecne rozważania w ośrodkach badawczych floty USA. Takie postawienie sprawy na otwartym forum politycznym w USA byłoby rewolucją na miarę kłótni Saula i Dawida o tzw. dystrybucję szacunku i statusu, o której wspomnieliśmy wcześniej.

Gdy Goliat został wyposażony w dziesiątki kilogramów zbroi, tak że nie mógł rzucić włócznią na odległość wymaganą polem walki, czyli kilkadziesiąt metrów; kiedy kawaleria została tak opatulona zbroją, żeby konie mogły szturmować piechotę wyposażoną w broń palną, a one nie mogły biegać; kiedy krocie pieniędzy wydawano na pancerniki, by sześć lub dziewięć dużych dział z tych okrętów mogło wystrzelić kilkaset kilogramów ładunków wybuchowych na kilka czy kilkanaście kilometrów, wtedy już z pewnością mamy do czynienia ze zjawiskiem senility.

 

Broń jest jeszcze w stanie przetrwać na polu walki, ale jest to już bez sensu i generuje wielkie koszty. Nawet zaczyna stawać się niebezpieczna dla innych jednostek lub formacji, które się wciąż przydają w walce, a zamiast niej muszą zajmować się „białym słoniem wchodzącym w senility”. Pamiętajmy, że uzbrojenie nie chce opuścić areny dziejów, tak jak ludzie nie chcą umierać. Broń dotknięta zjawiskiem senility jest w stanie trwać na scenie dziejów, czyniąc wielkie szkody tym, którzy dalej ją forsują w służbie.

 

Najważniejszy element nowoczesnej wojny ostatnich 100 lat to produkcja i dostawy ropy naftowej. Od czasów obu wojen światowych aż do czasów współczesnych dostępność benzyny i materiałów pędnych determinowała losy bitew, kampanii, nawet całych wojen. Czołgi, samoloty, okręty (z wyjątkiem niewielkiej w sumie grupy atomowych okrętów) poruszają się dzięki ropie naftowej. Kontrola pól naftowych stała się celem strategii. Strategia Hitlera w czasie II wojny światowej została ukształtowana również przez ropę naftową. Dlatego podjął on ryzykowną grę, uderzając w 1942 w kierunku Kaukazu, co skończyło się katastrofą wojsk niemieckich w kotle stalingradzkim i ostateczną klęska III Rzeszy. Rajd Pattona przez Niemcy w 1944 roku został zastopowany przez brak paliwa do czołgów. Zagrożenie dla dostawy na światowy rynek ropy naftowej doprowadził do wojny USA z Irakiem w Zatoce Perskiej w latach 1990–1991.

W czasach przemysłowych zatem, gdy silniki spalinowe zastąpiły zwierzęta pociągowe, wiatr, żagle itp., wojna na lądzie, w powietrzu i na morzu zaczęła dotyczyć przede wszystkim linii logistycznych i ich organizacji, a mniej samej walki taktycznej i sztuki walki z wrogiem. To znaczyło, że problemem centralnym wojny stała się kwestia, jak zniszczyć zdolność wroga do prowadzenia wojny najlepiej bez angażowania się w taktyczne walki. Uznano, że najlepiej to osiągnąć przez zniszczenie jego systemu logistycznego i pozbawienie go paliwa niezbędnego do wykonywania manewru.

Logistyka stała się więc ogonem machającym psem. Armie starożytnej Grecji mogły przetrwać, korzystając z terenu, przez który przechodziły (pod warunkiem że nie zatrzymywały się na dłużej). Dywizja w trakcie wojny prusko-francuskiej w roku 1870 zużywała około 50 ton jedzenia i paszy dla koni i innych zwierząt pociągowych. W roku 1916 ilość ta wzrosła do 150 ton ze względu na zwiększony rozmiar logistyki i wielkie zużycie amunicji w artylerii. Na początku II wojny światowej potrzebowano około 300 ton w Afryce Północnej podczas tamtejszych kampanii, choć anglosascy planiści oczekiwali zużywania 650 ton na każdy dzień dla jednej dywizji walczącej we Francji. Sprawa nabrała rozmachu, gdy amerykańska dywizja pancerna z lat 90. XX wieku wymagała znacznie ponad 3 tysiące ton dostaw logistycznych dziennie.

 

Kluczowe w XX wieku stało się pozyskanie umiejętności, by zgrać gospodarkę i jej wydajność (bez złamania gospodarki cywilnej) z nowoczesnym polem bitwy, które pożerało zasoby. W każdym jej aspekcie – od kopani i szybów naftowych po fabryki i ropociągi, którymi dostarczano zasoby na front. Odpowiednie zarządzanie tą zdolnością oznaczało wygrywanie bitwy, kampanii, a nawet całej wojny.

 

Rewolucja w sprawach wojskowych dokonuje się, gdy pojawiają się niedrogie i dość proste środki, które w sposób stały mogą zagrażać logistyce i łańcuchom dostaw na front. Od razu na myśl przychodzą zdolności w cyberprzestrzeni, gdzie cały system logistyczny zależny jest od kontentu digitalnego i procesowania masy danych. Nowoczesna gospodarka wojenna mogłaby teoretycznie dalej funkcjonować, ale tylko przy zachowaniu stałej czujności i pod stałą presją, że wciąż grozi jej całkowite załamanie.

Epoka gospodarki petrochemicznej i balistycznych pocisków zbliża się do końca właśnie ze względu na złożoność i koszty systemu logistycznego. Rewolucja w sprawach wojskowych oparta na dominacji informacyjnej wynikającej z systemu rozpoznawczo-uderzeniowego, zabezpieczana przez rzutki, elastyczny i reaktywny, a przede wszystkim krótki łańcuch logistyczny, musi umożliwić selektywną autonomię działania – tak jak działania autonomicznych batalionowych grup bojowych. Stały się one symbolem trwającej rewolucji w domenie lądowej. Na Oceanie Światowym jej symbolem jest transformacja w kierunku rozproszonej śmiercionośności, gdzie okręty i systemy bezzałogowe rozpraszają się po bezmiarze oceanu, ale są ze sobą połączone węzłami komunikacyjnymi i efektorami, dzięki czemu rozpoznanie, naprowadzanie i rażenie są wykonywane w systemie naczyń połączonych, w tym przez maksymalnie rozproszone platformy bojowe. To też jest możliwe dzięki systemom w przestrzeni kosmicznej.

Zatem trzy kluczowe bronie – czołg, bombowiec i lotniskowiec – są poważnie zagrożone zjawiskiem senility. Są zagrożone przez nową inteligentną amunicję, przez sensory połączone w C2 i C5ISR, w tym przy użyciu systemów umieszczonych w przestrzeni kosmicznej. To powoduje, że koszty ich obrony szybują przy jednoczesnym niskim wzroście, a nawet relatywnym spadku efektywności bojowej. Jednocześnie pojawiają się nowe bronie zdolne do wypełniania zadań generujące dużo niższe koszty.

 

W obliczu tych trendów Amerykanie już jakiś czas temu podjęli decyzję, aby przesunąć punkt ciężkości z masowej produkcji broni do innowacyjnej technologii. To wymaga potężnych inwestycji finansowych oraz zmiany całej formuły szkolenia wojska. Ale nie wymaga masowego poboru licznych wojsk lądowych i wielkich mocy  produkcyjnych, których wymagał z kolei stary sposób. Dla przykładu: produkcja czołgów w USA skupiła się na poprawieniu systemu kierowania ogniem, by zwiększyć procent trafień czołgów wroga, a nie na liczbie czołgów własnych. Zaawanasowana awionika polepszyła zdolności przeżycia i skuteczności bojowej samolotu wielozadaniowego. W rezultacie takich innowacji amerykański system badań i rozwoju pod koniec zimnej wojny stał się katapultą dla szerokiego spektrum przemysłu zastosowań cywilnych w USA. Lata 90. XX wieku były dekadą transferu technologii z rynku wojskowego na cywilny na taką samą skalę jak w latach 50.

 

Transformacja systemu kierowania ogniem, zwiększenie zasięgu i precyzji poza to, co niekierowany pocisk lub minimalnie kierowane oko mogło osiągnąć, było symptomem technicznej rewolucji. Dużo bardziej dramatyczne i historycznie istotne było wprowadzenie pocisków niebalistycznych, których trajektoria nie była determinowana w momencie wybuchu w lufie, ale podczas samego lotu. W czasie wojny w Wietnamie USA wprowadziły nowe bomby zrzucane z samolotu, których kurs nie był determinowany jedynie prawami fizyki – mogły one manewrować w kierunku celu, używając kamer telewizyjnych, laserów i sygnałów radiowych. Ta innowacja wraz z rakietami, które oferowały stały napęd zamiast napędu pochodzącego z jednorazowego wybuchu prochu, stała się kluczem do nowej epoki. Zapewniając manewrowość dzięki systemom naprowadzania, podniesiono dramatycznie poziom trafień i zniszczeń systemów przeciwnika.

 

Uwaga skupiła się na efektywności tych broni, gdy w 1973 roku okazało się, że Sowieci wyprodukowali kierowane pociski przeciwczołgowe, które były zadziwiająco skuteczne przeciw czołgom izraelskim. Podobny szok wywołała wojna o Falklandy w 1982 roku, gdy okazało się, że francuska rakieta Exocet jest w stanie zniszczyć brytyjskie okręty wojenne. W czasie wojny w Zatoce amunicja precyzyjna wydawała się decydować o jej wyniku. Jak to bywa z wielkimi przełomami, amunicja precyzyjna wydawała się wtedy tylko prostym rozwinięciem istniejących technologii, a nie zwiastunem fundamentalnie innego podejścia do prowadzenia wojny.

Tymczasem zaczęła się wyłaniać nowa kultura wojny. Nowa wojna teoretycznie nie miała ograniczenia zasięgu, a pociski mogły być sterowane z kosmosu. Jeśli mógł to czynić pocisk Tomahawk poruszający się z prędkością poddźwiękową i nadciągający z odległości setek kilometrów poza polem działań wojennych, dlaczego więc pociski przyszłości nie mogłyby tego robić z tysięcy kilometrów i z prędkościami hipersonicznymi, w stałej łączności z satelitami i zwrotnym przekazywaniem danych w przestrzeń kosmiczną w celu gromadzenia syntetycznego obrazu pola walki. Taki system broni stanie się bronią taktyczną za dużo mniejszą cenę ekonomiczną, polityczną i społeczną.

Fundamentalnym założeniem pola walki dotąd było to, że broń musi być na polu bitwy lub gdzieś blisko frontu, by skutecznie oddziaływać na przebieg starcia na poziomie taktycznym. Tak było z Grekami pod Maratonem i z Niemcami w bitwie w Ardenach. Dziś to założenie już nie obowiązuje na polu walki. Wcześniej zakładano również, że aby przetrwać kontakt z przeciwnikiem, system bojowy musi być ciężko uzbrojony (i broniony). Platforma drastycznie oddalona od pola bitwy w ogóle nie musi być bronią ani nie musi mieć systemów ochrony. Pocisk rakietowy może zostać odpalony z małego domku na Warmii lub z biurowca w Warszawie, albo z jaskiń w Tatrach położonych dziesiątki tysięcy kilometrów od celu. Wówczas cały koncept, czym jest pole walki, się zmienia i staje się nierozpoznawalny. Pojawia się natomiast potrzeba zbudowania całego systemu odporności państwa, który będzie znacznie szerszy niż czyste działania wojskowe.

 

W razie użycia systemów bojowych w przestrzeni kosmicznej poruszających się z prędkością kosmiczną, a strzelających ładunkami energii poruszającymi się z prędkością światła, skala i tempo pola walki staną się jeszcze bardziej przerażające. Zagrażając użyteczności broni tradycyjnych, nowe rodzaje broni zwiastują przełom na polu walki, który będzie przebiegał równolegle z przełomem geopolitycznym, który się teraz dokonuje.

Materiały do pobrania
pdf
O co chodzi ze zjawiskiem senility, czyli dalsza opowieść o Armii Nowego Wzoru. Część 1

Prowadzenie wojny zawsze wymaga zaangażowania ludzi. Czy to są konflikty plemienne we wczesnym stadium ludzkości, czy współczesne wojny, wspólną cechą wciąż pozostaje konieczność wykorzystania materiału ludzkiego. Przez wieki zmieniał się zarówno sposób prowadzenia wojen, technologia wojskowa, jak i ogólny kształt społeczeństw je prowadzących.

(Fot. flickr.com)

Chciałbym tutaj poszukać pewnych korelacji pomiędzy sposobem prowadzenia wojny w danej epoce a czymś, co można umownie nazwać stopniem gotowości warstw wyższych do dzielenia się władzą nad daną jednostką polityczną z warstwami niższymi.

