sf2 ZalogujZaloguj
(Fot. pxhere.com)

Państwa dojrzewają tak samo jak ludzie.

 

Pewne etapy trzeba przejść po kolei; nie da się ich ominąć. Tak jak to jest u człowieka.
– narodziny

– dzieciństwo

– młodość

– dojrzałość

 

Jakoś tak jest, że bardzo trudno jest być młodym, jeśli się nie przeżyło dzieciństwa, i nie będzie się dojrzałym, jeśli się nie przeżyło młodości.

 

Pamiętam, jak nasza kochana III RP się narodziła. Wszyscy się cieszyli, ale zaraz potem okazało się, że „niemowlę” jest bardzo wymagające. Jak to niemowlę; kto ma dzieci, ten wie. Potem dzieciństwo; naiwność i przekonanie, że dorośli są po to, aby się nami opiekować. A tu przykra niespodzianka. Pamiętam, jak okazało się, że po rozwodzie z ZSRR i następnie jego rozwiązaniu Rosja zażądała od nas pieniędzy za węglowodory.

 

Prawdziwych pieniędzy, a nie rubli transferowych (cokolwiek to było). W prasie ukazywały się rozpaczliwe artykuły, że przecież nic nie mamy, a tzw. gospodarka socjalistyczna pozbawiła nas nawet okruszków z kieszeni i że Rosja powinna to zrozumieć, bo zasadniczo też jest temu winna. Niestety okazało się, że nie zrozumie i trzeba było brać się za reformy, zarabiać pieniądze i płacić rachunki. Czyli koniec dzieciństwa i reforma Balcerowicza.

 

Kolejny etap nastąpił, kiedy wyemancypowaliśmy się z szarej strefy i przystąpiliśmy do NATO i Unii Europejskiej. Z początku było miło, ale zaraz potem okazało się, że tzw. bracia ze wschodu zaczęli przykręcać nam kurek z gazem pomimo zapłaconych rachunków. Nasz lament, że przecież to nieuczciwe, został skwitowany podobnie, jak to zrobił mistrz Bareja: nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?

 

Skończyła się naiwna młodość i trzeba było zacząć bolesną i kosztowną dywersyfikację dostaw. Zasadniczo jest ona częściowo osiągnięta i moglibyśmy się cieszyć, ale okazało się, że Rosja zaczyna na serio zagrażać naszemu bezpieczeństwu, a dotychczasowi dawcy jakoś nie rwą się do pomocy; coraz wyraźniej nam sugerują, żebyśmy sami zadbali o siebie. Ewentualnie żebyśmy dołożyli się do ich bezpieczeństwa. Czas beztroskiej młodości minął i trzeba samemu zadbać o siebie pod każdym względem. Wkraczamy w okres pełnej dojrzałości, zobaczymy, czy uda się nam ją osiągnąć. Nie będzie to łatwe, ale umiejętności i doświadczenie nabyte na poprzednich etapach rozwoju powinny zaprocentować. Teraz kończą się podobieństwa do rozwoju człowieka, bo zamiast starości i śmierci możemy mieć, no właśnie – co ? Ciekawi mnie, na co państwo stawiają? Czy mapy mentalne zostały właściwie przeformatowane, czy tkwimy w starym?

 

A tak przy okazji, moim zdaniem to właśnie Rosja zmobilizowała nas do przekraczania kolejnych etapów dorastania i próbuje wymusić na nas osiągnięcie kolejnego. Ciekawe jak pójdzie tym razem; jeśli o mnie chodzi, jestem umiarkowaną optymistką.
Z naciskiem na optymistkę.

Materiały do pobrania
pdf
Etapy dojrzewania
Każdego lata – w sierpniu albo we wrześniu – nieuchronnie przychodzi taki moment, gdy pewnego upalnego dnia na horyzoncie zaczynają się zbierać ciężkie, ołowiane chmury...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna
W lipcu 2019 roku napisałem jeden ze swoich pierwszych w życiu felietonów pod tytułem „Z Solihull nad Wisłę i z powrotem” na temat łatwości podróżowania między Anglią a Warszawą...
Artykuł tylko dla subskrybentów. Aby przeczytać zakup plan Subskrypcja miesięczna lub Subskrypcja roczna

Ukraina to największy kraj na Starym Kontynencie, który w całości położony jest w Europie, piąty lub szósty pod względem wielkości populacji. W drugiej dekadzie XXI wieku utrwalił swój status „chorego człowieka Europy”, balansując na granicy państwa upadłego, targanego wszechobecną korupcją i wzajemną walką oligarchów, niczym nie różniących się od średniowiecznych panów feudalnych szarpiących ciało tej wielkiej przestrzeni od Donbasu po Karpaty dla własnych korzyści i budowy prywatnej potęgi.

Kijów (fot. pixabay.com)

W 1991 roku Ukraina była jedną z najbiedniejszych republik sowieckich, licząc per capita. Biedniejsze były tylko Azerbejdżan, Gruzja, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan. Tradycyjnie Ukraina była krajem rolniczym, w czasach carskich i sowieckich zasilającym imperium w żywność. Wyjątkowo dotknięta przez wydarzenia XX wieku przeżyła kilka, jeśli nie kilkanaście, „szoków” geopolitycznych: działania wojenne obu wojen światowych prowadzone w dużej mierze na jej obecnym terytorium, koszmar wojny domowej, kolektywizację, forsowną industrializację, Wielki Głód, okupację niemiecką i Holokaust, wreszcie czystki stalinowskie.

 

Ukraina po II wojnie światowej stała się republiką sowiecką. Centralnie ustalany w Moskwie Gosplan obejmował plany produkcyjne i ustalał relacje gospodarcze między centrum imperium a republikami. Gdy Gosplan się załamał, powiązania gospodarczo-finansowe między republikami zostały przecięte i nastąpił upadek gospodarki Związku Sowieckiego.

Traktowany jako całość obszar dawnego imperium sowieckiego odnotował w latach 1990–1995 spadek PKB aż o trudne do wyobrażenia 40%.

Dla porównania Stany Zjednoczone pomiędzy rokiem 1930 a1934, w czasie wielkiej depresji, która pogrzebała ówczesny ład globalny i ostatecznie zakończyła erę pierwszej globalizacji, straciły 27% PKB. Po upadku Związku Sowieckiego wykształciły się stosunki kapitalistyczne, a to pociągnęło za sobą drastyczną redukcję wydatków na zdrowie, edukację i programy społeczne, powodując powstanie ogromnych nierówności społecznych.

 

Towarzyszący transformacji szok ekonomiczny i gwałtowana prywatyzacja zakładów tradycyjnie charakteryzujących się nadmiernym zatrudnieniem zaburzyły dotychczasową stabilizację społeczną. Odbicie rozpoczęło się dopiero wraz z rokiem 1995. I dopiero po 12 kolejnych latach, pod koniec roku 2007, 10 spośród 15 dawnych republik związkowych odzyskało poziom PKB z roku 1991. Tylko Mołdawia, Ukraina, Gruzja, Kirgistan i Tadżykistan nie przekroczyły w 2007 roku progu PKB z roku 1991. W tym czasie postępowała odbudowa gospodarcza Rosji, choć bardzo powoli i dopiero w latach 2006–2007 Rosja przekroczyła próg poziomu Rosyjskiej Republiki Sowieckiej z 1991 roku.

Jeszcze w 2015 roku Ukraina wypracowywała zaledwie 63,4% PKB z poziomu z roku 1991 roku, podczas gdy Rosja już 119,8%, Białoruś 193,9% (!), Litwa 139,6%, Łotwa 145,8%, Kazachstan 219% (!), Turkmenistan aż 515% (!), a Uzbekistan 281,2% (!).

Po II wojnie światowej przy pomocy władzy sowieckiej dokonano istotnej modernizacji i rekapitalizacji kopalni i zakładów metalurgicznych, choć oparta na rolnictwie gospodarka republiki bardzo ucierpiała przy realizacji indukowanej przez Moskwę industrializacji. W tym procesie gospodarka ukraińska stała się zależna od ropy, minerałów i taniego gazu z republiki rosyjskiej. W wewnątrz-sowieckim procesie podziału pracy zamieniała niemal darmową energię i surowce w dobra przetworzone, których wartość była na sztucznych wewnętrznych rynkach sowieckich zawyżona w stosunku do wartości uzyskiwanej na rynku światowym. Wraz z końcem Związku Sowieckiego w porównaniu do innych republik Ukraina dysponowała dość dobrą i nowoczesną infrastrukturą oraz parkiem maszynowym w dobrym stanie, choć po roku 1991 zaniedbano modernizację i nie nadążano za wymogami rynków. Jednak na skutek zakrętów historii zyskała dziedzictwo w postaci podziału kraju na mówiący po ukraińsku zachód i północ oraz po rosyjsku wschód i południe.

 

Ponieważ przez całe dekady Rosja dostarczała Ukrainie surowce poniżej cen obowiązujących na rynkach światowych, uzależniło to stopniowo kraj od gazu i ropy rosyjskiej.

Po 1991 roku nastała wspomniana wcześniej wielka dezorganizacja, ze spadkiem PKB w latach 1991–1996 od 9,7% do 22,7% rocznie! Z hiperinflacją i gigantycznym spadkiem produkcji przemysłowej (na poziomach nie notowanych w warunkach pokoju).

Wzrost PKB Ukraina zaczęła notować dopiero po roku 2000. Wcześniej w pełnym rozkwicie była wymiana barterowa i obrót w obcych walutach, kwitł też oczywiście czarny rynek. W wyniku oligarchizacji i feudalizacji systemu polityczno-gospodarczego kraj stracił polityczną stabilność, szerzyła się wszędobylska korupcja. To prowadziło do braku realnej konkurencji gospodarczej na rynku krajowym, braku trwałości instytucji i w ogóle braku sensowności ich budowania.

 

Przestrzeń fizyczna zajmowana przez państwo nie tylko zdawała się nie mieć cech obszaru rdzeniowego, zdolnego do zadaniowania swoich interesów i ich realizacji, ale traciła w ogóle spójność i sterowność z punktu widzenia wykonywania władzy oraz jej akceptacji przez społeczeństwo i lokalne czy regionalne mechanizmy, których szeroko pojęta lojalność wobec państwa jest warunkiem istnienia zorganizowanego organizmu państwowego.

W modelu geopolitycznym Ukraina osuwała się w stan, który historycznie prowadzi do rozbiorów przestrzeni chorego organizmu państwowego.

Sześciu najbogatszych ludzi kraju w tym czasie to byli magnaci metalurgiczni, „wiszący” na taniej energii z Rosji, często pochodzący z sowieckiej kadry menedżerskiej, która prywatyzowała przemysł sowiecki, stając się jego właścicielem, a z czasem zyskując status oligarchów na skalę całego kraju.

 

Potem coś się zmieniło. Wraz ze wzrostem PKB w latach 2000–2007 pojawiły się na Ukrainie instytucje bankowe z prawdziwego zdarzenia, a osiągany wzrost gospodarczy w procentach zaczął dorównywać wzrostowi w Rosji. Pojawił się popyt wewnętrzny, eksport na rynki Unii Europejskiej, a po 2009 roku dominujący trend eksportu do Azji. Szybko rosnące gospodarki Azji kupowały produkty ukraińskich zakładów metalurgicznych.

 

Istniejące problemy kraju zostały zwielokrotnione w ostatniej dekadzie przez implikacje odebrania Krymu i wojny o Donbas. Nie polepsza stanu państwa masowy exodus ludzi na Zachód, w tym wielka migracja młodzieży do Polski. Dane z początku 2020 roku wskazują, że Polska ma większą populację realną niż Ukraina.

Pomimo ogromu terytorium, dostępu do portów morskich, szlaków komunikacyjnych wschód–zachód oraz przebiegu przez jej terytorium rurociągów z energią Ukraina nie jest architektem gry geopolitycznej, lecz jej przedmiotem.

W czasach sowieckich Ukraina odpowiadała za czwartą część całej sowieckiej produkcji rolnej i plasowała się na drugiej pozycji, zaraz po republice rosyjskiej, jeśli chodzi o produkcję przemysłową. Teoretycznie może więc być w przyszłości bogatym krajem. Pogląd ten ma odzwierciedlenie w analizach Banku Światowego. Żaden inny kraj europejski nie ma takich zasobów węgla (4% zasobów globu), żelaza, a nawet gazu i żyznej ziemi rolnej (z której, nawiasem mówiąc, tylko połowa jest uprawiana).

