O krok od. O krok przed?

Jak rozwinęłaby się sytuacja w Europie i na świecie, gdyby Kijów został przez Rosjan zdobyty w pierwszych dniach wojny? Jestem zdania, iż mimo wszystkich rodzajów ryzyka związanych ze stawianiem takich kontrfaktycznych pytań warto je postawić. Po pierwsze dlatego, że odnoszę wrażenie, iż w Polsce nie do końca uświadamiamy sobie, jak blisko katastrofy byliśmy w pierwszych dniach wojny na Ukrainie. Po drugie zaś dlatego, iż wojna na Ukrainie cały czas trwa, jej końcowy rezultat nie jest bynajmniej znany, a niebezpieczeństwo, przed którym stanęłaby Polska w wypadku szybkiego zwycięstwa Rosji w lutym, cały czas nad nami wisi.

(Fot. Wikimedia)

Co prawda teraz, ex post facto, może się wydawać, że rosyjska operacja, będąca – jak to ujął generał Mark Milley – „rosyjską wersją taktyki Shock and Awe”, była skazana na niepowodzenie. Jednakże wcale nie jest trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym Rosjanom udaje się utrzymać kontrolę nad lotniskiem w Hostomelu, która umożliwiłaby im desant i ułatwiła operację zdobycia Kijowa. Albo operację pojmania lub likwidacji Zełenskiego przez rosyjskie służby specjalne, które zdaniem wielu były w Kijowie już na kilka tygodni przed wybuchem wojny. Albo też scenariusz, w którym Zełenski przyjmuje przedstawioną mu przez Amerykanów propozycję „podwózki”. Stacją końcową tejże byłaby niemal na pewno Polska, gdzie uciekłszy w krainę fantazji podjąłby się – wzorem Swietłany Cichanouskiej – szlachetnego zajęcia tworzenia rządu na uchodźstwie tudzież innych fantazmatów. Ale tak, jak realną władzę na Białorusi sprawuje Putin (poprzez jakąś formę proxy w postaci Łukaszenki), tak na Ukrainie władzę stanowiłaby wydmuszka kontrolowana przez Kreml. Czy Zełenski – którego notowania przed wybuchem wojny sukcesywnie spadały – zdołałby w takiej sytuacji zachować autorytet, wiarygodność i co najważniejsze sprawczość? Czy udałoby się utrzymać morale armii i społeczeństwa ukraińskiego, czy też doszłoby do kaskadowego jego załamania? A nawet jeżeli do upadku morale by nie doszło, czy w obliczu dekapitacji przywództwa możliwe byłoby skuteczne i zorganizowane prowadzenie odpowiednio skoordynowanych działań obronnych przez ukraińskie siły zbrojne? Warto pamiętać, jak bardzo dużą wagę przywiązywało do kwestii morale ukraińskie kierownictwo polityczne; sam Zełenski przyznawał, że jedną z przyczyn, dla których Kijów nie ogłosił powszechnej mobilizacji, była obawa przed możliwym wybuchem paniki i próbą ucieczki z kraju znacznej części populacji, bo – jak to ujął – „kluczem do odparcia inwazji było zatrzymanie ludzi w kraju, tak żeby mogli walczyć i bronić swoich domów”. Gdyby jednak świat obiegła informacja, że prezydent opuścił Kijów, albo jego zdjęcia w rosyjskiej niewoli – czy wówczas wola walki ukraińskiego społeczeństwa i wojska byłaby taka sama?

 

Oczywiście nie oznaczałoby to bynajmniej, że wraz ze śmiercią lub ucieczką Zełenskiego Ukraina przestałaby walczyć. Jednocześnie jednak można domniemywać, że jej opór przyjąłby relatywnie szybko formę wojny partyzanckiej; część sił ukraińskich mogłaby zejść do podziemia, powstałby prawdopodobnie ruch oporu, wspierany z Polski. Jednak zarządzający od wieków konstruktem imperialnym Rosjanie mają doświadczenie – i to ogromne – nie tylko w zwalczaniu ruchu oporu, nie tylko w likwidowaniu elit, ale też w zastępowaniu ich nowymi, o czym świadczy nie tylko nasze bogate doświadczenie historyczne, ale też dzisiejsza obecność na Ukrainie bojowników czeczeńskich, pełniących tam funkcję Stoßtruppen.