 

Starożytność

Z uwagi na brak konsensusu naukowców, jak wyglądały stosunki społeczne w prehistorii, najbezpieczniej będzie ją pominąć, aby ewentualne błędne wnioski nie wpływały na obraz końcowy. Pierwszym okresem, na który chciałbym zwrócić uwagę, jest epoka brązu. Powstały wtedy już duże organizmy państwowe jak państwo Hetytów czy Egipt, a na polach bitew królowała broń z brązu oraz łuki, oszczepy i rydwany. Władcy tych organizmów mieli nad poddanymi władzę absolutną, a na wojnę powoływano ludzi pod broń w razie potrzeby. Szeroko rozpowszechnione było niewolnictwo, a wojny były niezwykle krwawe. Na napisach, które kazali ryć w skałach, królowie wprost chwalili się, ilu wrogów zabili, a ilu ludzi zniewolili. Technika wojskowa pozwalała na wyposażenie dużych mas wojska w prostszy sprzęt (czyli np. proce), a sama wojna miała charakter dość masowy. Towarzyszyło temu traktowanie ludności podbitej prawie na równi z np. zdobytym bydłem – można było ją przesiedlać i zmuszać do pracy na rzecz gospodarki własnego kraju. Świat ten skończył się wraz z inwazją ludów używających żelaza. Byli oni zazwyczaj mniej liczni, ale dzięki lepszemu uzbrojeniu pokonali prawie wszystkie wcześniejsze kraje, a w wielu miejscach zastąpili również wcześniejszą ludność. Po okresie chaosu powstały w końcu nowe imperia z podobnym systemem władzy oraz sposobem prowadzenia wojen. Charakterystyczny proces zaszedł natomiast w Grecji. Gdy upowszechnienie uzbrojenia żelaznego spowodowało, że o zwycięstwie na polu bitwy zaczęła przesądzać znowu większa liczba żołnierzy, arystokraci dopuścili do władzy w poszczególnych ośrodkach obywateli w zamian za służbę w wojsku – i tak narodziła się grecka polis. Był to powtarzający się schemat w republikach świata starożytnego. Podobny mechanizm zadziałał w początkach republiki rzymskiej. Początkowe sukcesy państwo rzymskie zawdzięczało obywatelskiej armii poborowej. Dopiero przekształcenie jej w zawodową otworzyło drogę do upadku republiki. Stosunki społeczne zmieniały się jednak powoli, ponieważ republika upadła tylko niejako „na papierze” – w okresie cesarstwa wciąż wybierano konsulów, a senat działał. W ciągu stuleci cesarze, którzy polegali teraz tylko na zawodowych wojskach, mogli bezkarnie ograniczać wolności swoich pozostałych poddanych, aż w końcu powołano instytucję kolonatu, która faktycznie przywiązała chłopów do ziemi i stanowiła podwaliny systemu feudalnego.

 

Średniowiecze

W średniowieczu technika wojskowa jeszcze bardziej się wyspecjalizowała, co zredukowało znaczenie wojsk poborowych. Pospolitemu ruszeniu podlegała na ogół tylko uprzywilejowana warstwa posiadaczy ziemskich, którą senior nadawał w zamian za służbę wojskową. Szkoła na ogół nie uczy nas myśleć tymi kategoriami, ale Mieszko I był w zasadzie hersztem drużyny, która podbiła inne okoliczne drużyny, a największe zyski czerpał z grabieży i handlu słowiańskimi niewolnikami. Pokazuje to, jak dalece stan ówczesnej sztuki wojennej, potwierdzany przez działających w podobnych latach wikingów, pozwalał małemu oddziałowi wojsk zawodowych na swobodne operowanie na dowolnym teatrze działań. Ludność cywilna grała w ówczesnych działaniach zbrojnych małą rolę, co odpowiadało jej ówczesnemu statusowi politycznemu. Wraz z rozwojem sztuki wojennej przez wprowadzenie wynalazków, takich jak długi łuk angielski, kusza czy proch, piechota ponownie mogła sprostać na polu bitwy konnym arystokratom. Bez rozstrzygania, co było przyczyną, a co skutkiem, można powiedzieć, przełożyło się to ponownie na stosunki społeczne w Europie.

 

Nowożytność

Na początku epoki nowożytnej na polach bitew królowały wojska najemne i zaciężne. Głównym zmartwieniem władców było zatem zdobycie funduszy, aby opłacić swoje wojska, co odbywało się zazwyczaj kosztem własnych poddanych. Powolny proces przechodzenia od armii najemnych do narodowych w nowożytności dał jednak efekty w rodzaju kampanii wojsk szwedzkich w sporej części Europy. Upowszechnienie broni palnej spowodowało, że znowu kluczową rolę zaczęła odgrywać liczba żołnierzy, a co za tym idzie możliwości mobilizacyjne państwa. Były to jednak armie poddanych, a nie obywateli, gdzie posłuszeństwo wymuszano przez dyscyplinę czy, jak później w Prusach, „pruski dryl”. Odwołanie się jednak do obywatelstwa żołnierzy przez rewolucyjną Francję dało wyniki na tyle satysfakcjonujące, że zaczęto przyjmować te rozwiązania również w innych krajach Europy. Po wojnach napoleońskich okazało się, że uzbrojenie pozostaje na mniej więcej stałym poziomie, a zatem należy się odwołać do masowego patriotyzmu obywateli w celu stworzenia jak najliczniejszej armii. Zbiegło się to z postępującą demokratyzacją polityki w Europie i dopuszczeniem społeczeństw do współdecydowania o losach krajów. Kulminacją tego procesu były obie wojny światowe, a zwłaszcza druga z nich, gdy przeszła w fazę wojny totalnej. Wówczas to stały naprzeciwko sobie całe społeczeństwa wrogich krajów, a propaganda bardzo duży nacisk kładła na front wewnętrzny i produkcję uzbrojenia.

 

Czasy współczesne

Nowo wynalezione rodzaje broni spowodowały spadek znaczenia na polu bitwy poborowego rekruta z karabinem, w związku z tym po II wojnie światowej armie zaczęły się coraz bardziej uzawodowiać i specjalizować. Wynalezienie broni jądrowej i doktryna MAD wymusiły jeszcze większy nacisk na wojny zastępcze oraz działania sił i służb specjalnych. Postępująca dziś robotyzacja sił zbrojnych oraz coraz silniejsze tendencje do korzystania z domeny kosmicznej w zasadzie wykluczają jakąkolwiek przydatność bojową nieprzeszkolonych niespecjalistów. Na razie jednak, przynajmniej w teorii, ustroje krajów Zachodu wypracowane na przełomie XIX i XX wieku nie ulegają jakimś drastycznym zmianom. Należy jednak pamiętać, że zmiany polityczne często są niezauważalne dla ludzi współcześnie żyjących i lepiej widać je dopiero, kiedy się patrzy z perspektywy kilkudziesięciu lub kilkuset lat.

 

Przyszłość

Zakładając prawdziwość tezy, że technologie wojskowe mają wpływ na kształt społeczeństwa, można się spodziewać wystąpienia w przyszłości przynajmniej dwóch scenariuszy. W obu głównym założeniem jest marginalizacja znaczenia potencjału ludzkiego w prowadzeniu działań wojennych w związku z postępującą robotyzacją pola bitwy. Pierwszy z nich opiera się na założeniu, że w przyszłości metody przewidywania wyników starć przy użyciu sztucznej inteligencji rozwiną się tak bardzo, że wyeliminuje to konieczność samych starć kinetycznych. Strony będą mogły na bieżąco porównywać swoje potencjały i z góry znając wynik starcia, nie będą miały konieczności jego prowadzenia. W założeniu tym jednak nie bierze się pod uwagę nieracjonalnej części natury ludzkiej oraz naturalnej skłonności do ryzyka – w związku z tym według mnie jest ono mało prawdopodobne. Drugi scenariusz, wręcz przeciwnie, zakłada, że w związku z brakiem faktu bezpośredniego ginięcia ludzi w konfliktach toczonych przy użyciu robotów polityczny ciężar decyzji o takim konflikcie będzie niższy, co spowoduje ich upowszechnienie w wojnach o małej skali. Punktem wspólnym obu tych wariantów jest brak udziału społeczeństwa w konflikcie zbrojnym, które znowu, jak w średniowieczu, jest sprowadzane do roli zaplecza techniczno-wytwórczo-fiskalnego. Nie upieram się przy tezie, że spowoduje to natychmiastowy spadek znaczenia politycznego obywateli względem władzy, jednak długoterminowo należy jak najbardziej rozważać taki scenariusz.

Materiały do pobrania
pdf
Wpływ sposobu prowadzenia wojny na stosunki społeczne
We współczesnych doniesieniach medialnych często widać samoloty bojowe najnowszej generacji precyzyjnie niszczące cele spoza zasięgu wzorku za pomocą uzbrojenia kierowanego...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna

15 sierpnia to nasze wielkie święto, jednak szczególnie jest to święto Wojska Polskiego. Setna rocznica w obecnym roku 2020 to wyjątkowo stosowny moment, żeby nie tylko pochylić się nad dokonaniami z przeszłości, ale przede wszystkim by pomyśleć o przyszłości i zastanowić się, na czym powinna polegać służba w nadchodzących czasach. Bardzo możliwe, że będą to czasy burzliwe. A na pewno inne niż ostatnie 30 lat.

Józef Piłsudski (fot. ze zbiorów autora)

Bitwa Warszawska, prowadzona własnymi siłami, w wojnie manewrowej, często z otwartymi flankami, wykorzystująca polską geografię wojenną, manewr strategiczny i inicjatywę operacyjną, zatrzymała ofensywę wroga na Warszawę, by w rezultacie przeciąć jego linie komunikacyjne ciągnące się z kierunku brzeskiego. Natomiast nie zakończyła ta bitwa wojny.

Potrzebna była o miesiąc późniejsza bitwa niemeńska, gdy Józef Piłsudski uznał, że trzeba pobić przeciwnika również na linii Niemna i odsunąć zagrożenie od obszaru rdzeniowego państwa, jak najdalej się da na wschód.

Zabrakło wówczas jeszcze jednej, być może ostatecznej, bitwy, gdzieś hen za Berezyną, pod Witebskiem, Orszą lub Połockiem, która odsunęłaby Rosję od Wisły, Warty i Niemna i osłoniła tworzenie konstruktu federacyjnego Polski z Białorusią oraz Ukrainą. Zabrakło także wielu innych rzeczy, ale to opowieść na kiedy indziej. Rzeczpospolita była po prostu bardzo zmęczona czteroletnią Wielką Wojną, a potem bardzo ciężkimi zmaganiami w latach 1918–1921. Nadszedł czas, by wojnę zakończyć.

 

Polska wygrała wojnę i odniosła wielki sukces militarny, który będzie pamiętany przez następne pokolenia. Sukces ten zasługuje na wspaniały łuk triumfalny w stołecznej Warszawie oraz pomniki. Możemy czuć dumę z wysiłku żołnierskiego tamtego czasu: odwagi i pomysłowości naszego żołnierza, naturalnej dla niego wytrzymałości, inicjatywy taktycznej i operacyjnej, kreatywności czy skłonności ofensywnych, na które zawsze mógł liczyć Wódz Naczelny, o czym zaświadczają liczne wspomnienia, pamiętniki i raporty.

Pomimo sukcesów bitewnych nie wygrała niestety Polska pokoju na poziomie strategicznym, nie udało się bowiem utworzyć trwałego konstruktu federacyjnego z Ukrainą ani z Białorusią, z obronnymi liniami strategicznymi co najmniej na Dźwinie i Dnieprze. Taki organizm federacyjny miałby szansę stać się przeciwwagą dla tradycyjnej w nowoczesnych czasach przewagi Niemiec i Rosji w naszej części świata.

Piłsudski to wiedział, dlatego nie był – mówiąc delikatnie – kontent i stał się z czasem pesymistą co do przyszłości. Wiedział, że dobra pogoda geopolityczna po Wielkiej Wojnie kiedyś się skończy. Miał rację, przyszła kolejna wojna światowa i czasy utraty niepodległości.

Słoneczna pogoda zapanowała ponownie po 1989 roku i wyglądała podobnie jak w sierpniu obecnego roku, kiedy codzienne słońce zachwyca blaskiem, błogo rozleniwia i sprawia wrażenie, że nigdy nie zajdzie za chmury.

 

Niestety, chmury się zbierają, a w czasach niepogody Rzeczpospolita potrzebuje siły zbrojnej. To stwierdzenie jest tak oczywiste, że aż wyświechtane. Więc sprecyzuję – Rzeczpospolita potrzebuje siły zbrojnej, która będzie realnym instrumentem polityki państwa. Tak w czasie wojny, jak i pokoju, bo jako skuteczne narzędzie wpływa na poziom bezpieczeństwa państwa, jest brana pod uwagę przez potencjalnych przeciwników (i sojuszników), którzy kalkulują swoją własną sytuację i ryzyko również przez pryzmat naszych zdolności. Nasze wojsko dokonuje sygnalizacji strategicznej poprzez posiadane i demonstrowane w skalkulowany sposób zdolności, a zatem dynamicznie wpływa na grę o równowagę we własnym sąsiedztwie. To wszystko będzie bardzo potrzebne w nadchodzących latach.

 

Nasze wojsko na pewno nie może być natomiast jedynie oderwanym od realizowanej codziennie polityki bytem organizacyjno-społecznym zatrudniającym ludzi, utrzymującym majątek trwały i wydającym pieniądze na pensje, któremu to bytowi politycy co jakiś czas „kupują” sprzęt wojskowy. Zbiorczo nawet ładnie się to nazywa: wydatki na wojsko i obronę narodową.