 

Pomimo pogorszenia się za czasów sowieckich jakości słynnych ukraińskich czarnoziemów wciąż należą one do najlepszych gleb w skali świata. Populacja kraju spadła z 52 milionów w 1991 roku i dalej dramatycznie spada. Za to młodzież i kadra inżynierska są świetnie wykształcone – lepiej niż w innych krajach o niskim lub średnim dochodzie. Ukraina ma także przez zachodnią granicę dostęp do rynków europejskich, co stwarza łatwość obrotu handlowego. W 2014 roku utrata Krymu i wojna w Donbasie pociągnęły za sobą spadek PKB o 6,6% oraz recesję, potem nastąpił kolejny spadek PKB o 14,3% w roku 2015, ale już w kolejnym roku zaliczono wzrost o 2,3%.

 

Ukraina mogłaby być bogatym krajem, ale historia uczyniła ją biedną.

 

Jej los i bezpieczeństwo są ściśle związane z losem i bezpieczeństwem Rzeczypospolitej. Na dobre i na złe.

 

Materiały do pobrania
pdf
Ukraina

It’s complicated

 

 

W mediach coraz częściej przywołuje się koncepcję nowego koncertu mocarstw jako analogię do XIX-wiecznego balansowania sił, które miało zapewnić bezpieczeństwo i względny pokój w Europie po pożodze wojen napoleońskich. Od kongresu wiedeńskiego, który dał początek ówczesnemu koncertowi mocarstw, minęło już przeszło 200 lat. Co znamienne, w tym czasie świat przeszedł tak daleko idące zmiany, że żadne z państw europejskich nie wydaje się dostatecznie silne, aby w nowym koncercie mocarstw móc zagrać pierwsze skrzypce.

(Fot. wikimedia.org)

Sytuacja jest na tyle skomplikowana, że nie wiemy nawet, pod czyją batutą ten koncert zostanie odegrany. Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Chiny angażują potężne środki i zwiększają aktywność w obszarach, które do tej pory z pewnością nie znajdowały się wysoko na ich liście priorytetów.

 

 

American dream w byłych republikach sowieckich

Przykładem takiego zaangażowania może być niedawna wizyta sekretarza stanu Mike’a Pompeo na Białorusi i zapewnienia o możliwym wsparciu w zakresie dostaw ropy. Była to pierwsza wizyta amerykańskiego sekretarza stanu w tym państwie od ponad 25 lat. Biorąc pod uwagę fakt, że do tej pory kraje te łączyły raczej chłodne relacje, a Białoruś – wydawałoby się – wręcz naturalnie wchodziła w strefę wpływów Rosji, zaskakująco brzmią słowa Mike’a Pompeo cytowane przez największe światowe media: „We’re the biggest energy producer in the world, and all you have to do is call us”.

 

Nawet jeżeli zorganizowanie takich dostaw to kwestia jednego telefonu do amerykańskiego partnera, wydaje się, że bez zaangażowania ze strony Polski nie będą one możliwe. Z pewnością daje nam to do ręki pewne argumenty, którymi do tej pory nie mogliśmy się posługiwać.

 

Wyjątkowość spotkania Pompeo z Łukaszenką spowodowała, że w polskich mediach nieco pominięto, iż był to tylko jeden z przystanków ze wschodniego tournée amerykańskiego sekretarza stanu, w ramach którego na przełomie stycznia i lutego odwiedził on Ukrainę, Białoruś, Kazakhstan i Uzbekistan. Jest to sygnał, że USA podjęły próbę rewizji swojej dotychczasowej polityki ograniczonego angażowania się w sprawy państw objętych „protektoratem” Rosji. Polityka ta nabiera jeszcze bardziej realnego wymiaru w świetle deklaracji wygłoszonej 15 lutego na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa o wsparciu państw Trójmorza przez Stany Zjednoczone kwotą miliarda dolarów na inwestycje energetyczne w tym regionie.

Skupiając się dotychczas na zacieśnianiu więzi z państwami Zachodu, integracji europejskiej i korzystaniu z dobrodziejstw rynku globalnego, nie byliśmy w stanie wypracować spójnej polityki wschodniej.

W świadomości społecznej byłe republiki sowieckie nadal postrzegane są jako obszary nieatrakcyjne. W nowym rozdaniu, które niechybnie się zbliża, odpowiednie relacje z naszymi wschodnimi sąsiadami mogą jednak stanowić mocną kartę przetargową oraz przełożyć się na wzmocnienie międzynarodowej pozycji Polski i całego regionu. W konsekwencji nowego znaczenia nabiera nieco już zapomniana doktryna Mieroszewskiego i Giedroycia, której Strategy&Future poświęciło już sporo uwagi. W tym kontekście warto przyjrzeć się bliżej niedawnym wydarzeniom na Ukrainie, a także planom rozwoju jej zachodnich obwodów bezpośrednio sąsiadujących z obszarem Rzeczypospolitej.

 

W objęciach Rosji

Z uwagi na zorientowanie Warszawy (jako centrum decyzyjnego Rzeczypospolitej) bardziej na zachód i – historycznie – na północ Europy w świadomości społecznej wystąpić może niesłuszna tendencja do bagatelizowania pozycji Ukrainy. W szerszym kontekście wpisywać się to może w trend upraszczania problematyki stosunków międzynarodowych jedynie do zagadnień związanych z Europą Zachodnią, Rosją i USA. Uproszczenie to w długim terminie może okazać się szkodliwe, choć na chwilę obecną w szerokich kręgach przyjmowane jest jako zasada.

 

Nie należy wszak zapominać, że pod względem powierzchni to właśnie Ukraina jest naszym największym sąsiadem (drugim pod względem liczby ludności oraz trzecim pod względem wysokości PKB, nie wliczając Federacji Rosyjskiej).

Po upadku Związku Sowieckiego Ukraina w znacznym stopniu uzależniła swoją pozycję gospodarczą od Rosji. Układ tych relacji dobitnie pokazały powtarzające się na przestrzeni lat kryzysy gazowe i trudne negocjacje pomiędzy Gazpromem a Naftohazem.

Jednocześnie ciążenie do obszaru rdzeniowego Rosji naturalnie powodowało, że to wschodnia część Ukrainy rozwijała się znacznie prężniej i stanowiła o sile gospodarczej państwa. Odbijało się to negatywnie na wzroście gospodarczym zachodnich obwodów, sąsiadujących z Polską.

 

Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że Ukraina, być może za cenę ustępstw wobec Rosji, dążyć będzie do wzmocnienia relacji z partnerami za zachodnią granicą, w tym z Warszawą.

Wystarczy wspomnieć, że tuż po wizycie amerykańskiego sekretarza stanu w Kijowie z prezydentem Zełenskim spotkał się prezydent Turcji Recep Erdoğan. Jak podawano w oficjalnych komunikatach, w efekcie tej wizyty podpisano porozumienie, w którym oba państwa zobowiązały się do dalszego pogłębiania partnerstwa strategicznego i podwojenia wartości wzajemnej wymiany handlowej do kwoty 10 miliardów dolarów do 2023 roku.

 

Zełenski podkreślał strategiczne znaczenie wymiany gospodarczej z Turcją, a na konferencji prasowej podsumował, że z prezydentem Erdoğanem rozmawiał praktycznie o wszystkim: drogach, budownictwie mieszkaniowym i szeroko rozumianym biznesie. Nie bez znaczenia jest również wsparcie militarne w wysokości 36 milionów dolarów, jakie Turcja zadeklarowała przekazać Ukrainie. Trudno oszacować, czy tego typu działania realizowane przez Ankarę są bardziej proukraińskie, czy bardziej antyrosyjskie, ale znakomicie wpisują się (być może przypadkowo) w politykę wsparcia Ukrainy przez USA zapoczątkowaną w 2014 roku.

 

Wobec zdecydowanego stanowiska Ukrainy w sprawie wyborów lokalnych w Donbasie, które zgodnie z deklaracją Zełenskiego odbędą się dopiero po tym, jak Kijów odzyska pełną kontrolę nad granicą z Rosją, szukanie militarnych i gospodarczych sojuszników jest posunięciem zrozumiałym. Napięcia wokół realizacji formuły Steinmeiera widoczne były także podczas grudniowego spotkania w ramach formatu normandzkiego. W rezultacie możemy oczekiwać, że Ukraina coraz częściej podejmować będzie próby balansowania, co stawiać nas będzie przed nowymi wyzwaniami, ale także otworzy nowe szanse rozwoju społeczno-gospodarczego na wschodzie.

 

Tylko we Lwowie…

Szczególną rolę w tej układance może odegrać Lwów z uwagi na swoje strategiczne położenie geograficzne. Miasto usytuowane jest dokładnie na wielkim europejskim dziale wodnym między zlewiskiem Morza Bałtyckiego i Morza Czarnego. Wody centralnej oraz północno-wschodniej części miasta spływają przez Pełtew i Bug do Wisły, a jego zachodnia oraz południowa część leży w dorzeczu Dniestru. Kluczowe organizmy miejskie Europy kontynentalnej historycznie powstawały w dolinie dużych spławnych rzek.

 

Miało to zapewnić rosnącym miastom stały dostęp do wody, ochronę oraz komunikację. Lwów, wyłamując się niejako z tego schematu, ulokowany został nad niewielką rzeką Pełtwią, co w obliczu dynamicznie rosnącej liczby mieszkańców powodowało nawet pewne kłopoty z dostawami wody pitnej. Jak widać na przykładzie Lwowa, skomunikowanie oraz idący za nim potencjał ekonomiczny pozwalały na prężny rozwój miasta pomimo nie do końca sprzyjających warunków geograficznych. Wobec zachodzących na świecie zmian wyjątkowa pozycja Lwowa, zwłaszcza w kontekście tutejszych tradycji historycznych, pozwala patrzeć na to miasto jako na nową lokomotywę ukraińskiej gospodarki, opartej na obsłudze handlu międzynarodowego i wymiany towarowej.

Ukraińskie Ministerstwo Infrastruktury informowało, że w 2019 roku liczba pasażerów korzystających z lwowskiego portu lotniczego wzrosła o prawie 40% w porównaniu do roku 2018.

Z transportu lotniczego we Lwowie skorzystało wówczas 2 217 400 pasażerów. Najpopularniejszymi kierunkami podróży były Warszawa, Stambuł i Monachium. Wzrosła również liczba wykonanych operacji lotniczych z 15 430 do 18 963 (wzrost o 22,9%). Dla porównania, z najbliższych międzynarodowych portów po polskiej stronie granicy – Rzeszowa i Lublina – w 2019 roku skorzystało łącznie 1 129 604 pasażerów, to jest dwa razy mniej. Dynamika wzrostu liczby pasażerów jest tym bardziej imponująca, że zaledwie cztery lata temu, w roku 2015, to lotnisko w Rzeszowie mogło pochwalić się lepszymi statystykami. Stolica Podkarpacia obsłużyła wówczas 645 214 podróżujących, a Port im. Daniela Halickiego zaledwie 570 570. Reagując na rozwój lwowskiego portu, ukraińskie ministerstwo infrastruktury rozważa aktualnie możliwość przekształcenia go w intermodalny hub komunikacyjny, którego głównym celem ma być zapewnienie dogodnych połączeń dla biznesu.

 

Ten ogromny wzrost popularności podróży lotniczych wskazuje na zwiększenie mobilności Ukraińców.

 

Komunikacja, głupcze

Skutki zwiększonej mobilności Ukraińców odczuwalne są również w transporcie kolejowym w bezpośrednim sąsiedztwie, tuż za zachodnią granicą. W 2019 roku spośród 624 tysięcy pasażerów jeżdżących z Ukrainy do krajów Unii Europejskiej i z powrotem ponad pół miliona podróżowało przez stację Dworzec Główny w 70-tysięcznym Przemyślu. Jest to tylko jeden z wielu przykładów na to, że obecna infrastruktura nie spełnia wymagań stawianych przez nowe okoliczności. W odpowiedzi na to zapotrzebowanie zawiązują się nawet oddolne inicjatywy, jak na przykład grupa mieszkańców promująca ideę Kolejowo-Autobusowego Hubu Przesiadkowego Przemyśl Pasażerski.

 

Nowe kierunki migracji ludności i przepływy kapitału w obrębie Europy Środkowo-Wschodniej niewątpliwie wymagają przemyślanych rozwiązań. Potrzeby te znakomicie zidentyfikował czeski przewoźnik Leo Express, który pod koniec ubiegłego roku otrzymał zgodę Urzędu Transportu Kolejowego na uruchomienie połączenia z Pragi do Terespola. Aktualnie rozpatrywany jest także drugi wniosek Leo Express na połączenie pasażerskie z Pragi do granicy polsko-ukraińskiej w Medyce.