 

W jakże przerażającej sytuacji znalazłaby się wówczas Polska! Wraz z upadkiem Ukrainy nasz kraj, pozbawiony strefy buforowej, sam by się nią stał. Cała wschodnia granica naszego kraju byłaby, de facto, granicą z Rosją. Za naszymi plecami stałyby natomiast Niemcy – które, jak doskonale widać, muszą po prostu doprowadzić do powrotu co najmniej poprawnych relacji z Rosją, od tego zależy bowiem los tamtejszego przemysłu, a tym samym kontraktu społecznego. Rosja byłaby silna, jej siły zbrojne nie byłyby wyniszczone przez długotrwałą wojnę na Ukrainie. W obliczu rosyjskiego fait accompli presja ze strony państw Zachodu Europy, aby zaakceptować nowy status quo, stałaby się przemożna. Odmowa negocjacji z Moskwą byłaby w oczach państw Zachodu próbą dyskutowania z faktami, a więc czynnością całkowicie bezsensowną. Tertia Roma locuta, causa finita. Rosja udowodniłaby bowiem, że jest mocarstwem, i udowodniłaby, że jej siła daje jej prawo do posiadania strefy wpływów – i , po raz kolejny, byłby to fakt obiektywny, z którym nie sposób jest dyskutować. Tak naprawdę Ukraina ma bowiem tyle prawa do suwerenności i niezależności terytorialnej, ile Rosja ma prawa do posiadania strefy wpływów. Oba te państwa mają tyle praw, ile zdołają wywalczyć na polu bitwy – ani o jotę więcej, ani o jotę mniej. Tego, nawiasem mówiąc, zdaje się nie przyjmować do wiadomości krytykowany w Polsce w czambuł (choć z niewłaściwych powodów) profesor Mearsheimer, który zgoła nierealistycznie ocenia potencjał Moskwy, nakłaniając do ustępstw wobec niej. Rosja okazała się (przynajmniej na razie!) słaba, więc nie ma prawa do niczego, a już najmniej do roszczenia sobie statusu wielkiej potęgi.

 

Co bardzo interesujące, do możliwości tej bezpośrednio odniósł się sam prezydent Zełenski, cytowany w obszernym artykule zamieszczonym niedawno w „The Washington Post”. Prezydent Ukrainy zaczął mianowicie podejrzewać, że rozwiązanie takie było wręcz pożądane z punktu widzenia „niektórych zachodnich urzędników”. „Niektórzy po prostu chcieli, aby wszystko to skończyło się tak szybko, jak to możliwe. Jestem zdania, że większość tych, którzy do mnie dzwonili – tak naprawdę prawie wszyscy – nie miała wiary w to, że Ukraina może przetrwać”. A skoro przetrwać nie może, to oczywiście lepiej dla (prawie) wszystkich będzie, jeżeli umrze natychmiast. W tym kontekście łatwiej zrozumieć osobliwą wersję humanitaryzmu zaprezentowaną przez Niemców w pierwszych dniach konfliktu, kiedy to proszący o przekazanie Kijowowi pomocy ambasador Ukrainy w Berlinie usłyszał, że „im nie ma co pomagać, bo oni już przegrali”. Skoro tak, to najlepiej będzie pozwolić Ukrainie przegrać szybko, żeby się nie męczyła. Same Niemcy też by się dzięki temu znacznie mniej męczyły… Oczywiście wyrazy oburzenia na agresję rosyjską popłynęłyby szerokim strumieniem ze wszystkich państw Zachodu, ale po odtańczeniu rytualnego tańca przeszłyby Niemcy, Francja, Włochy czy Holandia nad całą sytuacją do porządku dziennego – podobnie jak do porządku dziennego przeszedł opisany w książce Jarosława Haska Żyd, który usiłował CK żołnierzom za wszelką cenę sprzedać krowę, „przy czym wył, przysięgał i z płaczem wywodził, że jest to najtłustsza krowa, jaka kiedykolwiek z dopuszczenia Jehowy przyszła na ten świat (…) Od jego lamentu i gadania wszyscy wreszcie tak zbaranieli, że to zdechlactwo, od którego hycel byłby się odwrócił ze wstrętem, powlekli ku kuchni polowej. Zaś Żyd długo jeszcze wywodził, że go zupełnie zgubili, zniszczyli, że sam zrobił z siebie żebraka, gdy krowę tak wspaniałą sprzedał za takie marne pieniądze.”. Kiedy ostatecznie udało mu się dobić targu, „wstał, strząsnął z siebie wszystką żałość, poszedł do domu i rzekł do swojej żony: Elsaleben, żołnierze głupie chamy, ale twój Natan ma delikatny rozum.”