Najwyraźniej nasza klasa polityczna uważa, że sam proces wydatkowania około 2% PKB na wojsko jest swoistym instrumentem (albo raczej papierkiem lakmusowym), dzięki któremu w godzinie próby będziemy mogli zadzwonić do Waszyngtonu i poprosić, by Amerykanie groźbą lub prośbą wpłynęli na Rosję, aby ta odstąpiła od swoich złych wobec nas i naszych interesów zamiarów.

W przekonaniu naszych polityków opisany wyżej mechanizm, który polega na możliwości zadzwonienia do Waszyngtonu, nazywa się „gwarancją bezpieczeństwa”. To bardzo niebezpieczne złudzenie, po części wynikające ze zbyt dużego „nasłonecznienia” w ostatnich 30 latach.

 

Być może dodatkowo wynika to złudzenie z faktu, że duża część naszej klasy politycznej nie wierzy w możliwość zbudowania przez Rzeczpospolitą realnej, z realnymi zdolnościami i realną skutecznością, siły zbrojnej. To błędne myślenie, z pewnością są na taką budowę wystarczające pieniądze, Polska jest bowiem dostatecznie bogata. Jest także obdarzona talentem. A właśnie on, a nie masy ludzkie, jest rozstrzygający w nowoczesnej wojnie i liczy się podczas nieustannej próby sił w trakcie zbrojnego pokoju.

 

Po 1989 roku klasa polityczna w Polsce uznała być może również, że wojsko nie będzie nam już nigdy potrzebne. Może ewentualnie po to, by jeździć na ekspedycje z nowymi zachodnimi sojusznikami. Więc nie bardzo było wiadomo, co zrobić z tą frapującą pozostałością dawnych czasów, która przecież „musiała” odejść w przeszłość. Wojen miało nie być (a jakże!), a już na pewno nie w Europie. Rosja nie miała przecież prowadzić wojny nowej generacji, kontrolując drabinę eskalacyjną i umiejętnie łącząc demonstrowane zdolności wojskowe z pozawojskowymi (acz jawnie przemocowymi) instrumentami osiągania założonych celów politycznych, a wszystko to w naszym bezpośrednim przecież sąsiedztwie.

Warto pozbyć się złudzeń: trzeba mieć siłę, która da temu odpór, również w trakcie zbrojnego pokoju. Sytuacja zbrojnego pokoju i codziennej próby sił to sprawa aktualna, to już się dzieje. To nie są abstrakcyjne rozważania o przyszłości. Żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego zajmujący się szeroko pojętym Wschodem dobrze o tym wiedzą. Nie jestem pewien, czy rozumieją to należycie politycy.

Tymczasem po przystąpieniu do NATO ucieszyliśmy się z uzyskanej „adopcji strategicznej”. To było wygodne i właściwie nie wymagało jakiegokolwiek wysiłku. Rezygnując z jakiejkolwiek troski (tak, wiem, troskanie się jest męczące, jak całe dorosłe życie), staliśmy się importerem bezpieczeństwa. Na poziomie zwykłego zjadacza chleba przejawia się to w całkowitej wierze w NATO jako jedyną siłę zdolną nam pomóc.

A co z nami? Może sami stalibyśmy się eksporterem bezpieczeństwa w regionie? Może zmieniłoby to niekorzystną dynamikę geopolityczną? Wiem od Amerykanów, że oni też powitaliby to z zadowoleniem, bo muszą skupić się na Pacyfiku i potrzebują silnych i lojalnych sojuszników na światowych skrzyżowaniach przepływów strategicznych, którzy to sojusznicy dzięki swoim wojskowym zdolnościom są w stanie kształtować własne otoczenie bezpieczeństwa.

Potrzebujemy więc nowoczesnej siły zbrojnej, która będzie miała takie zdolności. Realnej i sprawnie funkcjonującej, niczym dobrze naoliwiony mechanizm, złożony z ludzi, którzy wiedzą, czego chcą, co jest ich celem, na czym polega ich służba, jaki jest ich etos i misja. Wiedzą, po co do wojska poszli i z dumą realizują tam swoje osobiste kariery, wierząc w sens swoich życiowych wyborów. Są tacy żołnierze i oficerowie, spotykam ich osobiście w różnych miejscach w kraju (i poza krajem). Taka postawa musi się stać standardem w służbie.

 

Takie wojsko będzie, w myśl słów Clausewitza, realnym instrumentem polityki państwa, niczym narzędzie – przygotowane i sprawne. Będzie wiedziało, do czego ma służyć, a zatem na jaką wojnę i z kim się szykuje, co jest celem strategicznym i operacyjnym w wojnie. Poparte to będzie prawidłową i nowoczesną koncepcją operacyjną, która będzie określała, jak to narzędzie ma być użyte. Do tego będą pozyskiwane zdolności (organizacyjne i sprzętowe). Zdolności będą ćwiczone na poligonach, a pod to będą sporządzone kryteria ocen dowódców i żołnierzy, promowane kariery i rugowane zachowania niepożądane.

Współczesne pole walki sprzyja, podobnie jak sto lat temu na Wisłą i Niemnem, inicjatywie dowódczej, elastyczności operacyjnej i taktycznej, samodzielności w działaniach bez osłoniętych skrzydeł. W nader nasilonej „mgle wojny” spowodowanej przez instrumenty nowoczesnej wojny, która polega przede wszystkim na zrolowaniu systemu dowodzenia przeciwnika, jego świadomości sytuacyjnej i łączności z własnymi pododdziałami działającymi na bardzo rozproszonym polu walki bez styczności bezpośredniej i określonej linii frontu, w ramach dokonującej się rewolucji w charakterze przebiegu wojny, liczy się wiedza, inicjatywa, samodzielność i posiadana technologia.

To zwiększa znaczenie nacisku na szkolenie dowódców liniowych, w tym młodszych oficerów, na poziomie taktycznym z elementami operacyjnymi, oraz na oswajanie z samodzielnością. Czynnikami zwiększającymi skuteczność na polu walki (w przeciwieństwie do przeszłości, gdy najistotniejszą rolę odgrywała liczba żołnierzy i masa), które Amerykanie nazywają „multipliers”, są dzisiaj wiedza, inicjatywa oraz technologia, które łącznie niwelują przewagi liczebne przeciwnika oraz eliminują jego kontrolę szczebli drabiny eskalacyjnej.

W naszym wypadku kontrolę rosyjską, której Rosjanie są nazbyt pewni. Warto ich tej pewności pozbawić i ustabilizować w ten sposób korzystnie dla nas sytuację bezpieczeństwa w regionie. Wbrew temu, co zdają się myśleć na ten temat niektórzy uczestnicy naszej debaty publicznej, próg wejścia na drogę prowadzącą do osiągnięcia tego celu nie jest zbyt wysoki, zważywszy na zdolności Rzeczypospolitej.

Zmiany w charakterze wojny działają na naszą rzecz: widzę – orientuję się, podejmuję decyzję, strzelam lub manewruję w przestrzeni fizycznej i elektromagnetycznej na rozpoznanego przeciwnika – wygrywam. Mniejsze oddziały, z wysokim nasyceniem techniką i dobrze dowodzone, wygrywają. Innymi słowy, słabsi liczebnie mogą wygrywać. Wystarczy zobaczyć, jak radzi sobie biedniejszy od Polski (tak, tak – biedniejszy) Izrael.

 

Takie możemy mieć wojsko. Wiem, że są wśród Was tacy, którzy też tego chcą. To wielka szansa, a jednocześnie odpowiedzialność. W końcu za nami stoją całe pokolenia, wielcy dowódcy z lat 1919–1921, bohaterscy żołnierze licznych wojen Rzeczypospolitej, zwycięscy hetmani dawnego, przedrozbiorowego państwa.

 

Od Bitwy Warszawskiej i nad Niemnem minęło sto lat. Niby – jak mawiają filozofowie – wszystko płynie, pewne sprawy się jednak nie zmieniają.

 

 

Strategy&Future będzie z Wami na tej drodze.

Materiały do pobrania
pdf
Żołnierzom i oficerom Wojska Polskiego

Biblijna historia Dawida skłania do kilku wniosków na temat rozwoju broni i charakteru wojny. Nowa przełomowa technologia często wydaje się mniej zaawansowana niż stara.

„From Here” (CD). Wykonawca: New Model Army (fot. empik.com)

Na przykład w XIV wieku ówczesna broń palna wydawała się zupełnie nieskuteczna przeciw fortyfikacjom. W XX wieku pancerniki wydawały się szczytem technologii, podczas gdy samoloty, które leciały naprzeciw nich, zdawały się igraszką i uchodziły za prymitywne narzędzie walki z tak potężnymi okrętami.

 

Trzeba pamiętać, że każdy system broni (i całe ich rodziny) ma swój cykl życiowy. Broń pojawia się (rozpoczynając cykl), gdy zachodzi potrzeba użycia broni ofensywnej, a kończy swój żywot, kiedy dochodzi do rozwoju na tyle złożonego systemu uzbrojenia, że bardziej go trzeba bronić, niż można wykorzystać do ataku. Cały cykl wypełnia się, gdy wysiłek obrony takiego systemu przyćmiewa jego zdolności ofensywne. Broń osiąga swój limit użyteczności, gdy środki potrzebne do jej obrony i przetrwania niwelują jej rachunek koszt-efekt. A zatem broń osiąga swój koniec, gdy koszt jej obrony jest tak duży, że powoduje niemożność zakupu innej niezbędnej broni lub upośledza gospodarkę cywilną. Taki był rezultat defensywnego uzbrojenia Goliata, całego tego pancerza z brązu, płyt łuskowych, nagolenników, hełmu itd. I taki może być rezultat końca cyklu technologii stealth (i na przykład kontrowersyjnego samolotu F-35) – która jest dzisiejszą zbroją (bardzo kosztowną) nowoczesnych samolotów.

 

Siły zbrojne, które nie odnosiły w przeszłości znaczących sukcesów wojskowych, mają większe szanse, by nie przegapić momentu, gdy zaczyna się proces końca cyklu przydatności danego rodzaju broni.

Zwycięskie wojny swoje lub bliskich sojuszników stwarzają iluzję, że konkretne technologie zawsze będą skuteczne. Ta iluzja miesza się z interesami wojska, przywództwa politycznego, przemysłu i z utrwalonymi interesami konkretnych polityków i grup interesów w systemie polityczno-społecznym. Wszystkie te podświadomie sprzymierzone siły tworzą poczucie technicznej wspaniałości, koncentrując się na technice jako „cudzie”. Powstaje wrażenie, że technika czyni cuda i dzięki niej uzyska się supremację na polu walki.

W patologicznych przypadkach pojawia się nawet poczucie niezwyciężoności armii lub rodzaju sił zbrojnych. Zwycięstwo Francuzów w I wojnie światowej doprowadziło do technologicznej, organizacyjnej i dowódczej klęski w 1940 roku. Przegrana w wojnie (najlepiej, rzecz jasna, bez całkowitego zniszczenia potencjału kraju, jego okupacji lub pełnego podporządkowania) jest najlepszym impulsem do zmian. Historia to potwierdza.

 

Wojska lądowe USA po klęsce w Wietnamie wykazywały wszystkie symptomy armii pobitej, a armia izraelska w październiku 1973 roku pokazała, jaką szkodę wyrządziło zbyt łatwe zwycięstwo z roku 1967. Dziś można się zastanawiać, dokąd amerykańskie kampanie ostatnich lat i technologiczna dominacja na polach wojny asymetrycznej może zaprowadzić Amerykę w przyszłości, gdy wybuchnie wojna systemowa między mocarstwami.

 

U szczyty percepcji dawnej broni, tuż przed jej klęską, technologia wojenna najnowszej generacji jawi się jako niezwyciężona. Rycerze w pełnej zbroi, fortyfikacje z ogromnymi umocnieniami dla artylerii, pancerniki, międzykontynentalne pociski balistyczne – wszystkie te bronie pojawiały się i trwały jako ostatnie słowo technologii. I tak pozostawało, dopóki wydarzenia na polu walki nie uczyniły ich tylko ciężarem.

Technologie, które je zastępują, mają jedną wspólną cechę: upraszczają pole walki i pozwalają powrócić do serca wojny – namiętnej akcji ofensywnej. Obrastanie w piórka, swoiste pasożytnictwo zawsze dokonuje się powoli, taka jest natura ludzka i natura spraw na Ziemi. Dlatego każdy nowy system broni jest u swego zarania obarczony postępującym grzechem pierworodnym starzenia się (senility), zmierzania w kierunku niedołężności i przebrzmiałości.