 

Należy mieć jedynie nadzieję, że również polscy przewoźnicy korzystać będą z tych nowych możliwości pojawiających się tuż za naszą wschodnią granicą. Pewną odpowiedzią na nowe wyzwania komunikacyjne są planowane inwestycje publiczne, na przykład budowa nowego przejścia granicznego w Malhowicach (planowany budżet to 100 milionów złotych), rozbudowa terminalu multimodalnego w Małaszewiczach oraz inwestycje drogowe w kierunku wschodnim, uzupełniane przez inicjatywy pozarządowe w tamtym regionie, jak choćby działalność Fundacji Galicyjskich Dróg Żelaznych czy Stowarzyszenia Linia 102.

 

W kontekście zmian w układzie komunikacyjnym na wschodzie niedawno ukraińskie media obiegła informacja o planach budowy dwutorowej linii kolejowej o „europejskim” rozstawie osi ze Lwowa do granicy z Polską.

Jak zauważono, podróż ze Lwowa do Krakowa (przez Przemyśl) po nowych torach zajmie tylko trzy godziny zamiast obecnych dziewięciu godzin. Tak więc budowa 70-kilometrowego odcinka przy szacowanej wartości inwestycji w wysokości zaledwie 21 milionów dolarów może mieć ogromny wpływ na zmianę połączeń transgranicznych, zarówno tych pasażerskich, jak i cargo.

Wprawdzie w ciągu ostatnich 10 lat o planach dotyczących tej inwestycji mówiono już wielokrotnie, jednak jeszcze nigdy okoliczności do jej realizacji nie były tak sprzyjające, jak ma to miejsce dziś. Dla polskich interesów z pewnością korzystne byłoby „wpięcie” Lwowa w nasz system transportowy, jednak należy mieć na uwadze, że w konsekwencji takiego manewru niektóre z polskich miejscowości, do tej pory będące stacjami docelowymi, zmieniłyby swoją funkcję na punkty czysto tranzytowe.

 

W świetle tych informacji nowego znaczenia nabiera ubiegłoroczna deklaracja tureckiego ministra transportu o zainteresowaniu Ankary budową nowego hubu logistycznego na terenie Ukrainy i Gruzji. Jak stwierdził wówczas minister Kemal Güney, rozwój połączeń na Morzu Czarnym przyniesie wymierne korzyści w sektorze transportowym obu państwom. Tym samym współpraca Turcji i Ukrainy najprawdopodobniej będzie się zacieśniać w miarę rozwoju połączeń na trasie Nowego Jedwabnego Szlaku, a rozbudowa tychże połączeń wydaje się jedynie kwestią czasu.

W dniu 20 stycznia 2020 roku Koleje Ukraińskie podpisały memorandum o współpracy z China Railway Construction Corporation Limited (CRCC) – chińską spółką skarbu państwa odpowiedzialną za inwestycje kolejowe.

CRCC wybudowała między innymi słynną superszybką linię kolejową Pekin–Szanghaj o długości 1318 kilometrów ze składami osiągającymi prędkość nawet 350 kilometrów na godzinę. Budowa tego cudu techniki trwała zaledwie trzy lata. Współpracując z CRCC, Koleje Ukraińskie mają pozyskać wiedzę i wsparcie przy rozbudowie własnej infrastruktury.

Na początku lutego Ukrzaliznytsia zawarła podobne porozumienie z niemieckim operatorem Deutsche Bahn. Celem współpracy jest przygotowanie dla Kolei Ukraińskich zasad zarządzania strategicznego i wsparcia technicznego w zakresie transportu pasażerskiego, cargo i rozwoju infrastruktury kolejowej.

Potencjał rozwoju branży transportowej na Ukrainie przyciąga również przedsiębiorstwa działające w sektorze logistyki. W połowie lutego potwierdzono informację, że jeden ze światowych potentatów zarządzających terminalami przeładunkowymi – DP World z siedzibą w Dubaju – nabędzie większościowy udział 51% w TIS Container Terminal zlokalizowanym w porcie Jużne nieopodal Odessy. W terminalu tym w 2019 roku dokonano przeładunku około 219 tysięcy TEU, co stanowiło 75-procentowy wzrost w stosunku do wyniku z roku 2018. Po zamknięciu transakcji Ukraina stanie się 51. państwem, w którym operuje DP World.

 

 

Finale

Dla każdego turysty odwiedzającego Lwów jednym z najważniejszych punktów wizyty jest gmach Opery Lwowskiej. Budynek ten powstał na przełomie XIX i XX wieku i został zbudowany z wielkim rozmachem przez wybitnego architekta profesora Zygmunta Gorgolewskiego. Pierwszym dyrektorem teatru lwowskiego po zakończeniu budowy nowego gmachu został Tadeusz Pawlikowski, który notabene przyszedł na świat i wychował się w mojej rodzinnej miejscowości Medyce.

 

Opera Lwowska to miejsce szczególne dla polskiej kultury i dziedzictwa narodowego. Dla mnie osobiście jest najwspanialszym symbolem tego miasta, łączy w sobie bowiem te wszystkie cechy, którymi odznacza się sam Lwów: piękno, kulturę, sztukę i wirtuozerię. Sytuacja w świecie geopolityki rozwija się bardzo dynamicznie i aby lepiej zrozumieć zachodzące w nim zmiany, warto wsłuchiwać się w sygnały dochodzące tuż zza naszej wschodniej granicy. Być może rozwój wydarzeń sprawi, że dźwięki nowego koncertu mocarstw będą do nas docierać – czysto metaforycznie, ale wyjątkowo donośnie – właśnie z majestatycznego gmachu Opery Lwowskiej.

 

 

 

 

 

Materiały do pobrania
pdf
Koncert mocarstw w Operze Lwowskiej

Polski teatr wojny rozpada się na różne co do swoich warunków obszary operacyjne, których wspólną cechą jest rozległość i przestrzenność.

Dniepr w Smoleńsku (fot. Wikipedia)

Na skutek względnej słabości sił przeznaczonych do obrony państwa nigdy nie będzie można tych obszarów opanować czy zabezpieczyć równomiernie. Kierunek bałtycki za przesmykiem suwalskim niedawno omówiliśmy w Strategy&Future (w trzech częściach).

 

Najbardziej niebezpieczny kierunek północny, zwany także białoruskim, rozciągający się od Polesia po Dźwinę, na zachodzie ograniczony przez Niemen, położony jest na Wyżynie Białoruskiej. To teren falisty i na ogół otwarty, dający względnie dobre warunki obserwacyjne. Poza górnym Niemnem i Szczarą oraz bagnistymi dolinami tych rzek nie ma na tym obszarze poważniejszych przeszkód terenowych. Leżą tam najkrótsze i najdogodniejsze drogi dla rosyjskiej napaści na Polskę, mające swój początek w Smoleńsku, Orszy i Witebsku, a znajdujące oparcie w centrum rosyjskiego imperium.

 

Rosyjski ruch ofensywny na stosunkowo licznych i dobrych tu drogach odcina Polskę od państw i portów bałtyckich i przywraca Rosji lądowe połączenie z Kaliningradem, ułatwiając zaopatrywanie rosyjskiego wojska w tym rejonie.

Rosjanie uderzając na białoruskim obszarze działań wojennych wychodzącym z bramy smoleńskiej, mogą zwinąć cały polski front i przenieść wojnę – jak już wiele razy w historii bywało – nad środkową Wisłę, a więc do serca Rzeczypospolitej, paraliżując przez to główne ośrodki jej siły politycznej i obronnej.

Brama wejściowa z polskiego obszaru rdzeniowego w kierunku na bramę smoleńską to efekt układu jezior, rzek oraz terenów lesistych i nizinnych północno-wschodniej Polski. Przesmyk suwalski to teren między Niemnem, obwodem kaliningradzkim a niegdyś granicą pruską, z licznymi jeziorami, ciągnącymi się pasem z północy na południe, z których największe znajdują się wokół Augustowa i w pobliżu systemu Kanału Augustowskiego. Od Suwałk na południe biegnie błotnista smuga wzdłuż granicy – wielka Puszcza Augustowska. Dalej w kierunku Litwy przesmyk suwalski przeistacza się w drobniejsze, acz gęsto występujące wzgórza, ciągnąc się za obecną granicę litewską aż po Mariampol i stanowiąc idealne miejsce do spotkaniowej bitwy czołgowej w dogodnym dla czołgów terenie. Tam obszar ten łączy się z lasami schodzącymi do Kowna.

 

Na przesmyku suwalskim trudno dokonać koncentracji wojsk. Augustów zajmuje najbardziej doniosłe położenie, ściśle ryglujące komunikację w tym obszarze, bo miasta nie da się tak po prostu ominąć w wypadku działań wojennych toczących się o kontrolę nad tym przejściem. Na dodatek jego położenie i topografia wspaniale nadają się do tego, by Augustów zamienić w twierdzę blokującą jakikolwiek ruch przeciwnika.

 

Głównym wejściem pomiędzy Białymstokiem i Wołkowyskiem Polska weszła w swej historii wojskowej na białoruski teatr działań wojennych i dalej w kierunku bramy smoleńskiej oraz przekroczyła Dźwinę starym polskim szlakiem, w najwęższym przejściu pomiędzy błotami Biebrzy i Narwi a Puszczą Białowieską. Dalej szlak wiódł z Baranowicz na Mińsk, a północna jego odnoga z Lidy przez Wilejkę lub wprost z Wilna na Połock – na górny zawias bramy smoleńskiej.

Przerwa między górnym Dnieprem a Dźwiną, tworząca bramę smoleńską, ma około 80 kilometrów szerokości i jest to nizinna równina pokryta lasami i poprzecinana rzeczkami oraz w jednej trzeciej szerokości przegrodzona błotami (Błota Weretejskie – 25 kilometrów długości i 15 kilometrów szerokości).

Brama smoleńska (fot. Wikipedia)

W pełni osłonięte i dogodne dla ruchu wielkich jednostek są zwłaszcza strefy nadbrzeżne Dźwiny i Dniepru. Z rzeczek przecinających bramę istotne są jedynie Łuczosa i Kaspla. Każda z nich ma około o 20 metrów szerokości. Łuczosa (w górnym biegu zwana także Werchitą) bierze swój początek na północny wschód od Orszy w pobliżu Dniepru i przecina bramę smoleńską niemal przez całą szerokość, płynąc w brzegach przeważnie urwistych. Kaspla z kolei płynie na północny zachód i wpada do Dźwiny pod Surażem.

 

Obie rzeczki mogą stać się przeszkodami taktycznymi jedynie podczas obfitych wylewów. Przed bramą smoleńską od strony zachodniej w odległości 90–120 kilometrów znajduje się grupa Jezior Lepelskich, która kanalizuje ruch w kierunku przeprawy przez Berezynę pod Borysowem. Błotnista dolina Berezyny „zamyka” dostęp do bramy. Okolice Lepla są wielkim rozdrożem, z którego prowadzą naturalne szlaki na Moskwę. Jeden – południowy, mijając Dniepr po prawej stronie, przez bramę smoleńską wiedzie do Wiaźmy, a drugi – północny przez Witebsk i brzegiem Dźwiny prowadzi na Rżew.

 

Trakcyjna siła tej wielkiej drogi wiodącej ku Moskwie wyznacza kierunek przez trzy wielkie miasta obszaru: Mińsk, Witebsk i Smoleńsk. Tylko Homel leży nieco na uboczu tego szlaku. Brama smoleńska zasłaniała Rosję od Rzeczypospolitej i osłaniała odległą zaledwie o 480 kilometrów stolicę carów – Moskwę.

Znaczenie bramy smoleńskiej dla Rzeczypospolitej i Rosji można porównać do łatwiejszego do zrozumienia dla dzisiejszego czytelnika znaczenia wzgórz Golan dla Izraela i Syrii.

Jeśli charakterystycznie wyniesione ponad obszary sąsiednie wzgórza Golan należą do Izraela, to obszar rdzeniowy tego państwa w Galilei, w tym Jezioro Galilejskie, Tyberiada i dolina Jordanu, a nawet dolina Gilboa, jest w miarę bezpieczny i nie ma dla niego zagrożenia ze strony Syrii czy innych potęg korzystających z terytorium tego państwa. Co więcej jeśli wzgórza Golan są w rękach armii izraelskiej, to odległa o niecałe 50 kilometrów od wschodniego ich skraju stolica Syrii – Damaszek znajduje się w zasięgu bezpośredniego oddziaływania wojskowego ze wzgórz Golan, z dogodnej podstawy operacyjnej, w tym potencjalnie błyskawicznej ofensywy lądowej schodzącej „w dół” przez Kunetrę na Damaszek.