 

I, po raz kolejny trzeba przyznać, z punktu widzenia tych państw działanie takie byłoby w pełni zrozumiałe i uzasadnione. Wbrew bowiem gadaninie ekspertów od bezpieczeństwa to nie wartości i jedność NATO stanowią klucz do polityki zagranicznej Niemiec, ale interesy tamtejszych elit przemysłowych. W końcu to od nich zależy utrzymanie poziomu życia i poziomu zatrudnienia w Niemczech, od stanu zarządzanego przez nich przemysłu zależy utrzymanie kontraktu społecznego w Niemczech. A konkurencyjność tegoż zależy – teraz wiemy już, jak bardzo – od taniej energii pozyskiwanej z Rosji. Gdyby więc nagle Berlin przestał się kierować tym właśnie interesem, to zachowałby się nieracjonalnie, postąpiłby w imię jakichś niejasnych wartości, narażając dobrostan swoich obywateli.

 

Tak właśnie zakończyłby się akt pierwszy tej tragedii. Granica Polski z Rosją, która jeszcze w 2021 roku liczyła 220 kilometrów, teraz ciągnęłaby się – w praktyce – od Kaliningradu po Karpaty. Białoruś byłaby nieodwołalnie i bezdyskusyjnie wciągnięta w strefę wpływów Moskwy; Łukaszenka nie miałby centymetra manewru i kto wie, czy po upadku Kijowa także białoruskie wojska nie wzięłyby udziału w inwazji na Ukrainę. Szwecja i Finlandia, mogąc z bliska obserwować siłę militarną Rosji, nawet nie pomyślałyby o dołączeniu do NATO, a pozostałe państwa Sojuszu nawet nie pomyślałyby, aby im to zaproponować. Rosja osiągnęłaby swój cel – efektywność kampanii na Ukrainie uzasadniłaby jej roszczenia co do statusu imperialnego. Jej siła dałaby jej prawo do posiadania strefy wpływów i pozwoliła – gdy już przycichłoby oburzenie i demonstracje moralności – usiąść przy stole jako pełnoprawny współautor architektury bezpieczeństwa w Europie.

 

Nie zmieniłyby się natomiast kalkulacje Stanów Zjednoczonych – cały czas w ich interesie byłoby upewnienie się, że ekspansja Rosji w kierunku zachodnim zostanie zablokowana, najlepiej permanentnie. Z całą stanowczością domagałby się więc Waszyngton od Warszawy dalszego wspierania partyzantki na Ukrainie. W tym scenariuszu Polska stałaby się więc dla Ukrainy tym, czym dla Afganistanu był w latach 80. Pakistan – zapleczem szkoleniowym i logistycznym dla ruchu oporu. Wydaje się zresztą, że takie było założenie wyjściowe Waszyngtonu, gdzie nie zakładano prawdopodobnie, że Ukraina zdoła odeprzeć atak rosyjski i utrzymać się na powierzchni; i taki scenariusz zdawał się również przewidywać Wess Mitchell, gdy w lipcu ubiegłego roku pisał, że Ukraina dzisiaj może stać się dla Rosji tym, czym dla Związku Sowieckiego był Afganistan w latach 80. W tym układzie Polska znalazłaby się w roli, którą zna doskonale, i chyba nawet lubi – a więc, ujmując rzecz podniośle, Chrystusa narodów lub też romantycznego, niebezpiecznego dla siebie i innych (bo zachowującego się nieracjonalnie i nieprzewidywalnie) szaleńca, który nie rozumiejąc nawet dlaczego, staje na drodze konsolidacji nawet nie kontynentu europejskiego, ale całej Eurazji – od Lizbony po Władywostok, z Pekinem włącznie. Rosjanie znaleźliby się w doskonałej pozycji wyjściowej, aby wywierać nacisk na Polskę – niekoniecznie w postaci kinetycznej, ale za pomocą szerokiego instrumentarium wojny hybrydowej. Dalsze podsycanie konfliktu na Ukrainie byłoby również nie na rękę Niemcom, którzy mogliby twierdzić, że jest to działanie skazane na niepowodzenie, wpędzające Europę w kryzys gospodarczy, i potęgujące cierpienia ukraińskiego społeczeństwa, dodając, że działanie to jest ponad wszystko pozbawione sensu, bo los Ukrainy jest już przypieczętowany. Z kolei Stany Zjednoczone – nasz jedyny partner dysponujący realnymi zdolnościami mogącymi uwiarygodnić jego gwarancje bezpieczeństwa – naciskałby, aby Warszawa wspierała niezmiennie Ukrainę. Jak zachowałoby się wówczas kierownictwo państwa polskiego? Czy postanowiłoby bronić wartości transatlantyckich, za dobrą monetę biorąc gwarancję mocarstw morskich, czy też zaakceptowałoby, że w obliczu tak niekorzystnej koniunktury należy zrewidować ambicje, zaakceptować status półperyferyjny, i przestać wierzgać przeciw ościeniowi?