Długość cyklu broni jest określona tempem wprowadzania przez przeciwnika środków zaradczych wobec systemów ją zwalczających i zdolnością zaprojektowania metod obrony przeciw tym środkom zaradczym. Tak rozpoczyna się wyścig w kierunku ostatecznej senility. Wojsko efektywne to wojsko, które stale odrzuca starzejące się systemy i przebrzmiałe koncepcje operacyjne, integruje nowe pomysły i personel bez jednoczesnego przewrotu społecznego, wynikającego ze zmiany układu sił spowodowanego reformą. Wszystkie mocarstwa w przeszłości mające skuteczne wojsko przez jakiś czas dawały sobie z tym zjawiskiem radę, krócej lub dłużej. Żadne nie było w stanie robić tego na stałe. Lekcja z wojen między Hebrajczykami a Filistynami wciąż jest ważna, nadal obowiązuje, poucza i będzie pouczała w przyszłości.

 

Na krótką metę państwo może ponosić koszty obrony coraz droższych systemów, które przechodzą w kierunku senility. Może to też robić w konfliktach asymetrycznych (jak często w ostatnich 30 latach), gdy znacznie słabszy technologicznie i organizacyjnie przeciwnik chce zadać straty „białym słoniom”, czyli bardzo drogim jednostkom sprzętowym, chcąc w ten sposób spowodować efekt polityczny (nie wojskowy) w społeczeństwie nieprzychylnie nastawionym do wojny. Wtedy państwa bronią, jak mogą, swoich systemów, by nie przegrać na tym „skrzywionym” czy „nietypowym” asymetrycznym boisku, gdzie rządzi percepcja informacyjna. Ale na dłuższą metę i tak jest to nie do utrzymania, dlatego wojny asymetryczne nader często wygrywają słabsi.

 

Zresztą, gdy spojrzymy na to zjawisko w dłuższej perspektywie, potęga, która jest zdolna redefiniować swoje strategiczne interesy i wprowadzać uzbrojenie, na które ją stać i dzięki któremu osiąga na wojnie swoje dobrze skalibrowane cele polityczne – wygrywa.

Koszty zaprojektowania, opracowania i wyprodukowania broni rosną wraz z rosnącą potrzebą znajdowania remedium nad środki zwalczania naszej broni przez przeciwnika. I tak wyścig między obroną a atakiem trwa w najlepsze. Złożoność, zaawansowanie, a nawet rosnące koszty obrony systemu broni dają poczucie iluzji, że broń tak zaawansowana, tak wymagająca wydatkowania, wiedzy, personelu, energii, roboczogodzin i tak dalej musi być najlepsza z najlepszych. W rzeczywistości najczęściej jest inaczej, a zjawisko to jest symptomem narastającej słabości i wrażliwości broni na oddziaływanie przeciwnika

Oto przykład: obecność systemu obrony powietrznej Aegis w grupie bojowej lotniskowca jest mniej symptomem zaawansowania lotniskowców, a bardziej znakiem czasu, że współcześnie lotniskowiec jest dość łatwym (i kuszącym) celem. Gdy dany rodzaj broni zmierza w kierunku senility, nadal jest stosowany (tak było np. z kawalerią jeszcze długo w XX wieku), natomiast jego efektywność bojowa i koszty utrzymania w linii szybują aż do momentu, gdy dbanie o jego utrzymanie staje się ciężarem nie do uniesienia.

 

Goliat został wyposażony w dziesiątki kilogramów zbroi, tak że nie mógł rzucić włócznią tych kilkudziesięciu wymaganych polem walki metrów; kawaleria została tak opatulona zbroją (żeby móc szturmować piechotę wyposażoną w broń palną), że konie nie mogły biegać; krocie pieniędzy wydawano na pancerniki, żeby sześć czy dziewięć dużych dział z tych okrętów mogło wystrzelić kilkaset kilogramów ładunków wybuchowych na kilka czy kilkanaście kilometrów.

We wszystkich tych wypadkach z pewnością mieliśmy już do czynienia ze zjawiskiem senility, kiedy broń jest jeszcze w stanie przetrwać na polu walki, ale nie ma to już sensu i kosztuje za wiele. A nawet zaczyna być niebezpieczne dla innych jednostek lub formacji przydatnych w walce, które zamiast wojować, muszą zajmować się „białym słoniem wchodzącym w senility”.

Pamiętajmy, że uzbrojenie nie chce opuścić areny dziejów, tak jak ludzie nie chcą umierać. Broń dotknięta zjawiskiem senility jest w stanie trwać na scenie dziejów, narażając na wielkie szkody tych, którzy dalej forsują ją w służbie.

 

Pouczająca historia o Dawidzie i Goliacie ma nam zatem bardzo ważną naukę do przekazania. Zarówno na temat  walki z Goliatem jak i stosunku Saula do nowatorstwa Dawida.  To trudna lekcja dla „dorosłych”, którzy są świadomi uwarunkowań zawężających pole gry.

 

Idziemy w S&F niestrudzenie w kierunku Armii Nowego Wzoru.

Materiały do pobrania
pdf
Dawid i Goliat, czyli starotestamentowa opowieść o Armii Nowego Wzoru. Część 2

W czasach Goliata było jasne i oczywiste, że ciężki pancerz z brązu i włócznia z żelaznym grotem to podstawa siły żołnierza.

(Fot. Wikipedia)

Strategiczny plan Filistynów polegał na rozbrojeniu Hebrajczyków poprzez zniszczenie ich ówczesnej wytwórczości metalurgicznej. Udało im się to w dużym stopniu (tak przynajmniej czytamy w Pierwszej Księdze Samuela) dzięki wyłapaniu i wysłaniu na wygnanie wszystkich rzemieślników zajmujących się nową technologią. To uniemożliwiło Hebrajczykom własną produkcję nowoczesnego uzbrojenia i uczyniło ich zależnymi od Filistynów w produkcji cywilnej, niezbędnej na przykład w rolnictwie. Zatem kluczem do potęgi Filistynów była ich potęga przemysłowa, która oczywiście dawała im poważną siłę ekonomiczną. Jest to charakterystyczny przykład kompleksu wojskowo-przemysłowego w czasach starożytnych.

Dwa główne rodzaje broni ofensywnej w tamtych czasach to ciężka włócznia żelazna, dobrze nadająca się do walki na krótkim dystansie, oraz lekka włócznia do rzucania. Obie bronie poruszane były siłą mięśni rzucającego. Namierzanie celu oraz sterowanie pociskiem brało się z połączenia dobrego oka i sprawnych rąk. Ograniczenia tych broni wynikały z ograniczeń sprawności ludzkiej.

W tamtych czasach wszystkie armie miały mniej więcej takie samo uzbrojenie i taki sam poziom wyszkolenia, jeśli chodzi o zasięg i celność. W zależności o tego, jak technicznie skonstruowana była broń, można było w niej dokonać zaledwie śladowych innowacji, nie licząc zwiększenia ciężaru włóczni. Nawet nowatorskie taktycznie działania były ograniczone charakterem broni. Jedyny sposób na to, by mieć przewagę nad przeciwnikiem, zasadzał się na defensywie związanej z poprawą szans wojownika na przeżycie ataku włócznią. Dlatego z czasem przewagę zaczęli zyskiwać ci, którzy mieli lepszą podstawę gospodarczą i kompleks przemysłowo-wojskowy i mogli zaopatrywać swoich wojowników w coraz lepsze pancerze, które coraz skuteczniej opierały się grotom włóczni.

 

Gdy Goliat wyruszał do walki, „na głowie miał hełm z brązu, ubrany zaś był w łuskowy pancerz z brązu o wadze pięciu tysięcy syklów. Miał również na nogach nagolenice z brązu oraz brązowy, zakrzywiony nóż w ręku. Drzewce włóczni jego było jak wał tkacki, a jej grot ważył sześćset syklów żelaza. Poprzedzał go też [giermek] niosący tarczę (Biblia Tysiąclecia, 1 Sm, 17,5–7).

Zadaniem Goliata i jego misją ofensywną było rzucić oszczepem i zaatakować włócznią. Jednak by przeżyć do tego momentu, musiał unieść co najmniej 70 kilogramów pancerza z brązu i tarczę tak wielką, że wymagała oddzielnego człowieka do zaniesienia jej na pole walki. Jedynym powodem zakładania i noszenia tak ciężkiej zbroi było to, że w ogóle była warunkiem wstępnym na do jakichkolwiek  akcji ofensywnych; poza tym była tylko ciężarem, który utrudniał poruszanie się w trakcie walki.

Goliata obciążały zatem dwie fundamentalne słabości. Po pierwsze był to system uzbrojenia defensywnego, który co prawda chronił przed wrogiem, ale ograniczał ruchliwość. Zawodziła zatem mobilność. Duża waga pancerza oznaczała, że wojownik nie mógł poruszać się wystarczająco zwinnie i w wymaganym warunkami na polu walki tempie. Zwłaszcza podczas starcia z Dawidem w terenie pagórkowatym i nierównym .

 

Nie byłoby to problemem, gdyby jego wróg był również obciążony taką wagą. Obaj byliby wówczas tak samo upośledzeni w swojej bojowej mobilności. Tymczasem jedna ze stron dokonała przełomu w strategicznej i taktycznej ruchliwości i cała równowaga dramatycznie się załamała. Słabością Goliata było też to, że był wprawdzie bardzo dobrze chroniony swoim pancerzem z brązu, nie był jednak chroniony perfekcyjnie. Oczy, ten system obserwacji, orientacji i naprowadzania wojownika, nie było chronione. Wojownik musiał przecież coś widzieć.

 

W te nieduże punkty można było uderzyć. Jeśli Goliat, archetyp ciężkozbrojnego piechura, miał zostać pokonany, potrzeba było do tego bardziej ruchliwej platformy bojowej. Dodatkowo musiała ona dysponować bronią o wystarczającym zasięgu, by uderzyć Goliata spoza zasięgu działania jego własnej broni ofensywnej. Broń ta powinna mieć wystarczającą celność, by dało się wykorzystać słabości obrony Goliata, i wystarczającą siłę, by go obalić, zabić lub w inny sposób wyeliminować z walki.

Dawid nie był zawodowym wojownikiem, więc nie był obciążony utrwalonymi przekonaniami co do potrzebnego uzbrojenia, sztuki operacyjnej czy działania taktycznego ani też nie zainwestował w bardzo drogą broń jak Goliat. Nie miał też zobowiązań wobec swojej grupy społecznej, gdzie z określonym sposobem walki wiązałby się status społeczny, polityczny i powiązania z ówczesnym kompleksem przemysłowo-zbrojeniowym (o skutkach tego za chwilę).

To oznaczało, że mógł skorelować cel polityczny z planem działania bez z góry narzuconych map mentalnych. Miał na przykład wolność wyboru technologii i taktyki najlepszej do pokonania wroga. Początkowo dowodzący Hebrajczykami „Saul ubrał Dawida w swoją zbroję: włożył na jego głowę hełm z brązu i opiął go pancerzem. Przypiął też Dawid miecz na swą szatę i próbował chodzić, gdyż jeszcze nie nabrał wprawy. Po czym oświadczył Dawid Saulowi: Nie potrafię się w tym poruszać, gdyż nie nabrałem wprawy. I zdjął to Dawid z siebie. Wziął w ręce swój kij, wybrał sobie pięć gładkich kamieni ze strumienia, włożył je do torby pasterskiej, którą miał zamiast kieszeni, i z procą w ręce skierował się ku Filistynowi (1 Sm, 17,38–40).

 

Dawid był ruchliwy. Łatwo mógłby zostać zabity, gdyby wszedł w strefę rażenia Goliata. Ale Goliat – obciążony zbroją – poruszał się bardzo wolno. Nie mógł zatem ruszyć się do przodu wystarczająco szybko, by złapać Dawida w zasięg swojego rażenia.

To była więc nierówna walka. Właściwie gdy czytałem ją teraz, (przecinek) mając 45 lat i rozumiejąc prawidła sztuki wojennej, żal mi się zrobiło Goliata. Nie miał żadnych szans, a jego śmierć była kwestią czasu. Dawid był w pełni bezpieczny tak długo, jak potrafił zachować dyscyplinę taktyczną i podążać za swoim planem walki. W tak ustawionej walce tylko Goliat ponosił ryzyko.

Brak wyposażenia zgodnego z ówczesnymi wymogami sztuki wojennej uratował życie Dawidowi i dał wolność ludowi Izraela. Gdyby Dawid poszedł do walki, mając na sobie zbroję Saula, zapewne zostałby zabity.

 

Tymczasem Dawid stał się efektywną platformą bojową, bardzo mobilną, z systemem namierzania, celowania i wystrzeliwania pocisków na odległość. Bronią uderzeniową była proca, pociskami kamienie. To był radykalnie nowy system, który był lekki, ale zdolny do rażenia na duże odległości i celny. Jego główna zaleta polegała na małym wydatkowaniu energii mięśni człowieka poprzez zwiększenie ich mocy dzięki sile odśrodkowej wyrzutu procy.

 

Dawid rozkręcił procę nad głową, radykalnie zwiększając energię początkową pocisku i kompensując jego małą masę. Rewolucja na polu walki spowodowana pojawieniem się technologicznej innowacji w postaci procy była możliwa przede wszystkim dzięki gotowości na zmiany wśród ówczesnej kasty wojowników. Zabrakło tego po stronie Filistynów, którzy, funkcjonując wedle starych map mentalnych, czuli się dobrze i byli pewni siebie i swoich przekonań. Przecież skutecznie skonsolidowali stan posiadania na nabrzeżnych równinach, powstrzymali wcześniejszą ofensywę Hebrajczyków pod wodzą Saula i teraz byli w środku własnej kontrofensywy w kierunku upragnionego środka całej krainy.