 

 

Taki rozwój wydarzeń stanowiłby koszmar strategiczny dla Damaszku. Gdyby z kolei wzgórza Golan miała w swoich rękach Syria, jak było przed wojną 1967 roku, wówczas izraelski obszar rdzeniowy nie mógłby się należycie rozwijać (osady i kibuce w Galilei położone blisko wzgórz Golan były przed 1967 rokiem stale niepokojone na skutek syryjskich działań wojskowych), a w razie symetrycznej wojny i inwazji lądowej natychmiastowe niebezpieczeństwo zajęcia groziłoby całemu obszarowi Izraela od granicy z Libanem przez Galileę po granicę z Jordanią i dolinę Gilboa, skąd zresztą nie jest wcale tak daleko do Tel Awiwu czy wybrzeża Morza Śródziemnego.

Wzgórza Golan (Fot. Yuri Loginov, Pexels)

Widać to było wyraźnie w czasie wojny Jom Kipur w 1973 roku, zwanej przez Arabów wojną ramadanową. Armia izraelska została zaskoczona jednocześnie na froncie egipskim oraz syryjskim i nie dysponowała wystarczającymi siłami, by zapobiec przelaniu się wojsk pancernych Syrii przez południową część wzgórz Golan, co groziło rychłym zajęciem przez Syryjczyków Deganii oraz Tyberiady na brzegu Jeziora Galilejskiego. Skutkowało również w rzeczywistości ewakuacją ludności w głąb Izraela.

Ofensywa mająca na celu przełamanie obrony południowych wzgórz Golan i następnie zjazd ze zboczy płaskowyżu na zachód wprost do serca Izraela została wysiłkiem rezerwistów izraelskich wchodzących do działań wojennych powstrzymana dosłownie w ostatniej chwili.

 

Wystarczy sobie także wyobrazić, jaka byłaby sytuacja z punktu widzenia interesu Izraela, gdyby wzgórza Golan wróciły we władanie Syrii w wyniku rozmów pokojowych kilkanaście lat temu. Dziś trwałaby tam – podobnie jak w całej Syrii – wojna domowa, co oznaczałoby automatyczną destabilizację, a wzgórza niekontrolowane należycie z Damaszku stałyby się wiszącym nad obszarem rdzeniowym Izraela rozsadnikiem zagrożenia. W szczególności w sytuacji, gdyby – jak twierdzą często przedstawiciele Izraela – wrogi Izraelowi Iran stał się dominującą potęgą na rozdartym wojną obszarze Syrii.

Ten przykład pokazuje dobitnie, na czym polega znaczenie strategicznych stref buforowych i że nie jest to kwestia teoretyczna albo znana jedynie z annałów. Od istnienia tych stref zależy pomyślność i bezpieczeństwo innych obszarów, przez nie osłanianych.

Na wschód za bramą smoleńską kraj staje się wyższy i suchszy, aż do środkowej części Wyżyny Środkoworosyjskiej. Przed bramą od zachodu okolice Lepla obfitują w jeziora, które tworzą przeszkodę utrudniającą posuwanie się w głąb bramy smoleńskiej od strony Rzeczypospolitej. Większa grupa jezior znajduje się także na lewym brzegu Dźwiny pomiędzy Połockiem a Bieszenkowiczami. Stanowi ona dogodny punkt obrony skrzydła bramy wśród nielicznych wzniesień luźno porozrzucanych, o spadkach łagodnych i falującym horyzoncie, w terenie idealnym do prowadzenia wojny czołgowej.

 

 

Od Orszy Dniepr płynie szeroką doliną z obfitymi wylewami na wiosnę, licznymi starorzeczami, jeziorkami i jamami. Tutejsze drogi prowadziły tradycyjnie po groblach. W przeciwieństwie do nigdy nie nadającej się do brodzenia Wisły, w czasie suszy można było forsować brody Dniepru aż do ujścia Berezyny. Berezyna do ujścia jednego ze swoich dopływów – Hajny płynie w brzegach błotnistych, porośniętych krzakami, z małą liczbą miejsc sprzyjających jej forsowaniu i w ogóle jest trudna do przejścia. Dogodny punkt przeprawowy znajduje się w Borysowie – znanym dzięki legendzie odwrotu Wielkiej Armii jesienią i zimą 1812 roku. Wzdłuż rzeki ciągnęły się kompleksy leśne, trudne do przejścia, coraz szersze ku południowi. Wzmagają one znaczenie tej rzeki jako linii obronnej. Dolna Prypeć w ogóle nie ma brodów. Natomiast Dźwina dla odmiany ma ich całkiem dużo.

Ciekawe, że – jak opisał Władysław Sikorski w swoich wspomnieniach z wojny 1920 roku – w miarę odnoszenia sukcesów na Wschodzie w wojnie 1919–1921 „śniły się” niektórym w Polsce wschodnie granice sprzed rozejmu andruszowskiego z XVII wieku. Granice wybiegające znacznie nawet poza strategiczną linię Dźwiny i Dniepru i sięgające aż po Wielkie Łuki, Wiaźmę, Briańsk czy Połtawę na południu. Inni za plan minimum uważali przynajmniej stare granice dawnej Rzeczypospolitej sprzed I rozbioru.

Dnieper w Kijowie (fot. Pxhere)

Wraz z rewolucją w sprawach wojskowych (RMA), gdzie punktem ciężkości jest rosnąca rywalizacja o system świadomości sytuacyjnej w nowoczesnej bitwie zwiadowczej na całym pomoście bałtycko-czarnomorskim ze sworzniową (krytyczną), bo komunikującą i spinającą cały wschodni front rywalizacji z Rosją od Morza Czarnego po Morze Bałtyckie, rolą Polski, musimy we własnym planowaniu i rozpoznawaniu działań, ćwiczeń i dyslokacji przeciwnika ponownie wrócić myślami do granic strategicznych dawnej Rzeczypospolitej i do smoleńskiej bramy wypadowej, z której szybki manewr przeciwnika w kierunku doliny Wisły zagraża naszej niepodległości. Znaczenie tych miejsc znów jest i będzie coraz bardziej odczuwalne.

 

Będziemy w tym myśleniu kontynuować dorobek poprzednich wieków i wielkich wodzów Rzeczypospolitej.

Materiały do pobrania
pdf
Brama smoleńska a wzgórza Golan

Wbrew temu, co często myślą wyborcy lub po prostu przeciętny Kowalski, przywódcy polityczni nie są w swoim działaniu wolni.

Przeciwnie, wpleceni w sieć zagranicznych czy krajowych uwarunkowań i poddani naciskom różnych grup interesu, funkcjonują w gmatwaninie wynikających z tego napięć, które powodują, że zachowują się w określony, prawdopodobny, często wręcz przewidywalny sposób, a wszystko po to, by mieć „sprawczość”, którą umożliwia zajęcie pozycji na „samym szczycie”. A potem, aby tę sprawczość niemal za wszelką cenę utrzymać. Tu ogromne znaczenie ma „dystrybucja szacunku”, która decyduje, jakie zachowania prowadzą do osiągnięcia przywództwa.

 

 

Dotyczy to zwłaszcza państw małych i średnich, niepodmiotowych, czyli w szczególności takich, które są zależne w zakresie bezpieczeństwa lub gospodarki od obcego mocarstwa. Z mocarstwami jest inaczej. Mogą one nawet być formalnie przyjazne lub wręcz sojusznicze, lecz nie zmienia to faktu, że w sposób naturalny dbają o własne interesy i dążą do możliwie szerokiego kontrolowania sprawczości słabszego i zależnego od siebie organizmu, tak by obsługiwał on właśnie jego, mocarstwa, interesy.

 

 

W ciągu ostatnich 300 lat często zdarzało się to niestety także w Polsce. Nasze położenie geograficzne nie ułatwiało przywódcom właściwego prowadzenia spraw kraju. Było tak choćby za panowania Stanisław Augusta czy w dobie reform Sejmu Wielkiego, gdy najpierw w oparciu o Rosję próbowano prowadzić politykę krajową, a potem krótko w oparciu o Prusy wprowadzać reformy związane z Konstytucją 3 Maja. Albo w czasach napoleońskich, gdy usiłowano budować państwo i jego pozycję międzynarodową, opierając się na Francji Napoleona. Czy w PRL, gdy władza narzucona i gwarantowana przez Związek Sowiecki znajdowała oparcie dla swojej „siły krajowej” w Moskwie.

Pragnąc państwa podmiotowego i niepodległego, w którym podejmuje się suwerenne decyzje, aby w ten sposób budować własną potęgę, należy codziennie uważać, aby nie popaść w zależność nawet od bliskich sojuszników.

Aby nie okazało się, że niepostrzeżenie kraj zaczął realizować nie swoją politykę, lecz jakiś wycinek większej gry silniejszego, zaprzyjaźnionego mocarstwa, stając się przedmiotem tej gry lub pionkiem per procura. Dotyczy to zwłaszcza spraw istotnych dla bezpieczeństwa w regionie. Od początków cywilizacji aż do XXI ta prawidłowość się nie zmieniła, przywódcy Rzeczypospolitej powinni o tym pamiętać.

 

 

Zjawisko podporządkowania interesów zaczyna się pojawiać wtedy, gdy „uźródłowienie dystrybucji szacunku” i percepcji siły jakiegoś krajowego polityka lub stronnictwa „sytuuje się” w zagranicznych stolicach, a pozycja we własnym środowisku politycznym w państwie podporządkowywanym zaczyna zależeć od oceny tego polityka czy stronnictwa, a także ich otoczenia i poglądów, przez zagranicznych decydentów mających wpływy i władzę w stolicy dominującego mocarstwa. Albo – co jest jawnie szkodliwe – nawet przez ambasadora obcego mocarstwa, który zyskuje możliwość manipulowania polityką i personaliami w kraju, w którym pełni swoją misję.

 

 

To wszystko przekłada się na ocenę „siły i znaczenia” tego konkretnego człowieka przez jego nadzwyczaj spostrzegawczych w takich sprawach współpracowników w jego stronnictwie politycznym w kraju, zawsze przecież w tym pełnym rywalizacji środowisku gotowych do przeszkodzenia mu w drodze na szczyt lub do zrzucenia go ze szczytu. Gdy tylko poczują, że „waga” (potęga, czyli sprawczość) danego lidera nie znajduje oparcia w źródle siły (nazywam to na potrzeby tego wywodu „uźródłowieniem dystrybucji szacunku”), jakie stanowi dominujące nad państwem obce mocarstwo, natychmiast pojawiają się knowania, spiski, zdrady, kłamstwa, intrygi i oszczerstwa; paleta możliwości jest tu zaiste nieograniczona.

 

 

Ciesząc się „wsparciem” zewnętrznym, taki polityk zyskuje większy „autorytet” niż inni krajowi politycy, osiąga wyższą pozycję w grze statusowej, tyle że z nadania zewnętrznego mocarstwa, które ma wyższy status niż Rzeczpospolita. „Autorytet” zbudowany w ten sposób jest twardą walutą w „obrocie” politycznym słabszego państwa. Jest niczym pieniądze, wiedza czy realne osiągnięcia zawodowe w innego rodzaju relacjach między ludźmi. Powoli od utrzymywania dobrych stosunków z obcym mocarstwem zaczyna zależeć kariera polityczna polityka w kraju. A obce mocarstwo dostaje w zamian władzę nad nim, a z czasem także nad polityką słabszego państwa.

Co gorsza, inteligentni politycy o wybitnych zdolnościach przywódczych sami wychwytują to „uźródłowienie” i nader często ulegają pokusie budowania własnej potęgi wobec swoich współpracowników i rywali politycznych (środowisko rywalizacyjne!) w kraju w oparciu o „dystrybucję szacunku” pochodzącą od mocarstwa.

To niestety z czasem uprzedmiotawia politykę państwa wobec mocarstwa, powodując rozziew pomiędzy jego realnymi interesami a interesami dominującego coraz bardziej mocarstwa.

Gdy stan ten trwa dostatecznie długo, trudne staje się przeforsowanie czegokolwiek ze względu na dysproporcje w grze statusowej.