 

Mówi się, że w Polsce są dwa sposoby na wygrywanie wojen, czy poprawianie swej sytuacji na arenie międzynarodowej – normalny i cudowny. Cudowny jest taki, że kierownictwo państwa podejmuje rozsądne, czynione z wyprzedzeniem działania przygotowując się właściwie i zawczasu do stojących przed krajem wyzwań. Normalny jest natomiast taki, że Matka Boska znowu lituje się nad nami, i ratuje nam, po raz enty w historii, skórę. W przypadku wojny na Ukrainie to interwencja Matki Boskiej – przyjmującej tym razem niepozorną formę ukraińskich żołnierzy – po raz kolejny uratowała nam skórę. Ale sprawa nie jest bynajmniej zamknięta. Rosja tej wojny jeszcze nie przegrała. Jak powiedział – jest to kolejny cytat ze wspomnianego wyżej artykułu w „The Washington Post” – Siergiej Szojgu, „Rosjanie umieją cierpieć jak nikt inny”. Zaakceptowawszy, że szybkie zajęcie Ukrainy i przejęcie jej potencjału przemysłowego i ludnościowego jest niemożliwe, Rosja zmieniła strategię, przestała się spieszyć i postanowiła ów potencjał unicestwić. Jako broń zaczęła wykorzystywać czas, starając się zniszczyć i spauperyzować Ukrainę w sposób przypominający (przynajmniej mnie) plan Morgenthaua, doprowadzając kraj do deindustrializacji i wyludnienia. Zazwyczaj wojna jest narzędziem prowadzenia polityki, czasem jednak staje się jej celem – i wydaje się, że Kreml akceptuje i nie ma nic przeciwko wydłużaniu konfliktu na Ukrainie tak długo, jak uzna to za stosowne, sądząc, że to Europa, której przemysł i poziom życia są zagrożone, pierwsza „krzyknie z bólu”. Truizmem jest twierdzenie, że Europę czeka ciężka zima; ceny energii na kontynencie osiągają wartości kilkakrotnie wyższe, niż miało to miejsce w latach ubiegłych. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy, nawet jeśli przetrwają zimę, Niemcy zdołają na powrót uruchomić napędzający kraj przemysł. Wydaje się, że może to być trudne, nie tylko z uwagi na problemy z utworzeniem odpowiedniej infrastruktury, pozwalającej na pozyskiwanie gazu z innych niż rosyjskie źródeł, ale też ze względu na jego koszty. Trudno sobie wyobrazić, aby Berlin był w stanie pozyskiwać ten surowiec po cenach, jakie oferowali Rosjanie – bo nawet jeżeli wolumen będzie ten sam, to kluczowa stanie się kwestia marżowości i tego, czy przy wyższych cenach energii niemiecki przemysł zdoła utrzymać swoją konkurencyjność.

 

Na szczęście decyzja o wspieraniu ukraińskich wysiłków wojennych nie należy do państw Europy Zachodniej, ale do Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Polski, bez której niemożliwe jest utrzymanie materialnego wsparcia dla Kijowa. Co by się jednak stało, gdyby na zachodnim Pacyfiku doszło do nagłego zaostrzenia sytuacji – chociażby wokół Tajwanu? Czy Stany Zjednoczone byłyby w stanie utrzymać dotychczasowy poziom wsparcia dla Ukrainy (który i tak pozwala jej jedynie na uniemożliwienie Rosji odniesienia zwycięstwa, ale nie na jej pokonanie)? I czy Chiny przy dalszym zaostrzeniu rywalizacji z USA nie doszłyby do wniosku, że może im być na rękę udzielenie Rosji bardziej znacznego, niż ma to miejsce teraz wsparcia, bo „rozcieńczy” uwagę strategiczną USA i wymusi na nich trwałe skupienie się na problemach na drugim końcu Eurazji?

Materiały do pobrania
O krok od. O krok przed?
Autor Albert Świdziński
Dyrektor analiz w Strategy&Future.
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką prywatności.