Tu pojawia się bardzo ważna sprawa, nie mniej może ważna, jeśli chodzi o dokonywanie rewolucji w sprawach wojskowych, niż samo pokonanie Goliata. Dotychczasowy wysiłek zbrojny oparty był na paradygmacie coraz cięższego i droższego uzbrojenia. Jako taki był atrakcyjny społecznie i gospodarczo dla określonej grupy społecznej. Metalurgia była ówczesnym high-tekiem i dobrze współgrała z potęgą handlową Filistynów na wschodnim Morzu Śródziemnym. Dawała sprawstwo polityczne ówczesnym technologom, inżynierom i wytwórcom oraz liderom wojskowym i politycznym z nimi sprzymierzonym.

Izraelici byli zmuszeni do obrony, a siły Saula wycofywały się przed atakującymi. Dlaczego teraz nagle dokonywać zmiany paradygmatu pola walki? Wielka ofensywa Filistynów doprowadziła do wewnętrznego kryzysu zaufania w dowództwie Hebrajczyków. Pod presją wroga część dowódców usztywniła się w dowodzeniu, kurczowo trzymając się starych doktryn i zwiększając dodatkowo swoją zależność od już przebrzmiałych rozwiązań. Saul był inny. Zobaczywszy, co uczynił Dawid z Goliatem, zaakceptował wprowadzenie nowej technologii i doktryny działań w wojnie z Filistynami, mimo że to istotnie podważało autorytet jego własnego „starego” wojska oraz podmywało intelektualne i społeczne podstawy jego „starej” armii.

 

Co więcej, taka rewolucja wydawała się nawet na pierwszy rzut oka regresem. Słabe wyposażenie mobilnych procarzy kosztowało grosze. Ponadto do walki prowadzonej przez nowych wojowników Dawida mogli stawać ludzie spoza warstw społecznych, które dotychczas zajmowały się wojaczką. Doprowadziło to do radykalnego i aż niewiarygodnego uproszczenia doktryny bojowej. Jednakże władca Hebrajczyków  Saul był zdolny do zaakceptowania takiego przełomu i dzięki temu pokonał Filistynów w wojnie.

Ale tu sprawy zaczynają się komplikować. Starotestamentowa opowieść ma dwie części: bardziej znaną o pokonaniu Goliata i mniej znaną, dotyczącą sprawy między Saulem a Dawidem, między „starym” a „nowym”. Znamienne jest również to, że Saul chciał zjeść ciastko i mieć ciastko.

Miał co prawda na tyle elastyczny umysł, by zaakceptować, że sposobem na zwycięstwo w wojnie jest walka w stylu Dawida i jego ludzi, ale gdy pokonano wroga, Saul chciał powrotu do starego sposobu funkcjonowania. Sposób ten gwarantował dawnej kaście właściwy status społeczny, władzę polityczną i udziały w kompleksie przemysłowo-zbrojeniowym, skoncentrowanym właśnie na starym sposobie wojowania.

 

W rezultacie doszło do konfliktu pomiędzy tradycyjnymi siłami Saula a nowymi, lekkimi i ruchliwymi jednostkami Dawida, które potwierdziły zresztą swoją przewagę.

 

Dawid i jego ludzie wygrali.

Materiały do pobrania
pdf
Dawid i Goliat, czyli starotestamentowa opowieść o Armii Nowego Wzoru

Po niedawnych ruchach geostrategicznych kierownictwa państwa polskiego, w szczególności po ostatnich rozmowach w Turcji i w Chinach, warto powiedzieć kilka słów o projekcji siły poprzez wartości, aby przygotować się na nadchodzącą akcję dyscyplinującą.

(Fot. pixabay.com)

Henry Kissinger, bodajże w „Dyplomacji”, wyjaśnia na przykładzie Świętego Przymierza łaskawie nam panującego w Europie po kongresie wiedeńskim 1815 roku, że ustalony system międzynarodowy potrzebuje spoiwa, które będzie przybliżało strony do siebie i będzie tym samym mechanizmem mitygującym wobec mniejszych podmiotów wyłamujących się z ustalonej równowagi albo wręcz – jak w XIX wieku – eliminującym zachowania wykraczające poza dozwolony kanon.

Oczywiście to była tylko przykrywka, żeby ustabilizować równowagę pomiędzy mocarstwami europejskimi. Chodziło o to, by tłumić nagłe zmiany, rewolucje czy zjawiska niespodziewanie naruszające równowagę ustaloną w ekskluzywnym gronie wielkich mocarstw kongresu wiedeńskiego.

Sama równowaga pomiędzy mocarstwami utrzymywała się wskutek strukturalnego układu sił niezależnego od dominującej narracji. Mocarstwa dbały, by pozostał on niezachwiany jako fundament pokoju. Właśnie złamanie tej równowagi przez zjednoczenie Niemiec pogrzebało ostatecznie ład wiedeński i doprowadziło do wojen światowych.

 

Stany Zjednoczone jako hegemon ładu konstruktywistycznego po upadku Związku Sowieckiego również realizowały politykę promocji swoich interesów, nader często stosując przy tym hasła liberalnej demokracji, praw człowieka, wolnego rynku czy wolności przepływów strategicznych i odwoływały się do kanonu, który znamy dzisiaj pod pojęciem „wartości demokratycznych”. W ten sposób USA stabilizowały skutecznie i z gracją swoją strefę wpływów i tworzyły narzędzie do realizacji swoich interesów. Tam, gdzie górą były twarde interesy geostrategiczne USA, narracji demokratycznej nie forsowano. Arabia Saudyjska, Iran, Egipt, Pakistan czy Chiny sprzed 50, a potem sprzed 20 lat (gdy były potrzebne do balansowania Związku Sowieckiego, a potem do łatwego bogacenia się USA) były i są dobitnymi przykładami takiego postępowania Waszyngtonu.

Interesy geostrategiczne USA zawsze górują nad narracją systemową Amerykanów, gdyż bez uwzględnienia tychże interesów Amerykanie nie byliby globalnym hegemonem i nie mogliby w następstwie hegemonii promować wartości demokratycznych ze względu na brak projekcji siły. Innymi słowy najpierw było koło, a potem rower. Bez koła nie ma roweru.

Wobec słabszych graczy w systemie międzynarodowym Amerykanie nadzwyczaj często używają argumentacji z katalogu wartości demokratycznych, stabilizując ich zachowania i umacniając swoje wpływy – tak by sprawy toczyły się zgodnie z ich, to jest Amerykanów, wolą.

 

Nie są jednak w stanie (i nigdy nie byli) tego robić wszędzie i wobec wszystkich. Na przykład w obliczu konfrontacji z Chinami i wobec potrzeby poszukiwania sympatii sojuszników Amerykanie nie mogą swobodnie krytykować z klucza wartości demokratycznych państw najistotniejszych dla USA w rywalizacji z Państwem Środka, o których trudno mówić, by były kwitnącymi demokracjami. Chodzi o Wietnam, Indonezję, Filipiny, Tajlandię, Arabię Saudyjską, Tajwan, Koreę Południową czy nawet Japonię (wystarczy prześledzić wyniki i przebieg wszystkich wyborów oraz zachowania społeczne w Japonii po II wojnie światowej, aby ocenić, czy jest to demokracja liberalna, taka z jaką mielibyśmy do czynienia w Europie lub w USA), które są dostatecznie czytelnymi przykładami.

 

W czasie II wojny światowej ani Waszyngtonowi, ani Londynowi nie przeszkadzało, że Stalin jest morderczym despotą, a Sowiety są państwem totalitarnym i zaprzeczeniem wartości demokratycznych. Niemal to samo można powiedzieć o dyktatorach w Ameryce Łacinskiej, którzy obsługiwali interesy USA i otrzymywali dzięki temu poparcie Waszyngtonu.

Władze państwa polskiego bardzo rozczarowały się obecną postawą USA wobec Rosji: w czasie negocjacji New START, w obliczu przemocowych działań rosyjskich wobec Ukrainy oraz w sprawie Nord Stream 2. Rozczarowanie to było przyczyną nowego otwarcia w stronę naszego sojusznika w NATO, jakim jest Turcja.

Można powiedzieć, że Turcja realizuje własną wersję naszej przedwojennej polityki prometejskiej, rozbijając perymetr rosyjskiego imperium i rugując (również przy użyciu siły wojskowej) rosyjskie wpływy z Afryki, Lewantu i Kaukazu. Ale z drugiej strony jest krytykowana przez niektórych na Zachodzie za to, że podąża bardziej autonomiczną drogą. Czyni tak, ponieważ – jak tłumaczą nam w S&F tureccy eksperci, z którymi rozmawiamy (można obejrzeć na YT!) – Turcja już nie wierzy w przetrwanie dotychczasowej hegemonii USA i uważa, że rozpoczął się okres nowego równoważenia, poszukiwania nowego equilibrium, co zwiastuje geopolityczne turbulencje i ryzyko konfliktów. Turcy po prostu wiedzą, że tylko oni sami mogą zadbać o swoje interesy.

 

Na linii Ankara – Waszyngton pojawiają się napięcia, bo niezależna postawa Turcji oraz brak dawnej sprawczości Amerykanów powodują spadek wpływów USA w tym kraju i w całym regionie. Słabnięcie USA rzuca się w oczy. To zjawisko jest na rękę Rosji. Jednocześnie wcześniej wspomniana „prometejska” polityka turecka osłabia Rosję. Widać, że w geopolityce nic nie jest czarno-białe. Wraz ze zmianą korelacji sił w coraz szybciej funkcjonującym zglobalizowanym świecie sprawy stają się coraz bardzo złożone, relatywne i dynamicznie zmienne. To jest esencja postawy tureckiej w obecnych epickich czasach.

 

Dodatkowo Polska wykonała gest w stronę wrogiego USA Pekinu; szef polskiego MSZ spotkał się ze swoim chińskim odpowiednikiem i złożył kilka nic nie kosztujących deklaracji.

 

W 2018 roku pisałem w swojej książce „Rzeczpospolita między lądem a morzem”, że Polska jest „niczym moneta obracana w dłoni na różne strony i w różnych perspektywach, mieniąc się różnymi odcieniami w zależności od kąta patrzenia: od strony Atlantyku, od Pacyfiku; od zachodniej Europy i Niemiec, od Rosji; od Bałtyku, Morza Czarnego, Konstantynopola i od Wielkiego Bliskiego Wschodu. To nader wymagające położenie stanowi prymarną cechę geopolityczną całego pomostu bałtycko-czarnomorskiego, powodując przemożny nacisk zewnętrznych sił na Rzeczpospolitą. Świat znalazł się w okresie gwałtownych zmian wywołanych rosnącą rywalizacją Stanów Zjednoczonych i Chin, z Rosją w tle – która ukształtuje XXI wiek. Choć po 1989 roku wydawało się nam, że Warszawa leży całkiem blisko Atlantyku, to okazało się, że jednak geograficznie znajduje się w połowie drogi między Waszyngtonem a Pekinem. Tradycyjnie blisko położone pozostają niezmiennie Niemcy, Rosja i Turcja oraz państwa Europy Środkowej i Wschodniej, tworząc otoczenie państwa polskiego. To może oznaczać, niezależnie od naszej woli, że zawirowania zmieniającego się ładu nas dotkną. Choć – w zależności również od naszych decyzji – mogą dotknąć nas w różnym stopniu”.

Jest właśnie tak, jak wówczas napisałem. Historia dzieje się na naszych oczach. Obserwujemy pierwsze własne, jeszcze nieśmiałe próby balansowania i poszerzania wąskiego pola manewru. Należy się spodziewać akcji dyscyplinującej.

Najłatwiej będzie jej dokonać poprzez odwołanie się do  wartości demokratycznych. Najłatwiej, ponieważ my, Polacy, jesteśmy zakompleksieni na tym punkcie. Czujemy się częścią Zachodu i „przedmurzem” cywilizacji broniącym jej od „Wschodu”, więc tym bardziej chcemy się pokazać jako sprawni wykonawcy „wspólnej” misji cywilizacyjnej. W istocie zachowujemy się jak grzeczni uczniowie, którzy chcą dobrze wypaść w oczach tych, którzy mają domniemany status arbitra naszego zachowania. Problem polega na tym, że chyba nikt na Zachodzie nie uważa nas za jakieś „przedmurze”, a wielu nie uważa nas nawet za część Zachodu. Poza tym zawsze chodzi o układ sił i balansowanie, a nie jakieś misje cywilizacyjne, więc nasz trud jest zbędny. Niemniej jednak łatwo rozgrywać wobec nas takie emocje, stabilizując tym samym sytuację na peryferiach nad Wisłą, by nie zakłócały (te peryferie) równoważania w wykonaniu wielkich tego świata.