Każdy polityk krajowy (motywowany w swym patriotyzmie rozumną chęcią realizacji interesu Rzeczypospolitej) boi się starcia z kimś, kto cieszy się większym autorytetem w opinii swoich kolegów partyjnych, od których niczym w samonakręcającym się przerażającym mechanizmie zależą kariera i status tego patriotycznego polityka.

 

 

Zadziwiające, ale w grze między ludźmi zajmującymi się polityką działa to niemal bez wyjątków. „Treść” schodzi na dalszy plan, zaczynają dominować „forma” i „opinia o”, wyznaczające parametry gry statusowej i jej zhierarchizowanie. Dla porządku należy dodać, że pierwszą ofiarą takiego rozwoju sytuacji jest zawsze prawda i dążenie do niej. Ale przecież nie o tym jest mój felieton…

 

 

Przykładem ingerencji zewnętrznej w nasze wewnętrzne sprawy była próba wpływu Habsburgów na politykę znajdującej się w rozkwicie Rzeczypospolitej w czasie dominacji tego domu panującego w Europie u schyłku XVI wieku. Rzeczpospolita miała wówczas oczywiście własne potrzeby i aspiracje, czyli innymi słowy – interesy, ale Habsburgowie posiadali w kraju silne stronnictwo. Popychało ono kraj w kierunku realizacji polityki antytureckiej, z korzyścią dla interesów Habsburgów. Tymczasem po pierwsze nad Wisłą wojny z Turcją się obawiano, po drugie orientacja antyhabsburska króla Stefana Batorego i kanclerza Jana Zamoyskiego też miała zapewne docelowo antytureckie intencje, ponieważ wynikała z rywalizacji o najbardziej wysunięte rubieże południowo-wschodnie Rzeczypospolitej. Z tym że dla Turków ekspansja na polskie ziemie była jedynie akcją flankującą ujściem Prutu i Dniestru ich główne postępy wzdłuż doliny Dunaju, więc Rzeczpospolita dysponowała wobec tureckich zapędów na tym kierunku stosowną głębią strategiczną, zanim ekspansja zaczęłaby zagrażać żywotnym interesom kraju. Przeto interesy naszej ojczyzny nie były zbieżne z interesami cesarstwa Habsburgów, dla którego powstrzymanie Turcji zmierzającej na ich obszar macierzysty było sprawą kluczową. Z tego powodu zarówno król Stefan Batory, jak i kanclerz Zamoyski chcieli dokonać wyboru momentu rozprawy z niebezpieczeństwem otomańskim w zależności od potrzeb Rzeczypospolitej, a nie od wygody i interesów cesarstwa.

 

 

Rezultatem był okres napięć pomiędzy Rzecząpospolitą a Habsburgami, którzy ingerowali w wewnętrzne sprawy Polski, ich naciski na elekcję oraz trudne relacje króla Zygmunta III Wazy ze starym kanclerzem Janem Zamoyskim, których kulminacją z różnych zresztą dodatkowych powodów, w tym z powodu otwartego niezadowolenia części szlachty z polityki Zygmunta III po śmierci Zamoyskiego, był otwarty konflikt – rokosz Zebrzydowskiego w latach 1606–1607, a zatem de facto wojna domowa.

 

 

W skrajnych wypadkach opisywane wyżej zjawisko budowania własnej pozycji politycznej w kraju w oparciu o mocarstwo zewnętrzne kończyło się dla Polski Targowicą lub instalowaniem przychylnych Sowietom stronników przy użyciu sowieckich czołgów, jak w latach 1944–1945, czyli, krótko mówiąc, utratą niepodległości.

 

 

Mocarstwa mają długą tradycję manipulowania innymi państwami, tworzenia w nich w ten sposób swoich wpływów i podporządkowywania ich sobie. Tak podporządkowanymi państwami łatwo oczywiście sterować z zewnątrz.

Jest wiele przykładów państw znajdujących się z strefie imperialnych wpływów obcego mocarstwa. Rzeczypospolitej zdarzało się to już nie raz i nie dwa, dlatego codziennie należy mieć się na baczności wobec wszystkich mocarstw, w tym sojuszniczych.

Trzeba nieustannie sprawdzać, czy się w taką zależność od nich nie popada, stając się stopniowo bezwolnym przedmiotem ich gry, z czasem naprawdę niebezpiecznej. Dotyczy to interesów gospodarczych oraz bezpieczeństwa, często oczywiście obu sfer naraz.

 

 

W zakresie bezpieczeństwa jest to szczególnie groźne, gdyż w grze o równowagę strategiczną, stale poszukiwaną przez mocarstwa, a przecież tak chwiejną, kraj podporządkowany jest rachowany w obozie swojego patrona, chociaż o tym nie wie albo co prawda wie, ale nie chce być tak rachowany. I wcale to nie musi być dla niego wygodne w danym momencie lub w danej kwestii. Zwłaszcza gdy patron jest daleko, a zagrożenie blisko.

Należy pamiętać, że biorcę od dawcy uzależnia geopolitycznie zwłaszcza współpraca w sferze wojskowo-zbrojeniowej, albowiem tworzy wpływy, kreuje „lewar” (instrument nacisku) dawcy nad poczuciem bezpieczeństwa biorcy, co więcej, daje możliwość sterowania biorcą poprzez codzienne subtelne dawanie do zrozumienia, kto od kogo zależy.

Dostawy części zamiennych i uzupełnień do dostarczanego sprzętu wojskowego, szkolenia, programy pomocowo-finansowe. Od tego wszystkiego bardzo łatwo się uzależnić. Taka sytuacja ułatwia dawcy bezpieczeństwa i pomocy wojskowej budowanie wpływów i rozgrywanie gry statusowej polityków krajowych za pomocą wspomnianego już obdzielania własnym „autorytetem” (lub pozbawiania go).

 

 

To bywa niebezpieczne i nie powinno przesłaniać ogólnej potencji polityki wynikającej z sytuacji geopolitycznej i przyjętej geostrategii kraju, które stwarzają najczęściej więcej instrumentów do budowania potęgi niż tylko pomoc wojskowa od dawcy. Nie powinno też przesłaniać decyzji dotyczących ogólnego rozwoju kraju, polityki handlowej, rozwoju technologicznego i infrastrukturalnego.

Oczywistym przykładem takiego uzależnienia była sytuacja strategiczna PRL w czasie zimnej wojny. Można zaryzykować twierdzenie, że społeczeństwo jawnie sympatyzowało z Zachodem, a na pewno nie chciało wojny nuklearnej.

Gdyby jednak taka wojna wybuchła, Polska na skutek sowieckiego patronatu oraz swojego kluczowego położenia geograficznego stałaby się poligonem dewastujących uderzeń jądrowych ze strony USA i NATO.

 

 

Uwarunkowania geopolityczne oraz tarcia pomiędzy krajowymi grupami interesów zakreślają przestrzeń działania przywódcy. Zawsze jest ona bardzo mała, nader często skrajnie mała i beznadziejne ograniczona. I właśnie po tym poznaje się wielkich przywódców, że rozumiejąc ciasny kaganiec rzeczywistości, potrafią pośród tych ograniczeń wyrębywać przestrzeń i pole manewru, podejmować decyzje. Wszystko po to, by wzmacniać potęgę swojego państwa, któremu są wierni i któremu służą.

 

 

W ten sposób zmieniają historię. Zapisując się w jej annałach i zaświadczając o potędze ducha ludzkiego.

Materiały do pobrania
pdf
Gra statusowa

Za kupcami nadciągają żołnierze. Na skutek rozbudowy łańcuchów dostaw i powiązań gospodarczych rosną wpływy, czyli projekcja siły politycznej, która to siła z czasem zaczyna być wspierana przez wojsko.

Wraz ze wzrostem potęgi gospodarczej i rozwojem kontaktów międzynarodowych, które ten wzrost napędzają, rośnie potrzeba projekcji siły wojskowej odpowiadającej rosnącym wpływom w świecie. To nieubłagane prawo geopolityczne, którego prawdziwości historia dowiodła nie raz. Dotyczy to zwłaszcza światowej magistrali przepływów strategicznych, czyli Oceanu Światowego, na którym ogniskuje się ruch towarów i kapitału oraz przerzuty wojska.

 

Jeśli chodzi o rozpoczętą rywalizację amerykańsko-chińską, to uwaga świata skupiona jest na chińskich systemach antydostępowych na Morzu Wschodniochińskim i Południowochińskim. Interesujące są także ambicje chińskie na Oceanie Indyjskim, zaspokajane w ramach strategii Sznura Pereł, czyli rozbudowy portów i baz zaopatrzeniowych dla floty i piechoty morskiej Państwa Środka wzdłuż morskiej linii komunikacyjnej z Europy, Afryki i Bliskiego Wschodu do Chin, na podobieństwo niegdysiejszych stacji węglowych dla brytyjskiej marynarki w dobie kolonialnej. Agencje informacyjne donoszą nieustannie o postępach w tworzeniu lądowego odcinka Pasa i Szlaku, o broni hipersonicznej, testowaniu rakiet balistycznych do zwalczania lotniskowców amerykańskiej floty, wreszcie o chińskim progresie w implementacji 5G.

 

Tymczasem zainteresowanie Pekinu sięga już również zachodniej półkuli. Karaiby, Kanał Panamski, wyspy na Atlantyku, zachodnie wybrzeże Afryki – wszędzie tam pojawiają się chińskie delegacje polityczne i biznesowe.

Alfred T. Mahan ponad sto lat temu gorąco orędował, by rosnące młode mocarstwo amerykańskie zbudowało Kanał Panamski. Miało je to uczynić potęgą globalną na Pacyfiku i Atlantyku zarazem. Co by powiedział Mahan, gdyby zobaczył przywódcę Chin – Xi Jinpinga – gdy ten w grudniu 2018 roku obserwował otwarcie nowych śluz na Kanale Panamskim?

Dysponenci chińskiego kapitału i chińskie firmy logistyczno-transportowe mają coraz więcej do powiedzenia, jeśli chodzi o infrastrukturę tego kanału, służącą do obsługi połączeń między Atlantykiem a Pacyfikiem i odpowiadają za większość przepływów strategicznych z jednego oceanu na drugi. Dość powiedzieć, że chińskie wpływy w obrębie Kanału Panamskiego mogą się odbić znacząco na przykład na możliwości przerzutu okrętów US Navy z Pacyfiku na Atlantyk i odwrotnie.

 

Wedle postulatów Alfreda T. Mahana osiągnięcie i utrzymanie tej możliwości warunkowało budowę imperium USA na początku XX wieku. Po ataku na Pearl Harbor Japończycy chcieli jej Amerykanów pozbawić, planując zablokowanie lub zniszczenie kanału. Miało to przypieczętować japońskie zwycięstwo w wojnie na Pacyfiku.

W czasie II wojny światowej Amerykanie potrzebowali projekcji swojej siły wojskowej do Europy. Potem chcieli utrzymać pod kontrolą morskie i powietrzne linie komunikacyjne przez Atlantyk, ponieważ stanowiły one fundament jedności i łączności świata transatlantyckiego oraz prawdziwe spoiwo NATO.

Z tego właśnie powodu budowali bazy wojskowe i przerzutowe na Azorach i na Islandii oraz w zachodniej Europie. W ten sposób zamykali północny Atlantyk, czyniąc z niego swoje wewnętrzne jezioro, będące jednym z wyznaczników ich globalnej potęgi.

 

Dlaczego zatem za prezydentury Baracka Obamy Amerykanie opuścili bazę Lajes Field na Azorach, położonych około tysiąca mil od Portugalii i 2500 mil od wybrzeży Stanów Zjednoczonych? Niedługo potem zaczęli ten archipelag odwiedzać wysocy rangą przedstawiciele Pekinu. Sam premier Chin – Li Keqiang – omawiał inwestycje na Azorach, w szczególności w porcie Terceira oraz właśnie w Lajes Field, na dawnym lotnisku US Air Force. Taksówkarze, hotelarze czy restauratorzy na wyspach nieustannie mówią o tutejszych wizytach chińskich biznesmenów, mają bowiem nadzieję na poprawę koniunktury i wielkie zyski z obecności Chin w tej części Atlantyku

Władze ChRL i tamtejsi biznesmeni dobrze rozumieją, że infrastruktura zwiększająca skomunikowanie jest dla przepływów strategicznych niczym system naczyń krwionośnych, bez których nie może się obejść współczesna gospodarka. Infrastruktura nie tylko generuje zyski i zależne od siebie łańcuchy dostaw, lecz z czasem wpływa także na polityczne procesy decyzyjne na danym obszarze.

Dlatego właśnie firmy chińskie wydłużają na przykład pas startowy w São Tomé – stolicy Wysp Świętego Tomasza i Książęcej w Zatoce Gwinejskiej u zachodniego wybrzeża Afryki, odkrytych jeszcze przez portugalskich żeglarzy, którzy płynąc w XV wieku wokół Czarnego Lądu, szukali nowej drogi do Indii. Coraz częściej pojawiają się Chińczycy również na Wyspach Zielonego Przylądka (które zresztą dołączyły niedawno do inicjatywy Pasa i Szlaku), położonych 450 kilometrów na zachód od wybrzeży Afryki, tak samo odkrytych i zaludnionych przez portugalskich osadników niemal 600 lat temu i przez ponad dwa wieki będących centrum światowego handlu niewolnikami pomiędzy kontynentami.

Niedawno na Oceanie Atlantyckim zaczęły się pojawiać regularnie chińskie okręty oceanograficzne, aby robić mapy dna morskiego i wyznaczać trasy okrętowe. To oznacza, że niebawem należy się tam spodziewać stałych patroli okrętów podwodnych.

Zresztą epizody obecności tych okrętów na Atlantyku już miały miejsce. Nie tak dawno chiński okręt podwodny celowo dał się zlokalizować, po czym wyłączył sygnalizatory pozycji i zniknął pod falami oceanu. Tymczasem nie ma jeszcze procedury śledzenia wszystkich okrętów podwodnych Chin przez okręty podwodne Stanów Zjednoczonych czy NATO, jak to miało miejsce z sowieckim okrętami podczas zimnej wojny.

 

Amerykanie byli obecni na północnym Atlantyku przez cały prawie XX wiek. Kluczową wyspą komunikującą pomiędzy kontynentami jest tu Islandia. W latach 1951–2006 stacjonowało na niej nawet pięć tysięcy amerykańskiego personelu. Naval Air Station Keflavik było ogromnym centrum zwalczania sowieckich okrętów podwodnych położonym niedaleko strategicznego przejścia z sowieckiego bastionu na Morzu Barentsa na arktycznej północy przez Morze Norweskie na otwarty Atlantyk pomiędzy Islandią, Grenlandią a Wyspami Brytyjskimi (stąd skrótowa nazwa tego przejścia oceanicznego – GIUK – od pierwszych liter Grenlandii, Islandii i Zjednoczonego Królestwa). Tędy Sowieci wychodzili ze swojego arktycznego bastionu, aby przecinać linie komunikacyjne na północnym Atlantyku, których przebieg był fundamentem jedności świata transatlantyckiego.

 

Co prawda niedawno marynarka wojenna USA postanowiła ponownie operować z Islandii przy pomocy samolotów P-8 Poseidon przeznaczonych do długotrwałego patrolowania rejonów morskich oraz do zwalczania okrętów podwodnych, a w 2018 przywróciła do życia 2 Flotę powołaną do działań w północnej części Atlantyku, ale jest to już wyłącznie cień dawnej obecności. Tymczasem Chiny starają się budować wpływy (na razie gospodarcze) na Islandii. To samo robią na Grenlandii; interesują się zwłaszcza eksploatacją obecnych tam rzadkich minerałów.

 

Ostatnio świat obiegła informacja, że firma Huawei położyła kabel do przesyłania danych na dnie Atlantyku pomiędzy Afryką a Ameryką Południową, a dokładnie między Kamerunem a Brazylią. Pojawiają się pogłoski, że Chińczycy kładą także kabel z Pakistanu do Kenii i rzekomo z Dżibuti do Francji. Do tej pory takie prace i umożliwiające je technologie były domeną zachodnich i japońskich firm.

Warto przy tym pamiętać, że ponad 95 procent globalnej transmisji danych, odpowiadających za strategiczne przepływy danych, informacji, technologii, wiedzy i za część obrotu handlowego, dokonuje się kablami położonymi na dnie oceanów.

Satelity odpowiadają za mniej niż pięć procent przesyłanych danych. Eksperci uważają, że bardzo trudno jest przechwycić informacje przesyłane światłowodem biegnącym dnem oceanu. Dużo łatwiej podłączyć się do kabli przesyłowych pomiędzy stacjami naziemnymi i przechwytywać płynące nimi dane. Na dnie oceanów znajduje się około 400 znanych kabli, które łączą kontynenty, państwa i firmy, służąc różnym interesom. Nieznana jest natomiast liczba kabli tajnych, używanych do celów wojskowych.

 

Teraz, gdy rozpoczęła się między USA a Chinami walka o globalną dominację, również dno oceanów stanie się jej areną. To nic nowego. Pierwsze, co zrobiła Wielka Brytania w obu wojnach światowych, to przecięła zaraz na ich początku niemieckie kable podmorskie, by uniemożliwić Niemcom komunikację ze światem. Po I wojnie światowej zarysował się gorący spór pomiędzy jej zwycięzcami o to, kto przejmie podmorskie kable po II Rzeszy. Wszyscy wiedzieli, że z kontroli kabli oraz możliwości przesyłania nimi danych płyną wielkie geopolityczne korzyści. Na przykład Japonia przejęła od pokonanych Niemiec kabel położony pomiędzy wyspą Yap na południowym Pacyfiku a Szanghajem. Był to fundament pod rozwój jej własnego systemu telekomunikacyjnego o międzynarodowym zasięgu, dzięki któremu w dwudziestoleciu międzywojennym Japonia mogła konkurować z Ameryką o dominację „kablową” na Pacyfiku.

Jeśli do coraz bardziej złożonego obrazu rywalizacji na Atlantyku dołożymy coraz częstsze wizyty chińskiej floty na Morzu Śródziemnym oraz Czarnym czy nawet na Bałtyku, wreszcie ostatnią wizytę we francuskim Tulonie i na kanale La Manche, to okaże się, że łącznik Morza Śródziemnego między Indo-Pacyfikiem a Oceanem Atlantyckim ma coraz większe znaczenie w nowej grze o przewagę.

Jeśli natomiast nałożymy na to jeszcze obraz rosyjskich sił wydzielonej części floty czarnomorskiej, które pojawiają się na Morzu Śródziemnym, może się niebawem okazać, że wąska Cieśnina Sycylijska dzieląca Morze Śródziemne na dwie części stanie się granicą stref wpływów między sojuszem chińsko-rosyjskim a zachodnimi flotami. Kto wie, czy nie z Włochami jako języczkiem u wagi z ich sworzniowym położeniem w Medyteranie?

 

W chińskim myśleniu strategicznym postrzega się Ocean Atlantycki jako strategiczny ocean zajmujący rdzeniowe miejsce na globie. Uważa się w Chinach, że chińska flota powinna wejść na Atlantyk i wyznaczyć zewnętrzną linię morską oraz rozwijać relacje ze wszystkimi państwami strefy Atlantyku, tak aby przeciwdziałać amerykańskiemu powstrzymywaniu polityki i ekspansji gospodarczej Chin. Wszystkie punkty końcowe Pasa i Szlaku znajdują się właśnie na Atlantyku. A im więcej współzależności i skomunikowania (connectivity), tym mniejsza przewaga amerykańska. Ponadto do wykorzystania pozostaje ogromny drzemiący potencjał wymiany gospodarczej między Afryką a Ameryka Południową.

Kto wie, może w przyszłości portem chińskiej floty na Atlantyku będzie Walvis Bay w Namibii? Jedyny port głębokowodny w tym regionie. Miejsce stacjonowania brytyjskiej floty przez 138 lat. Zresztą chińska flota już gościła w Walvis Bay po zakończonej misji w Zatoce Adeńskiej.

Tymczasem pojawiły się pogłoski o tajnych listach i rozmowach między Namibią a ChRL. Chiny już teraz korzystają z infrastruktury w Namibii do śledzenia satelitów, działają w tym kraju kopalnie uranu na potrzeby Chin. Chińczycy otwierają sklepy i firmy reprezentujące rozmaite branże, a rząd Namibii przychylnie spogląda na chińskie inwestycje.

 

Operowanie z portu w Namibii może zmienić układ sił morskich na południowym Atlantyku. Argentyna po drugiej stronie oceanu nie jest sojusznikiem USA ani Wielkiej Brytanii. RPA nie można już uważać za pewnego sprzymierzeńca Zachodu w razie kryzysu zbrojnego z Chinami, a dostęp dla flot zachodnich do baz morskich w Simonstad, Port Elizabeth i Durbanie nie jest już taki oczywisty.

Z portu w Walvis Bay chińska flota mogłaby kontrolować ruch wokół Przylądka Dobrej Nadziei, a nawet wokół przylądka Horn i w ten sposób mieć pod kontrolą najważniejsze szlaki komunikacyjne prowadzące na północny Atlantyk, do obu Ameryk, Afryki i Europy. W XX wieku Niemcy i Sowieci marzyli o takiej bazie. Chiny są być może o krok od jej posiadania.

Do pewnego stopnia pocieszający jest fakt posiadania przez RAF lotniska Wideawake Airfield na Wyspie Wniebowstąpienia, które łączy Falklandy z Wyspą Świętej Heleny i Afryką. Jego bliskość do Walvis Bay może być pomocna w czasie prowadzenia misji rozpoznawczych nad tym portem, gdyby znalazł się on w przyszłości w rękach Chińczyków. Wyspy Wniebowstąpienia, Świętej Heleny i Bermudy dają niejakie możliwości przy dokonywaniu rozpoznania lotniczego i patrolowaniu morza za pomocą samolotów P-8 Posejdon na Południowym Atlantyku. Mogą być także przydatne dla okrętów floty.

 

Trzeba jednak pamiętać, że takie misje w grze w go, którą wyraźnie i w skali globalnej rozgrywają Chińczycy, mogą spowodować, że amerykański pivot na Pacyfik – ze względu na rozproszenie amerykańskiej atencji strategicznej i środków oddziaływania – osłabnie za stosunkową niską cenę jednej chińskiej bazy morskiej w Namibii, która z kolei wzmocniłaby pivot Chińczyków na południowy Atlantyk i ich obecność na tym oceanie.

 

Takie właśnie geostrategiczne rozgrywki staną się prawdopodobnie normą w nadchodzących latach rywalizacji wielkich mocarstw.

Materiały do pobrania
pdf
Chiny na Atlantyku

Pod koniec lipca w Warszawie miałem okazję porozmawiać dłużej z człowiekiem z jednego z krajów środka Eurazji.

(Fot. ze zbiorów autora)

Kraj ten jest objęty inwestycjami infrastrukturalnymi realizowanymi w ramach chińskiej inicjatywy Pasa i Szlaku (Nowego Jedwabnego Szlaku). Wysłuchałem uważnie jego uwag na temat oceny tej inicjatywy oraz postrzegania napiętej sytuacji strategicznej będącej wynikiem rozpoczętej rywalizacji amerykańsko-chińskiej o to, kto ustala globalne reguły gospodarcze i reguluje przepływy strategiczne w Eurazji. Kilka stwierdzeń przykuło moją uwagę i uznałem, że się nimi z Państwem podzielę.

Przede wszystkim rola Chin jawi się jako rola muskularnego olbrzyma z bardzo silnym i konsekwentnym przywództwem realizującym stałe cele.

Jest to perspektywa inna niż nam się wydaje w Europie, zważywszy na sytuację wewnętrzną w Chinach oraz na doniesienia zachodnich mediów związane z presją na gospodarkę Chin, a także na ostatnie doniesienia z Hongkongu na temat trwających w Delcie Rzeki Perłowej zamieszek i protestów. Okazuje się, że miejsce patrzenia ma kolosalny wpływ na nasze sądy!

Usłyszałem także, że władza Chin nad inicjatywą Pasa i Szlaku jest bardziej subtelna niż ta, jaką Europejczycy znają z czasów własnej kolonialnej przeszłości, gdy dominowali w strefie brzegowej Eurazji i w Afryce.

Wpływy, które Chiny budują w państwach położonych na trasie Pasa i Szlaku, nie mają – według mojego rozmówcy – przybierać kształtu konfliktów, w których Pekin narzucałby swoje rozstrzygnięcia, aby pokazać wszystkim, kto tu rządzi (jak mają w zwyczaju silniejsi partnerzy). Chińczycy postępują inaczej: dbając o wielość powiązań i coraz większą złożoność powstających zależności, osiągają swoje cele bez jawnego „przesilania” konfliktów. Taka strategia Chińczyków na pewno tonizuje niepokój ich słabszych partnerów. Ci, chcąc zapobiegać potencjalnemu wzrostowi chińskich wpływów, budowaliby regionalne koalicje mające na celu równoważenie w ten czy inny sposób potęgi politycznej Chin, a przede wszystkim konkretnych chińskich inwestycji.