 

Jednocześnie nasz ruch wobec Turcji ma potencjał uruchomić w nieodległej przyszłości nasze własne nowe rachuby wojskowe. To nie jest korzystne dla statusu Stanów Zjednoczonych i amerykańskich wpływów w Polsce, jeśli chodzi o politykę zbrojeniową i zakup uzbrojenia. Tym samym o kontrolę naszego zachowania w kontekście polityki bezpieczeństwa. Radziłbym naszym decydentom i wojskowym, aby jak najszybciej przeczytali wszystkie umowy z USA na zakupione i otrzymane systemy uzbrojenia i upewnili się, co jest tam nam dozwolone, a co zakazane i co jest małym drukiem, czego może nie zauważyliśmy. Teraz, gdy nadejdzie sprawdzian bojowy albo moment podjęcia własnej sygnalizacji strategicznej w nowej grze o equilibrium, może się to okazać ważne.

Sprowadzić się to może do pytania, kto trzyma klucze do magazynu z uzbrojeniem, kto kontroluje przepływy logistyki uzbrojenia i wyposażenia oraz jak się sprawy mają z legendarnymi kodami. Innymi słowy – kto decyduje o użyciu uzbrojenia, za które zapłacił polski podatnik, a politycy obiecywali, że będzie na wyposażeniu Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej i będzie służyć naszym interesom.

Nieco złośliwie dodam, że radziłbym też przejrzeć umowy na systemy, które są zamówione, a będą dopiero sprowadzone. Może się okazać, że warto renegocjować pewne sprawy już teraz.

 

Samodzielność decyzyjna i kontrola drabiny eskalacyjnej, których podstawą jest własna kontrola świadomości sytuacyjnej, to rdzeń interesu państwa.

Najważniejsza będzie teraz w tym wszystkim szczelność i solidarność ścisłego kierownictwa państwa polskiego. Żeby nie było podatne na argumenty, które mają nas pozbawić własnej sprawczości, oraz żeby nie było rozgrywane wedle indywidualnych kalkulacji poszczególnych osób, frakcji i koterii czy wedle utrwalonych interesów. W tej konkretnej sprawie wyraża się lojalność i wierność interesom Rzeczypospolitej.

Amerykanie będą dużo mówić i pisać o wartościach demokratycznych i o powstającej „lidze demokracji” wobec rosnących w siłę Chin. Sami jednak będą musieli zabiegać o przychylność antyliberalnej Arabii Saudyjskiej, komunistycznego Wietnamu, niedemokratycznej Tajlandii i quasi-oligarchii na Filipinach. Gdyby mogli, nie pogardziliby także obróceniem przeciw Chinom Rosji – w każdym jej przejawie ustrojowym.

 

Szczelność kierownictwa państwa, jego solidarność oraz świadomość własnej kultury strategicznej będą zbroją, którą Rzeczpospolita musi nałożyć.

 

Jesteśmy Amerykanom potrzebni i to nie z powodu wartości demokratycznych, tylko z powodu naszego położenia na pomoście bałtycko czarnomorskim – kluczowego dla równowagi sił na kontynencie. Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom we wrześniu 1939 roku w obronie Polski nie z pobudek demokratycznych (bo z demokracją byliśmy wtedy mocno na bakier, w każdym razie pewno myśli się tak i myślało wówczas na Zachodzie), lecz z takiego oto powodu, że wyeliminowanie Polski lub jej podporządkowanie Niemcom nadmiernie zmieniłoby układ sił na kontynencie.

 

I tylko to ma znaczenie, reszta jest kwestią naszej odporności.

 

Pamiętajmy, że kultura strategiczna Rzeczypospolitej rodzi się także w działaniu.

Materiały do pobrania
pdf
Projekcja siły poprzez wartości i akcja dyscyplinująca

„Polska od morza do morza”. To hasło najczęściej kojarzone jest z XVI wiekiem i okresem największej potęgi Rzeczypospolitej. I chociaż kwestia faktycznego panowania polskiego nad wybrzeżem Morza Czarnego jest dosyć skomplikowana i nieoczywista, kierunek ten długo zajmował istotne miejsce w dziejach naszego kraju.

Jan Kochanowski w swoim dziele pt. „Satyr albo Dziki mąż” napisał:

Tymci Polska urosła, a granice swoje

Rozciągnęła szeroko między morza dwoje.

(Fot. pxhere.com)

Gdy spojrzymy na mapy historyczne, dostrzeżemy, że żadna część Morza Czarnego nigdy nie należała de iure do królestwa polskiego. Zamiast tego przez pewien czas północne wybrzeże znajdowało się pod panowaniem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to już jednak okres, w którym władza królów Polski sięgała daleko poza granice ich królestwa. Gdy w 1386 roku na mocy zapisów unii w Krewie Wielki Książę Litewski Władysław Jagiełło poślubił króla Polski Jadwigę Andegaweńską, stał się od tego momentu władcą zarówno Polski, jak i Litwy. Wbrew jednak temu, co dzisiaj zwykło się uważać, nie była to typowa unia personalna. Umowa wzorowała nowy podział władzy na znanej z prawa kanonicznego unii biskupstw i beneficjów. Na podstawie tej konstrukcji Władysław Jagiełło już jako król Polski, a nie wielki książę litewski sprawował władzę w obu krajach. Czyniło to w praktyce ziemie litewskie terytorium zależnym od Korony i z tego powodu to właśnie Władysław Jagiełło miał objąć oba kraje we władanie.

W 1397 roku granice Wielkiego Księstwa Litewskiego powiększyły się o tzw. pole oczakowskie, czyli obszar znajdujący się pomiędzy ujściami Dniepru i Dniestru. W tamtym czasie lennem królestwa polskiego było także Hospodarstwo Mołdawii, z portami w Kilii i Białogrodzie, stanowiącymi wraz z litewskim portem w Oczakowie ważne ośrodki handlowe okresu dynastii jagiellońskiej. Przez porty czarnomorskie eksportowano towary i przyjmowano kupców z innych krajów, z których dobra trafiały następnie do polskich i litewskich miast oraz – oczywiście – na dwory.

 

Okazja do poszerzenia wpływów Korony w basenie Morza Czarnego pojawiła się w 1462 roku, gdy do króla Kazimierza Jagiellończyka przybyło poselstwo krymskiego miasta Kaffa (współcześnie Teodozja), prosząc o objęcie miasta protekcją. Wspomniane miasto zostało założone jako kolonia włoskiej Genui i w tamtym czasie zamieszkiwało je przeszło 70 tysięcy mieszkańców. Dla porównania ludność Krakowa nie przekraczała 20 tysięcy. Kaffa była poza tym potężną twierdzą z murami obronnymi o długości ponad pięciu kilometrów. Posiadała 34 wieże obronne, 24 barbakany i pięć bram prowadzących do miasta. Pomimo tego imponującego systemu obrony mieszkańcy obawiali się, że po zdobyciu w 1453 roku Konstantynopola to właśnie ich miasto może stać się kolejną ofiarą imperium tureckiego. Obawy te urzeczywistniły się w 1475 roku, gdy pod miastem stanęła licząca 40 tysięcy ludzi armia, wspierana przez 300 okrętów. Niestety, wsparcie polskiego wojska okazało się niewystarczające, a utrata miasta zwiastowała zmierzch obecności polskich władców nad brzegiem Morza Czarnego, dopełniony zajęciem w 1484 roku przez połączone siły turecko-tatarskie kluczowych pozostałych portów: Białogrodu, Kilii i Oczakowa.

 

Dostrzegając zalety z dostępu do Morza Czarnego, kolejni władcy podejmowali próby odzyskania wspomnianych grodów. Pierwsza wyprawa miała miejsce w 1492 roku – za panowania króla Jana Olbrachta. Kolejnym władcą, który marzył o powrocie nad Morze Czarne, był Jan III Sobieski, który aż trzykrotnie (w 1685, 1686 i 1691 roku) wyprawiał się w tamte strony. Niestety, wszystkie te próby zakończyły się klęską.

 

Pewną ironią może być fakt, że cel ten udało się – w pewnym sensie – osiągnąć królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu i to w najmniej oczekiwanym momencie. Gdy w 1772 roku dokonał się pierwszy rozbiór, królestwo Polski zostało pozbawione bezpośredniego połączenia z Gdańskiem, a na polskich kupców chcących skorzystać z bałtyckich portów nałożono wysokie cła. Zaczęli więc szukać alternatywnych szlaków handlowych, a ponieważ Rzeczpospolita była wówczas rosyjskim protektoratem, naturalnym kierunkiem okazało się właśnie Morze Czarne. Podjęte starania zaowocowały w 1782 roku, kiedy to caryca Katarzyna II wyraziła zgodę, by wpuszczać do Rosji polskie towary bez cła. Polskim kupcom zezwolono też na korzystanie z niedawno oddanego do użytku portu w Chersoniu, gdzie swoją siedzibę miała Polska Kompania Handlowa. Statki należące do kompanii wyruszały z tego portu m.in. do Marsylii, Aleksandrii czy Barcelony. Kres działalności handlowej przyniosła wojna rosyjsko-turecka oraz zakończona kolejnym rozbiorem wojna w obronie Konstytucji 3 Maja.

 

Ostatnim epizodem podróży przez historię jest okres II RP. Pod koniec I wojny światowej na Półwyspie Krymskim powstała Krymska Republika Ludowa. Do 1918 roku był to obszar pod protekcją Niemiec, jednak zakończenie wielkiej wojny zmusiło Niemców do wycofania się z zajmowanych terenów. Stojący na czele krymskiej republiki Tatarzy obawiali się, że wkrótce upomną się o półwysep Rosjanie. Z tego powodu w styczniu 1919 roku wysłali prośbę do państw ententy, by w traktacie pokojowym przyznano Półwysep Krymski odrodzonej Polsce, jako jej terytorium mandatowe. Niestety, również w tym wypadku sprawy potoczyły się niekorzystnie i zanim strony przystąpiły do rozmów, na półwysep wkroczyły wojska rosyjskie.

 

Jak widać, historia nie była łaskawa dla tego obszaru, co w istotny sposób ograniczyło rozwój i pozycję czarnomorskich portów. Z drugiej strony pokazuje ona, że zapewnienie stabilnych warunków do rozwoju może się przełożyć na wiele korzyści – zarówno dla Polski, jak i Ukrainy. Powstaje zatem pytanie: czy po tylu wiekach polski kapitał może powrócić nad Morze Czarne?

 

Z oczywistych względów trudno jest dzisiaj mówić o powrocie na Krym. Ten targany konfliktami półwysep, który w 2014 roku został anektowany przez Rosję, jest dziś prawdopodobnie poza wszelkim zasięgiem zdolności oddziaływania Polski. W regionie są jednak inne porty, jak np. ten w Odessie, które poddane stopniowej modernizacji mogłyby zostać włączone w polski system gospodarczy, stając się ważnymi ośrodkami handlowymi i kolejnym po Bałtyku polskim oknem na świat.

 

Wyobraźmy sobie zatem scenariusz, w którym Polska i Ukraina nawiązują współpracę na rzecz dzierżawy portu i/lub budowy intermodalnego połączenia wybranych portów czarnomorskich z polskim systemem dostaw.

 

Czy to może się opłacić? Zaledwie pobieżna lektura mapy pozwala dostrzec, że takie rozwiązanie otworzyłoby drogę do pogłębienia relacji handlowych tandemu polsko-ukraińskiego zarówno z Gruzją, jak i Turcją. Równoległe skomunikowanie drogą lądową mogłoby również stanowić odnogę w kierunku bramy mołdawskiej, w stronę Rumunii i Bułgarii. Na tym jednak nie koniec, bo wraz z rozwojem szlaku i po przepłynięciu cieśnin tureckich moglibyśmy skierować się m.in. do Grecji, Izraela, Afryki Północnej oraz oczywiście w stronę Kanału Sueskiego – jednej z najważniejszych arterii handlowych ery globalizacji i serca systemu światowego. Scenariusz ten mógłby więc w istotny sposób przyczynić się do skrócenia łańcuchów dostaw, jednocześnie zmniejszając zależność Rzeczypospolitej od portów w Niemczech, Holandii albo we Włoszech.

 

Kreśląc ten obraz w naszych umysłach, bez trudu pojmiemy jeden z najważniejszych aspektów współczesnej geopolityki, kluczowy dla rozwoju nowoczesnego państwa. Dowiemy się, czym są tzw. przepływy strategiczne i jak duże znaczenie ma właściwe skomunikowanie kraju. Koleje, porty, autostrady, lotniska, Internet – wszystko to umożliwia ruch ludzi, towarów, informacji, technologii i kapitału. Nowoczesna infrastruktura jest kwintesencją państwowości i jednym z najważniejszych narzędzi rozwoju gospodarczego w rękach państwa. Dzięki niej ludzie się komunikują i zarabiają pieniądze. Za nią podążają inwestycje. Nowoczesna i wydajna komunikacja przekłada się na przewagi konkurencyjne, lepszą produktywność, niższe ceny i krótsze czasy dostaw, a w konsekwencji generuje wyższą marżę w przedsiębiorstwach, wzrost wynagrodzeń i większe wpływy do budżetu państwa. I ten efekt obecny jest na każdym poziomie. Nie tylko pojedynczej firmy, ale również regionu, w którym się ona znajduje, a w końcu całego państwa. W tym sensie sieć komunikacyjna musi nie tylko spajać kraj wewnętrznie, ale również wychodzić na zewnątrz i musi to czynić na korzystnych dla Polski warunkach. W ten sposób tworzą się łańcuchy dostaw, czyli sieć współpracujących ze sobą firm, gotowych wyprodukować i dostarczyć produkt lub usługę. Szybki rozwój i kontrola infrastruktury przekłada się na wyższy stopień kapitalizacji przedsięwzięć. Za tym idzie m.in. innowacyjność i tworzone są cykle produkcyjne. Wszystko razem tworzy właśnie przepływy strategiczne.