W rozmowie zwrócono mi uwagę, że chińska, czy też w ogóle azjatycka, koncepcja wygrywania jest inna niż na Zachodzie. Koncepcja zachodnia (słyszałem i czytałem o tym już wiele razy) jest osadzona na zero-jedynkowym mechanizmie, który można streścić następująco: ja wygrywam – ty przegrywasz.

Chodzi zatem o definitywne i niebudzące wątpliwości rozstrzygnięcie: widać, że ktoś naprawdę przegrał, widać wyraźnie momenty, które przesądziły o zwycięstwie i porażce, oraz miejsca, gdzie się to dokonywało. I nie chodzi tu tylko o sprawy wojny i pokoju, lecz także o postępowanie w biznesie: podczas transakcji, przy zawieraniu umów, a na pewno wtedy, gdy dochodzi do uzgodnień, które stanowią jakiś początek czy sprawiają, że zaczyna się jakiś proces.

Tymczasem, jak mi cierpliwie tłumaczono, chińskie podejście do wygrywania jest „płynne”, ponieważ według Chińczyków wszystko w życiu na siebie nachodzi jednocześnie i jako takie jest nieoznaczone, a sprawy „płyną szeroko” niczym nurt rzeki.

Zatem również zwycięstwa są niejednoznaczne. Coś jest realnym zwycięstwem, a tak naprawdę wydaje się, zwłaszcza początkowo, porażką. W dłuższej perspektywie okazuje się jednak, że tyle mieści się w danym zjawisku czy sytuacji elementów, iż zwycięstwo „staje się” jasne dopiero wraz z upływem czasu, a nie jest „zadeklarowane” i „ogłoszone” lub aktem chwili i woli „uznane” czy też w jednym spektakularnym momencie „okazane”.

 

 

Również koncepcja porażki jest w związku z tym inna. Myślę, że warto o tym teraz pamiętać, przy pomocy bowiem zupełnie różnych map mentalnych możemy dzięki temu oceniać trwającą rywalizację o dominację w Eurazji. W myśl powyższej logiki przypominać może ona raczej wiecznie płynną grę o ogromnej liczbie podlegających ciągłym zmianom elementów, gdzie nie wiadomo, czy się przegrywa, czy wygrywa, a karty w grze nigdy nie są ostatecznie oznaczone.

Gdy już to zrozumiemy, przychodzi czas na pytanie, na jakich wobec tego kryteriach postępowania opiera się w swoich działaniach kierownictwo polityczne rywalizujących potęg. Innymi słowy – jak się „robi statecraft”, czyli jak się prowadzi sprawy państwa, zwłaszcza gdy stawka w grze jest taka wysoka?

Jeśli wierzyć mojemu rozmówcy, w Chinach mapy mentalne są zdecydowanie inne, niż nam się tu, w Europie, czy w Stanach Zjednoczonych wydaje. Warto pamiętać, że Chińczycy mogą na przykład inaczej rozumieć mechanizm pułapki Tukidydesa, mimo iż od czasu wydania sławnej książki Grahama Allisona o nieuniknionej wojnie USA i Chin wciąż o pułapce Tukidydesa (a raczej o tym, że chcieliby jej uniknąć) publicznie mówią, co sam słyszałem wielokrotnie na oficjalnych spotkaniach. To może prowadzić do błędnych kalkulacji strategicznych, dotyczących percepcji sytuacji przez elity w Pekinie i odwrotnie – błędów w rozumieniu postępowania Amerykanów przez liderów w Pekinie.

Materiały do pobrania
pdf
Widziane ze środka Eurazji

Latem 1914 roku europejski świat zmienił się na zawsze. Dotyczy to szczególnie Europy Środkowej i Wschodniej. Sierpień tego roku był początkiem końca europejskich imperiów kontynentalnych i w nieodległej przyszłości dał narodom pomostu bałtycko-czarnomorskiego szansę na niepodległość.

Niemiecki cmentarz wojenny w lesie niedaleko Zerbunia na Warmii (fot. ze zbiorów autora)

Przy okazji szansę taką zyskały również inne narody tej części Europy, które przez poprzednie kilka wieków były kolejno zgniatane przez zewnętrzne wobec regionu imperia: niemieckie, habsburskie, osmańskie i rosyjskie. Działo się to w nieustannym ruchu dośrodkowym imperiów, niweczącym marzenia narodów o własnej podmiotowości. Pod koniec XVIII wieku jako ostatnia uległa temu procesowi Rzeczpospolita Obojga Narodów, niegdyś wielkie imperium lądowe rozciągnięte na pomoście bałtycko-czarnomorskim. Ona też wyłoniła się na nowo z tumultu lat 1914–1921. Jako najsilniejsze z nowych państw Rzeczpospolita miała aspiracje odbudowania dawnego imperium lądowego, a przynajmniej jego sporej części.

 

 

Będąc w sierpniu tego roku na urlopie na Warmii niedaleko Biskupca, sporządziłem listę okolicznych cmentarzy po żołnierzach Wielkiej Wojny. Jest ich bardzo wiele, często skrytych głęboko w lasach, na malowniczych pagórkach, wśród licznych jezior, tak charakterystycznych dla tego regionu.

→
←
12345678 — 8

Niemieckie cmentarze wojenne i miejsca pochówku w lasach niedaleko Zerbunia (fot. ze zbiorów autora)

Kwatera żołnierzy carskiej armii na niemieckim cmentarzu wojennym, okolice Zerbunia (fot. ze zbiorów autora)

Najbardziej wysunięta na północ faza bitwy otwierającej starcia na froncie wschodnim, zwanej potem w literaturze przedmiotu bitwą pod Tannenbergiem, rozegrała się pod koniec sierpnia 1914 roku między Biskupcem, Czerwonką, Biesowem i Zerbuniem, na północ, zachód i wschód od dużego i popularnego obecnie wśród warszawskich letników jeziora Dadaj. Celem rosyjskiej ofensywy było zepchnięcie Niemców poza strategiczną linię Wisły. Manewr ten potwierdza jedną z prawidłowości polskiego teatru wojny i był powtarzany w kolejnych wojnach na terytorium Rzeczypospolitej. Prawidłowość ta polega na tym, że Wisła wraz z Nogatem oraz Malbork tworzą linię strategiczną odcinającą lub komunikującą walczące oddziały w zależności od tego, kto sprawuję kontrolę nad przeprawami przez nią.

Tablice pamiątkowe sławiące dokonania żołnierzy niemieckich w sierpniu 1914 roku, okolice Zerbunia (fot. ze zbiorów autora)

Pomimo zaangażowania ogromnych sił na froncie zachodnim we Francji Niemcy zdołali pokonać armię rosyjską latem 1914 roku. Bitwa pod Tannenbergiem miała jeszcze inne poważne następstwa. Rosyjska ofensywa w Prusach Wschodnich spowodowała wcześniejsze wycofanie z frontu zachodniego dwóch niemieckich korpusów, które co prawda nie zdążyły na pole bitwy z Rosjanami w sierpniu i zabrakło ich w momencie szczytowego niemieckiego zrywu na zachodzie – w ofensywie na Paryż (co być może uratowało w 1914 roku Francję), jednak we wrześniu wzięły już udział w kolejnej wielkiej kampanii nad jeziorami mazurskimi. Kampania ta miała przypieczętować klęskę armii rosyjskiej w Prusach Wschodnich i rzeczywiście do 15 września korpusy niemieckie wyszły na linię Niemna, wypychając Rosjan za tę przeszkodę operacyjną, która oddziela dawną Koronę od Litwy.

Niemcy działali w sposób zdecydowany, zachowując pełną koncentrację sił, skupiając je, zwłaszcza artylerię, w jeden potężny instrument wojny.

Rosjanie przeciwnie – działali w rozproszeniu i nigdy nie potrafili wykorzystać posiadanej przewagi liczebnej, nie stosowali żelaznej wojennej zasady ekonomii sił. Działo się tak przede wszystkim z powodu zacofania służb tyłowych i logistyki, która w dobie nowoczesnej wojny materiałowej ma bardzo istotne znaczenie. Rozciągnięcie sił i niezdolność do ich koncentracji znalazły się wśród przyczyn rosyjskich klęsk w Prusach Wschodnich podczas całej kampanii roku 1914.

 

 

Trudno nie mieć szacunku dla organizacji i sprawności ówczesnej kajzerowskiej armii. Choćby ze względu na sposób pochówku żołnierzy własnych, ale też przeciwnika, w lasach i na polach Warmii i Mazur. Tablice pamiątkowe po Wielkiej Wojnie zachowały się do dnia dzisiejszego, co widać na zdjęciach.

Nazwiska poległych armii niemieckiej brzmią nader często po polsku. Zresztą Polacy służący w armii niemieckiej w Wielkiej Wojnie pochodzili nie tylko z Warmii i Mazur, lecz także z Wielkopolski, Śląska i Pomorza.

W roku 1914 i w latach następnych ubrano w mundury w kolorze feldgrau nawet do 900 tysięcy Polaków. Prawdopodobnie ponad 100 tysięcy z nich zginęło. Polak Stanisław Kaczyński był jednym z bohaterów bodajże najsławniejszej niemieckiej książki o Wielkiej Wojnie „Na Zachodzie bez zmian” pióra Ericha Marii Remarque’a, która opisuje losy żołnierzy kajzerowskiej armii na froncie zachodnim.

→
←
123 — 3

Tablice pamiątkowe w Ramsowie nad jeziorem Dadaj (fot. ze zbiorów autora)

Trzydzieści lat później, podczas kolejnej wojny światowej, Niemcy jednak ulegli armii sowieckiej idącej od wschodu do niemieckich Prus Wschodnich, by mścić się straszliwie za okrucieństwa wojny totalnej, jaką Niemcy zgotowali na wschodzie kontynentu w latach 1941–1945 i jaka w niczym nie przypominała kampanii wojennych na zachodzie kontynentu. Działania rozpoczęte w czerwcu 1941 roku operacją Barbarossa dotknęły przede wszystkim dzisiejszą Ukrainę, Białoruś, państwa bałtyckie, zachodnią część Rosji i Polskę, materialnie pustosząc zwłaszcza ziemie i narody żyjące między Morzem Czarnym a Bałtykiem, w miejscu, które komunikuje europejski Rimland z eurazjatyckim Heartlandem i które zawsze staje się strefą zgniotu, gdy między wielkimi mocarstwami trwa wojna o dominację.

Materiały do pobrania
pdf
Tannenberg 1914

Ósmego sierpnia 2019 roku wczesnym rankiem stałem w Braniewie na ulicy Zielonej pod numerem 25, patrząc na poniemiecki, typowy dla Warmii budynek mieszkalny.

Braniewo, ulica Zielona (fot. ze zbiorów autora)

Na tyłach domu był piękny sad, w którym większość drzew z pewnością pamiętała przedwojenną nazwę miasta – Braunsberg. Miasteczko o typowo przygranicznym charakterze wydawało się raczej senne, życie toczyło się tu co najwyżej powoli. I jeszcze ten niemiłosierny upał pomimo zapowiadanego deszczu.

 

 

Zgodnie z zapisami historycznymi Braniewo to najstarsze miasto Warmii i jej pierwsza stolica. Jest położone nad rzeką Pasłęką (kiedyś spławną), w pobliżu ujścia do Zalewu Wiślanego, i liczy obecnie 17 tysięcy mieszkańców. Dawniej był to ważny port rzeczny i całkiem istotny port morski – prężne miasto hanzeatyckie. W latach 1466–1772 miasto znajdowało się w obrębie Korony Królestwa Polskiego. Wróciło do Polski po II wojnie światowej, w wyniku ustaleń jałtańsko-poczdamskich.

 

 

Zamierzałem tego dnia zobaczyć Zalew Wiślany, przez który niegdyś wywożono i przywożono rzeką Pasłęką towary. Było to w czasach, gdy na Bałtyku panowała Hanza, a Braniewo znane była światu jako Brunsberga. Hanza stanowiła związek miast kupieckich Europy Północnej od czasów średniowiecza do początków ery nowożytnej. Miasta należące do związku popierały się w handlu i polityce monetarnej, w efekcie niemal monopolizując przepływy strategiczne (czyli handel oraz ruch kapitałowy i ludzki) na Bałtyku. Przekładało się to na ogromną siłę polityczną Hanzy. Obecnie niedaleko ujścia Pasłęki do Zalewu Wiślanego przebiega granica polsko-rosyjska, która przecina dawne Prusy Wschodnie na część polską i rosyjską (przed rokiem 1991 sowiecką), bo oddziela Rzeczpospolitą Polską od rosyjskiego obwodu kaliningradzkiego.