 

Kiedy pomyślimy o powrocie Polski nad Morze Czarne, nie możemy pominąć kwestii Turcji, której udział jest kluczowy dla pomyślności proponowanego projektu. Tak jak nasi przodkowie, również my dzisiaj będziemy zobowiązani nauczyć się myśleć dalej niż do granic naszego własnego kraju. Historia Rzeczypospolitej dobitnie pokazuje, że był taki czas, gdy Konstantynopol nie zajmował w percepcji Polaków tak odległego miejsca, jak ma to miejsce obecnie. Wielkie rzeki konstruktu dawnej Rzeczypospolitej, spływając w stronę Morza Czarnego, stanowiły sprawdzone i skuteczne narzędzie do rozwoju handlu. Odmiennie jednak niż to było w XV i XVI wieku, okoliczności dnia dzisiejszego mogą uczynić z Turcji naturalnego sojusznika Polski i Ukrainy. W tym sensie politycznie ambitna Ankara może być zainteresowana nie tylko wydłużeniem szlaku do jej własnych portów, ale także zapewnieniem wsparcia, swobody przepływów, a nawet ochrony polskim statkom.

 

Widząc pewne światełko w tunelu, możemy postawić kolejne pytanie – czy projekt taki ma szansę zostać zrealizowany? Czy Polska i Ukraina mają wystarczająco determinacji i zasobów, by myśleć takimi kategoriami? Zarząd portu gdańskiego opracował koncepcję szlaku łączącego Morze Czarne i Bałtyckie, obejmującego swoim zasięgiem nie tylko porty tureckie, ale również skandynawskie. List intencyjny w tej sprawie pomiędzy Polską a Ukrainą podpisany został w grudniu 2020 roku. Na jakim etapie projekt jest dzisiaj? Port w Gdańsku od kilku lat znajduje się na ścieżce wzrostu. W ubiegłym roku przeładowano tu 48 milionów ton ładunków. Szacuje się, że w kolejnych latach ten wolumen przekroczy poziom 60 milionów ton. Intensyfikacji uległa również wymiana handlowa z Ukrainą. Z tego powodu władze Gdańska zdecydowały o budowie 80 kilometrów nowych linii kolejowych oraz zmodernizowały trzy stacje przeładunkowe, a na szczeblu krajowym ukończono modernizację połączeń kolejowych na przejściu granicznym w Medyce oraz Dorohusku. Okazuje się, że jedynym dziś brakującym ogniwem jest ukraiński system kolejowy. Po stronie Polski infrastruktura jest już praktycznie gotowa, tak samo jak odpowiednie połączenia morskie na Morzu Czarnym i Bałtyckim.

 

Wygląda na to, że Polska i Ukraina dostrzegły swoje szanse i to, co jeszcze niedawno mogłoby się wydawać naiwnym marzeniem, zaczęło przybierać namacalną formę. Jeśli rząd w Kijowie zdoła unieść ciężar modernizacji, będziemy mieli realną szansę, aby raz jeszcze połączyć oba morza, i to na korzystnych dla nas warunkach.

 

  1. https://www.railfreight.com/corridors/2021/02/18/black-sea-to-baltic-how-far-is-it-from-being-realised/?utm_source=newsletter&utm_medium=email&utm_campaign=Newsletter%20week%202021-07&gdpr=accept
  2. https://www.youtube.com/watch?v=AaBZY8EUuu0&t=317s

 

 

Materiały do pobrania
pdf
Polska nad Morzem Czarnym
Warszawa w XXI wieku jest głównym ośrodkiem dyspozycji politycznej Rzeczypospolitej, wielkim węzłem komunikacyjnym zamkniętym w zwartym jądrze zabudowy z promienistą otoczką przedmieść...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Na początku XX wieku na polskim teatrze wojny stacjonowało prawie 260 tysięcy wojska rosyjskiego, w tym w samej Kongresówce 216 tysięcy...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Obie orientacje polskiej polityki zagranicznej – piastowska i jagiellońska – muszą mieć na celu rozwiązanie problemu rodzącego się na kierunku z bramy smoleńskiej do Warszawy – centrum decyzyjnego i dyspozycyjnego państwa polskiego...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Obrona Warszawy latem 1794 roku należy do najpiękniejszych kart polskiej wojskowości...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Przez większą część historii świata miasta były fortyfikowane dla obrony przed atakiem. Do dnia dzisiejszego stanowią zresztą twardy orzech do zgryzienia dla atakujących wojsk pomimo wyposażenia tych wojsk w nowoczesne środki bojowe. Nie inaczej było z Warszawą...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna

Właśnie mija 100 lat od podpisania traktatu pokojowego w Rydze, który zakończył naszą wojnę na Wschodzie z Rosją Sowiecką i ustalił stosunki w naszej części świata na kolejne 20 lat. Następnie, wraz z Teheranem, Jałtą i Poczdamem oraz końcem II wojny światowej, zamknął rozdział polityki jagiellońskiej państwa polskiego. Tak przynajmniej by się wydawało.

Pałac Czarnogłowców w Rydze – miejsce podpisania traktatu, które dokonało się 18 marca 1921 roku o godzinie 20.30 (fot. Wikipedia)

Polska wygrała wojnę, ale przegrała pokój. Tak można podsumować przebieg działań zbrojnych oraz negocjacji pokojowych. Zabrakło jeszcze jednej bitwy gdzieś pod Orszą czy Witebskiem w bramie smoleńskiej. Taka bitwa wypchnęłaby Rosję poza Dniepr i Dźwinę. Jednak nie było do tego wystarczających sił, zarówno politycznych, jak i wojskowych. Choć co do tego, czy tak było naprawdę, trwają wciąż rozważania, a materiały źródłowe nie dają jasnej odpowiedzi, co Józef Piłsudski (bo to on podejmował przecież decyzję) „czuł” jesienią 1920 i wiosną 1921 roku, jeśli chodzi o konkretny układ sił. To Piłsudski musiał rozważać argumenty, które miały zadecydować o wojnie i pokoju, i układzie geopolitycznym Europy Wschodniej. Podejmował je w oparciu o własne odczytanie sytuacji i układu sił, często intuicyjnie, bo jakże miałoby być inaczej. Znacznie łatwiej jest oceniać taką decyzję po stu latach, mając do dyspozycji zasoby archiwalne i przede wszystkim wiedzę, jak się historia potoczyła dalej. Odpowiedzialność spoczywa na konkretnym polityku, który musi podjąć decyzję w określonym czasie, bazując na własnej ocenie sytuacji. To trudne, dlatego polityka jest trudna.

Polska przegrała pokój, a sam Piłsudski był rozczarowany traktatem ryskim. Giedroyć twierdził nawet, że Piłsudski stał się po podpisaniu traktatu innym człowiekiem, zamkniętym na innych, niewierzącym w trwałość państwa polskiego. Czuł, że istnienie Polski jest tymczasowe, że nie zdołał zbudować nowej, korzystnej równowagi na pomoście bałtycko-czarnomorskim, która by usuwała trwale Rosję spoza systemu europejskiego poprzez budowę federacji państw odgradzających ją od Europy.

Z różnych powodów wojna nie przyniosła powstania federacji, pomimo wyprawy kijowskiej, prób ukraińskich wspieranych przez Polskę, świetnych zwycięstw żołnierza polskiego pod Warszawą i nad Niemnem. Społeczeństwo, zmęczone siedmioma latami nieprzerwanej wojny i ogromnymi zniszczeniami gospodarczymi i wojennymi, poprzez swoje krajowe siły polityczne nie poparło planu federacyjnego. Jednocześnie odmienność sporej części ludności na Kresach od koroniarzy nie dawała podstaw do forsowania budowy państwa jednolitego, ciągnącego się hen po Dźwinę i Dniepr. Przeważyły obawy przed słabą spójnością wewnętrzną tego tworu ze względu na czynniki narodowościowe. Piłsudski musiał się bić z myślami w tamtych dniach.

Stąd wziął się kompromis ryski, stanowiący tylko „pieredyszkę”, tymczasowy odpoczynek, który imperialna Rosja w tym wypadku w sowieckim wydaniu, wykorzystała do budowy potęgi. Pauza geopolityczna zdobyta wysiłkiem żołnierza polskiego zaczęła się kończyć u schyłku lat 30., a wyraźny koniec miała w dniu podpisania przez Ribbentropa i Mołotowa paktu kontynentalnego.

A potem Sowieci zrobili wszystko, by zabić ideę jagiellońską: eksterminacja ludności polskiej na Wschodzie, wywózki, niszczenie kultury i świata materialnego wyznaczanego kilkusetletnią obecnością za Niemnem i Bugiem. Granice pojałtańskie, wysiedlenia oraz porządki ideologiczne miały zlikwidować podstawy polskiej polityki na Wschodzie raz na zawsze.

PRL – państwo wasalne wobec Związku Sowieckiego – nie śmiał nawet rozmyślać o polskiej polityce wschodniej. Same Kresy jawiły się polskiej inteligencji niepodległościowej w PRL jako opowieść z dawnych czasów, trochę romantyczna, trochę dworkowa, a trochę nieprzystająca do realiów XX wieku. A na pewno sprawa jawiła się jako zamknięta przeszłość.

 

W latach 1989–1991 dokonał się cud. Imperium na Wschodzie upadło. Nie w wyniku wojny z naszym udziałem, ale wskutek wojny światowej między ZSRS a USA – a konkretnie przebiegu zimnej wojny i ukształtowanego w jej końcu układu sił między supermocarstwami, który złamał sowieckie imperium kontynentalne, uwalniając uwięzione w nim ludy i narody. Wówczas pobiegli po wolność niemal wszyscy – a na pewno wszystkie narody pomostu bałtycko-czarnomorskiego.

Realizując pomysł Mieroszewskiego i Giedroycia, nowa Polska uznała wszystkie nowe i niepodległe państwa na Wschodzie. Przez kolejne lata wierzyliśmy, że potęga Zachodu, jego instytucji i stylu życia oraz wartości, które były jakże inne niż te uosabiane przez imperium rosyjskie, „zrobią” za nas politykę wschodnią, która niezmiennie od kilkuset lat sprowadzała się do bardzo prostego celu: zapobiec rosyjskiej możliwości gry o równowagę w politycznym systemie europejskim, co skutkuje zazwyczaj obezwładnieniem sprawczości i samostanowienia rozwojowego Polski i pozostałych krajów regionu.

Z perspektywy 2021 roku należy sobie jasno powiedzieć: to był błąd.

 

Brak własnych wpływów biznesowych, kapitałowych, gospodarczych, relacyjnych, kulturowych, agenturalnych i wojskowych, niezależnie jakie porządki panują i jaki ustrój obowiązuje, zamknął Wschód na efektywne oddziaływanie państwa polskiego. Podczas kryzysu białoruskiego latem 2020 roku pokazało się, że jesteśmy przedmiotem polityki w regionie, a nie podmiotem organizującym. W grze politycznej o swoje miejsce w systemie międzynarodowym nie potrzebują nas ani Ukraińcy, ani Białorusini, realizujący swoje działania przez Niemców, Francję lub instytucje Unii Europejskiej, albo też zmuszeni dogadywać się z Rosjanami. Tak robili też Bałtowie, choć nieco się to zmienia w ostatnich latach, od kiedy się połapali, że w obliczu presji Rosji w sumie jedyną realną siłą lądową od pierwszego dnia wojny w regionie są wojska lądowe Rzeczypospolitej. Zaczęli się więc z nami liczyć, choć my niewystarczająco to wykorzystujemy.

 

Ta nasza strategiczna powściągliwość wynikała ze złego zrozumienia napięcia między polityką piastowską a jagiellońską oraz była skutkiem wyraźnego niezrozumienia, na czym polegają współcześnie wpływy i instrumenty nacisku na politykę innego państwa, tak by tymi instrumentami obsługiwać własne interesy.

 

Polityka jagiellońska bowiem uzupełnia politykę piastowską, a nie stanowi dla niej alternatywy rozłącznej. Nie ma jednej bez drugiej i na odwrót. W tej konstatacji zawiera się przekleństwo położenia państwa polskiego, które ma tradycyjnie zbyt słaby potencjał populacyjny i gospodarczy, by przetrwać z własną „sprawczością” przy Rosji i Niemcach, gdy oba te podmioty są potężne i dobrze rządzone.

Konsolidacja gospodarcza, rozwój, budowa infrastruktury i dbanie o kształtowanie wewnętrznej i zewnętrznej struktury przepływów strategicznych, tak by służyły Polsce, poprzez „piastowskie” podłączenie do strefy gospodarczej ukierunkowanej na Atlantyk musi być uzupełnione polityką jagiellońską, polegającą na ukształtowaniu przyjaznej państwu polskiemu przestrzeni na Wschodzie, z której nie będą pojawiały się zagrożenia dla „piastowskiej” konsolidacji. Optymalnie przestrzeń ta powinna być korzystnie ukształtowana geopolitycznie, współpracując z nami na przykład w kształtowaniu przepływów strategicznych. Wtedy będzie nawet dodawała siły potędze Polski.

Polityka jagiellońska jawiła się jako imperialna, bo odnosiła się na poziomie podświadomości do ziemi, terytoriów, dawniej kolonizowanych przez Koronę Polską, gdzie Polacy dominowali, jeśli chodzi o własność i majątek. Dlatego polityka ta kojarzyła się z dominacją imperialną i pomimo naszych słodkich wyobrażeń z często złym traktowaniem ludności ukraińskiej czy białoruskiej.

Takie postrzeganie i projektowanie tej wizji na przykład poprzez krytykę postulatu polityki jagiellońskiej w XXI wieku  wynika z nierozumienia uwarunkowań strategii w XXI stuleciu.

Dawniej głównym źródłem siły, a zatem wpływów i powiązań, na których bazuje polityka, była ziemia i kapitał wynikający z pracy ziemi, z własności ziemi. A zatem z terytoriów, które dają podatki, płody, surowce, kapitał i rekruta. Im więcej rekruta, tym lepiej, bo jego liczba też przecież miała znaczenie. W tym okresie ukształtowały się mapy mentalne dawnej Rzeczypospolitej i dawne jej Kresy oraz kultura kresowa, którą wspominamy z sentymentem, przeglądając stare albumy. Z tego rozumienia źródła potęgi wynikały oczywiście konflikty etniczne, wojny domowe, w tym ludobójstwo. Mamy też sobie sporo do zarzucenia, by wspomnieć na przykład represje polityczne wobec mniejszości ukraińskiej we wschodnich województwach czy swego czasu nienależyte potraktowanie Kozaków.

 

W międzyczasie dokonała się rewolucja przemysłowa, która na Kresy raczej nie zawitała aż do XX wieku, a tymczasem gdzie indziej zmieniła istotnie źródła potęgi. Ogromne znaczenie zaczęły mieć przepływy strategiczne. Wciąż ogromne znaczenie miały przemarsze i pochody wojska, ale zaczął znaczyć ruch ludzi pociągami, samochodami, samolotami, ruch towarów, surowców, energii, kapitału, technologii, wiedzy i danych. Zaczął się tworzyć zmienny i płynny system sił, które zorganizowane przez państwo decydowały o wpływach, instrumentach nacisku i kształtowaniu relacji z korzyścią dla siebie i swojej potęgi. W tym wyrażała się sprawczość w sensie nowoczesnym. To przepływy strategiczne stanowią szachownicę gry międzynarodowej. Oczywiście wciąż są ważne miejsca w regionie, jak Małaszewicze, węzeł komunikacyjny Baranowicze czy port w Gdańsku, ale one wynikają z korytarzy przepływów strategicznych, które generują relatywne zmiany potęgi.

Kształtowanie przestrzeni na Wschodzie z korzyścią dla interesów państwa polskiego w ramach polityki jagiellońskiej można osiągnąć poprzez kwestie kapitałowe, regulacyjne, biznesowe, generujące dźwignie nacisku politycznego, z którymi trzeba się liczyć w codziennej polityce. Ale do tego trzeba być i działać „w zwarciu” na Wschodzie, a nie zasłaniać się pozorną „wyższością moralną”, która tylko irytuje właściwie wszystkich poza nami.

Na to nakłada się też trwająca rewolucja informacyjna. Obróbka i przesył informacji stają się zarówno towarem, jak i bronią w walce o percepcję i o budowę potęgi sprawczości. To nasilające się zjawisko jeszcze bardziej odrywa nas od jakiegokolwiek rewizjonizmu terytorialnego, jednocześnie wzmacniając istotę kontroli zasad, na jakich odbywają się przepływy strategiczne.

 

To determinuje konieczność budowania wpływów na Wschodzie, by polityka tam uprawiana była przyjazna konsolidacji piastowskiej, która musi z kolei uporać się z nie lada wyzwaniem, jakim jest radzenie sobie z rozwojem zależnym, by dokonać konwergencji z zachodnią Europą. Nowoczesna polityka jagiellońska wynika z potrzeby konsolidacji piastowskiej, a jest z kolei możliwa do skutecznego poprowadzenia, jeśli obszar konsolidacji piastowskiej daje jej do tego środki, co buduje wpływy na Wschodzie w ramach złożonej szachownicy przepływów strategicznych.

 

Zatem polityka jagiellońska na Wschodzie ma kształtować otoczenie geopolityczne państwa polskiego, bez którego po prostu nie ma polityki piastowskiej. To jest natomiast zupełnie coś innego niż roszczenia terytorialne czy sentymentalne pogawędki o Wilnie czy Lwowie lub wywyższanie się Polaków wobec innych narodów pomostu.

 

Polityka jagiellońska XXI wieku wyraża się w biznesie, penetracji kapitałowej, ekspansji banków, sprawczości w kwestii regulacji określających te przepływy, w wiązaniu ludności ze Wschodu z polskim obszarem gospodarczym, w korzystnym ruchu przygranicznym, w imporcie podaży pracy ze Wschodu, rewersach rurociągów, przesyłach energii, korzystaniu z korytarzy transportowych, dzierżawy portów w Gdańsku, Kłajpedzie, Odessie. Wreszcie – we współpracy wojskowej w ramach systemów antydostępowych, by stępić „sprawczość” rosyjską.

 

To współzależność buduje politykę jagiellońską. Przyglądanie się z odległości jej nie buduje, a wręcz podmywa możliwości konsolidacji piastowskiej. Zwłaszcza gdy ład bezpieczeństwa na Wschodzie pęka wraz ustaniem pauzy geopolitycznej, co się powtarza cyklicznie. I źle wróży Polsce, która od 30 lat stara się odbudować materialnie.

Materiały do pobrania
pdf
Polityka jagiellońska w XXI wieku
Próbą złamania niemieckiej dynamiki była koncepcja operacyjna, którą możemy z perspektywy czasu nazwać WALKĄ O KONTROLOWANIE POLA BITWY...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Niedawny szum medialny powstały w wyniku doniesień na temat ćwiczeń dowódczo-sztabowych Zima-20 wywołał falę obrazowych, a przy tym często powierzchownych, porównań do kampanii polskiej 1939 roku...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna

Pod koniec II wieku p.n.e. dwa plemiona, Teutonów i Cymbrów, podjęły wędrówkę ku granicom republiki rzymskiej, hegemona świata śródziemnomorskiego. Kolejne klęski poniesione przez Rzymian i wtargnięcie barbarzyńców do Italii obnażyły słabość wewnętrzną republiki.

Alexandre-Gabriel Decamps, „Klęska Cymbrów” (fot. Wikipedia)

Na skutek następnych podbojów wielki kapitał ziemski i bankierski zgromadzony w rękach rodów senackich przynosił ogromne stopy zwrotu, co pogłębiało rozwarstwienie majątkowe obywateli rzymskich. Chciwość bogaczy skutkowała sprowadzaniem taniego zboża z prowincji; tak zniszczono klasę średnich i małych posiadaczy ziemi, na której opierał się cenzus majątkowy republiki, a więc jej ustrój polityczny i wojskowy. Posługując się współczesnym językiem, należałoby powiedzieć, że nastąpiło wyniszczenie klasy średniej, dzięki której powstało imperium.

 

Patrycjusze i nobile, a także niektórzy ekwici (związani z lichwiarskim obrotem kapitału w prowincjach i państwach klienckich) stawali się coraz bogatsi, gdy przeciętny obywatel służący w legionach gdzieś w odległych prowincjach ubożał w stopniu, który wyrzucał go poza cenzus określający prawa i obowiązki Rzymianina. Republice zwyczajnie zaczęło brakować rekruta.

 

Najazd Germanów odsłonił wszelkie rażące problemy wewnętrzne trapiące mocarstwo, wymusił na elitach republiki oddanie na pięć kadencji konsulatu Gajuszowi Mariuszowi, homo novus, ale i znakomitemu wodzowi. Mariusz zwyciężył barbarzyńców, a sformowana przez niego zawodowa armia okazała się sprawniejsza w działaniu niż wojsko oparte na poborze i cenzusie majątkowym.

 

Senatorowie nie znosili Gajusza Mariusza, uważali go za gorszego od siebie, kogoś, kto powinien znać swoje miejsce w systemie republiki. Problem w tym, że Mariusz wraz ze swoim zapleczem politycznym wykorzystał awanse i zdobytą na wojnach sławę, by stanąć na czele stronnictwa popularów, działających na rzecz plebejuszów. Ich zamiarem było przywrócenie zachwianej równowagi między ludem a senatem. Nobilów i patrycjuszy reprezentowało stronnictwo optymatów, skupiające przedstawicieli bogatych rodów ziemskich i bankierskich. Ludzie ci uważali, że republika jest ich własnością, nie widzieli potrzeby zmian, a jeśli już, to z pewnością nie dokonywanych przez plebs i na jego korzyść.

Choć republika i jej elity poradziły sobie ostatecznie z zagrożeniem ze strony barbarzyńców, to napięcia wewnętrzne doprowadziły wkrótce do zamieszek i brutalnej wojny domowej w świecie rzymskim.

 

Wielokrotnie zastanawiałem się, kim będą barbarzyńcy, którzy uwidocznią jak na dłoni korodujący system społeczny Stanów Zjednoczonych. Jako „wielka wyspa” Stany nie mogły spodziewać się nadciągnięcia barbarzyńców w swe granice. Kanada i Meksyk są państwami klienckimi wobec imperium. Europa i jej państwa-miasta (z perspektywy amerykańskiej, indyjskiej czy chińskiej tym właśnie jesteśmy) są nie mniej zależne od Waszyngtonu, niż był Związek Achajski od Rzymu. Japonia i Niemcy przywodzą skojarzenia z upokorzoną Kartageną i Macedonią z początku II wieku p.n.e. ZSRS i współczesna Rosja rozpadają się tak, jak to się stało z wielkim imperium Seleucydów na wschodzie. A Pergamon, zawsze wierny kliencko imperium, to my – Polska.

 

Oczywiście wiele z tych organizmów politycznych nie istniało już w czasach najazdu Teutonów i Cymbrów. Na szczęście dla dzisiejszego świata Stany Zjednoczone są o wiele łagodniejsze w podbojach, niż była republika rzymska. Przynajmniej dotychczas.

 

Co więc mogło obnażyć słabość imperium amerykańskiego, jaki wróg zdołał to uczynić? Odpowiedź zaskoczyła wszystkich, a najbardziej chyba samą republikę.

 

COVID-19 i wszelkie jego kolejne mutacje są tym samym dla USA, czym był najazd barbarzyńców na republikę rzymską w ostatnich latach II wieku p.n.e. Zjawisko to obnażyło prawdziwy stan imperium, jego wewnętrzną słabość i podziały, zerwało zasłonę i ukazało naszym oczom prawdę, na którą wielu, także w Stanach Zjednoczonych, zamykało oczy.

 

Po wojnach z barbarzyńcami republikę rzymską czekały dziesiątki lat problemów wewnętrznych, wojny domowe, bunt sprzymierzeńców i ukryta nienawiść państw klienckich. Przemoc na ulicach Rzymu i proskrypcje. Trwająca 30 lat wojna z Mitrydatesem VI Eupatorem i późniejsza klęska w wojnie z Partami. Oczywiście wszelkie analogie historyczne bywają zawodne, ale być może będziemy świadkami pojawienia się polityków pokroju Sulli, Mariusza, Cynny, Pompejusza, Krassusa czy w końcu samego Cezara.

 

Czy Rzym znów spłynie krwią?

Jeśli tak, to czeka nas okrutny i ciekawy spektakl.

 

 

 

 

Strategy&Future publikuje wybrane teksty naszych subskrybentów kierując się wagą podejmowanych w nich tematów. Wszelkie prywatne opinie autorów tych tekstów, zamieszczane obecnie lub w przeszłości w innych miejscach, przedstawiają jedynie poglądy poszczególnych autorów, nie zaś wspólne stanowisko autora i Strategy&Future.

Materiały do pobrania
pdf
Wirus Teutonów i Cymbrów
Andriej Kokoszin, rosyjski akademik, w przeszłości członek specjalnego zespołu naukowców powołanego za czasów ZSRR w celu opracowania „strategii asymetrycznej odpowiedzi” na inicjatywę gwiezdnych wojen ogłoszonych przez Ronalda Reagana w 1983 roku...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Rozmowa między ateńskimi posłami a rządzącą elitą miasta-państwa Melos, przeszła do historii, przede wszystkim jako jeden z pierwszych znanych w kulturze europejskiej opisów starcia dwóch zupełnie przeciwstawnych światopoglądów...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką Prywatności.