Okolice Braniewa, granica polsko-rosyjska w kierunku Zalewu Wiślanego (fot. ze zbiorów autora)

Dzisiaj, w dobie rywalizacji wielkich mocarstw w Eurazji i odczuwalnej na pomoście bałtycko-czarnomorskim
polityki Rosji mającej na celu osłabienie NATO oraz pozbawienie Stanów Zjednoczonych ich wpływów politycznych w Europie, obwód kaliningradzki stanowi dla Polski poważne wyzwanie strategiczne, ponieważ stwarza
tzw. bastion antydostępowy A2AD.

Lapidarnie rzecz ujmując, rosyjskie systemy rażenia w obwodzie zagrażają morskim, powietrznym i lądowym liniom komunikacyjnym Sojuszu Północnoatlantyckiego do państw bałtyckich. Zagrażają one także swobodnej komunikacji przez często wspominany w mediach przesmyk suwalski, który – „wciśnięty” pomiędzy obwód kaliningradzki a sojuszniczą wobec Rosji Białoruś – łączy Polskę z Litwą. Dlatego przesmyk suwalski, który jest ważnym punktem ciężkości w wojnie nowej generacji (wojnie hybrydowej) pomiędzy Rosją a NATO, to symbol nowych czasów na wschodniej flance NATO.

 

 

Nierozwiązanie sprawy obwodu kaliningradzkiego po rozpadzie Związku Sowieckiego w 1991 roku odbija się, jak widać, czkawką i będzie nie lada problemem w razie konieczności planowania jakichkolwiek operacji wojska polskiego oraz sił sojuszniczych w sytuacji wojny z Rosją o państwa bałtyckie. Już teraz samo istnienie obwodu stanowi problem związany z tzw. sygnalizacją strategiczną oraz wpływa na dyslokację sił zbrojnych RP i naszych sojuszników. Gdyby nie było obwodu kaliningradzkiego, Polska nie graniczyłaby z Rosją, a to całkowicie zmieniałoby nasze kalkulacje strategiczne wobec państw bałtyckich oraz nasze dyslokacje wojskowe.

Nie sądzę, by mieszkańcy Braniewa, z którymi rozmawiałem tego sierpniowego ranka, zdawali sobie sprawę z tego, co oznacza położenie ich miasta 10 km od granicy rosyjskiej i 63 km najkrótszą drogą od samego Kaliningradu.

W Braniewie przy ulicy Sikorskiego 41 (jadąc od strony Elbląga i Fromborka) stacjonuje 9 Brygada Kawalerii Pancernej im. króla Stefana Batorego. Jej żołnierze jako pierwsi służyli w polskim kontyngencie w łotewskiej miejscowości Ādaži położonej na przedmieściach Rygi. Jest to zupełnie niedaleko (jadąc w kierunku Dźwiny), bo tylko 23 kilometry, od Kircholmu, gdzie w 1605 roku hetman polny litewski Jan Karol Chodkiewicz pobił armię szwedzką, utrzymując na Dźwinie strategiczną linię obrony dawnej Rzeczypospolitej wraz z jej inflanckim przedpolem i chroniąc Rzeczpospolitą przed penetracją ze strony Szwedów. Wojska Rzeczypospolitej asekurowały także od strony lądu bufor Inflant przed siłami rosyjskimi, chcącymi się przebić do Bałtyku, a jednocześnie zwalczały desanty szwedzkie z morza, na którym panowała wówczas flota naszych północnych sąsiadów. Dziś polscy czołgiści z kontyngentu w Ādaži stanowią pierwszą linię obrony na głównej osi potencjalnego ataku rosyjskiego przecinającego trzy państwa bałtyckie w kierunku na Rygę przez południową część Estonii.

Częstych zmian geopolitycznych świadkiem jest Braniewo. Zgodnie z tym, co mówią mieszkańcy, w 1968 roku (również w sierpniu) przez to graniczne miasteczko przewalały się sowieckie kolumny zmechanizowane idące na Czechosłowację. Kto by pomyślał 50 lat temu, że za pół wieku polscy żołnierze z jednostki braniewskiej będą elementem polskiej projekcji siły do postsowieckiej Łotwy (która w międzyczasie stała się członkiem NATO) mającej na celu odstraszanie ewentualnych zaczepnych akcji Rosji?! Trzeba przyznać, że na pomoście bałtycko-czarnomorskim historia kołem się toczy.

Za życia jednego człowieka mogą się nawet kilka razy
wydarzyć rzeczy fundamentalnie zmieniające jego otoczenie
polityczno-ekonomiczne i tym samym w sposób oczywisty jego osobiste losy.

Zmiany geopolityczne są czasem tak szybkie, że nauczyliśmy się do nich w tym regionie świata równie szybko przyzwyczajać. Przecież układ geopolityczny sprzed – dajmy na to – 40 lat wydaje się nam już czystą abstrakcją!

 

Rozmawiałem tego ranka ze starszym panem, który opowiadał mi, że w domu położonym na łuku ulicy Zielonej, malowniczo skręcającej w kierunku koszar, mieszkał przed wojną profesor muzyki. Codziennie dojeżdżał on pociągiem do pracy w Königsbergu, jak zwał się Kaliningrad za czasów niemieckich. I nie była to wcale bardzo długa podróż pomiędzy tymi dwoma miastami znajdującymi się przecież w jednym państwie niemieckim w prowincji Ostpreußen.

Stacja w Braniewie, linia kolejowa w kierunku dawnego niemieckiego Königsbergu, obecnego rosyjskiego Kaliningradu (fot. ze zbiorów autora)

Kolej wciąż chodzi z Braniewa do dawnego Königsbergu, dziś już Kaliningradu, a w mieście znajduje się piękny, choć zaniedbany poniemiecki dworzec. Od niedawna przez stację Braniewo przejeżdżają również tranzytem z Chin pociągi towarowe w ramach chińskiej inicjatywy Pasa i Szlaku czy – jak kto woli – Nowego Jedwabnego Szlaku. Jadą w kierunku na Olsztyn i dalej w głąb Polski, a następnie prawdopodobnie do Niemiec i zachodniej Europy. W ten sposób Chińczycy powoli budują system lądowego skomunikowania wschodniej Azji z Europą i oparty na tym skomunikowaniu nowy porządek handlowy.

Dworzec kolejowy w Braniewie (fot. ze zbiorów autora)

Warmia i Mazury wraz z obszarem obecnego obwodu kaliningradzkiego były kiedyś zwane Pojezierzem Pruskim. Rozciągnięte pomiędzy Wisłą a Niemnem oddzielają od polskiego hinterlandu dawne wybrzeże pruskie oparte na Pregole, Pasłęce i Niemnie. Zarówno Pregoła, jak i Niemen uchodziły deltami do Bałtyku w miejscu, gdzie dziś znajdują się Mierzeja Wiślana i Mierzeja Kurońska, które powstały, gdy morze wtargnęło w bieg obu rzek i na dnie płytkiego przecież przy brzegu Bałtyku osadziły się piaski.

Zalew Wiślany (fot. ze zbiorów autora)

Powstałe w ten sposób odcięte części morza są płytkie (4 m głębokości Zalew Wiślany, Zalew Kuroński do 15 m), lecz za to rybne, a przerwy w mierzejach (Cieśnina Piławska i Cieśnina Kłajpedzka) umożliwiały komunikację zalewów z otwartym morzem. Stąd wynika obecna presja Warszawy na zbudowanie kanału. Chodzi o to, by mogła istnieć polska komunikacja towarowa z otwartym Bałtykiem bez pośrednictwa rosyjskiego.

 

 

Jednakże ukształtowanie wybrzeża pruskiego nie sprzyjało w dobie nowożytnej rozwojowi żeglugi, ponieważ zalewy okazały się zbyt płytkie dla coraz większych statków handlowych. Z tego powodu porty takie jak Królewiec, Elbląg, Braniewo (niegdyś Brunsberga) oraz Kłajpeda, kiedyś ważne, straciły na swoim handlowym znaczeniu, gdy statki morskie wraz z rozwojem technologii szkutniczych stały się pokaźniejsze i o większym zanurzeniu. Wraz z otwarciem komunikacyjnym Atlantyku i wielkimi odkryciami geograficznymi miasta takie jak Brunsberga podupadły tym bardziej. W wypadku dawnej Brunsbergi doprowadziło to do całkowitego upadku znaczenia tego bogatego i wpływowego kiedyś miasta warmińskiego.

Ujście Pasłęki do Zalewu Wiślanego (fot. ze zbiorów autora)

Nie jestem pewien, czy mieszkaniec Braniewa, z którym rozmawiałem tego sierpniowego ranka, zdawał sobie sprawę, że w sytuacji wojny z Rosją jego miasto leży na pierwszej linii obrony.

Dziewiąta Brygada Kawalerii Pancernej stacjonuje zbyt blisko granicy i dlatego byłaby poddana oddziaływaniu bojowemu rosyjskiej artylerii. W razie alarmu musiałaby opuścić braniewskie koszary, wyjść w kierunku Elbląga przez Wysoczyznę Elbląską i prawdopodobnie zająć stanowiska obronne na kanale Elbląskim między Elblągiem a Olsztynem. Rosjanie wzięliby garnizon w Braniewie na cel od pierwszych minut wojny. Przepływająca przez Braniewo Pasłęka byłaby co najwyżej przeszkodą taktyczną i nie można by na niej montować obrony wojsk polskich w tym rejonie. To oznacza, że wojska polskie z tutejszego garnizonu musiałyby w wypadku wojny obronnej odejść na południowy zachód.

 

 

W celu zniszczenia sił zbrojnych RP, zwłaszcza gdyby te zdecydowały się iść przez przesmyk suwalski na pomoc państwom bałtyckim, Rosjanie mogliby planować prawe ramię wielkiej operacji przeciw Polsce wyprowadzić wzdłuż biegu Wisły. Podstawowym założeniem byłoby zajęcie Braniewa i drogi ekspresowej S22 – dawnej „berlinki”. Potem, po pobiciu rozlokowanej na Wysoczyźnie Elbląskiej polskiej 9 Brygady Kawalerii Pancernej, zadaniem Rosjan byłoby zdobycie węzła komunikacyjnego Elbląga, ryglującego ruch do Gdańska i Warszawy na trasie S7. To zawładnięcie linią obronną Elbląg–Ostróda poszerzoną o teren obronny na wschód do Olsztyna – wraz z drogą ekspresową S7 i drogą 16 – miałoby złamać linię obrony Rzeczypospolitej na północy kraju. Przy okazji czołówki rosyjskie miałyby za zadanie dojść drogą 22 do Malborka, minąć Nogat oraz sforsować przeszkodę operacyjną Kanału Elbląskiego i próbować, rozpoznając siły polskie, dotrzeć do linii Wisły po minięciu kilku mniejszych jezior oddalonych do 15 kilometrów od nurtu Wisły.

 

Pierwszą poważniejszą przeszkodą operacyjną jest tu dopiero Kanał Elbląski i kilka połączonych z nim jezior między Elblągiem a Ostródą i Olsztynem. To właściwie jedyna na skalę operacyjną linia obronna pomiędzy obwodem kaliningradzkim a strategiczną linią Wisły. Na północ od niej i na zachód od drogi 57 Bartoszyce–Biskupiec teren jest otwarty i pofałdowany, z rzadkimi przecięciami, a zatem dogodny do operacji manewrowych. Widać to gołym okiem na polach pod Dobrym Miastem.

Układ terenu powoduje, że na Kaliningrad najłatwiej uderzyć z Braniewa.

Dlatego gdyby kiedyś miało dojść do operacji ofensywnej mającej na celu wyeliminowanie pozostawionej enklawy obwodu kaliningradzkiego, to właśnie Braniewo (podobnie jak Bartoszyce i Raczki) byłoby sworzniem decydującym o zdolności komunikacyjnej sił uderzających na Kaliningrad.

W sierpniu 2019 roku Braniewo sprawiało wrażenie sennego. Jednakże życie tutaj nie może być nudne, choćby z powodu zmian, które to miasto dotykają i będą dotykać. Jego losy przypominają karuzelę. Pomijając okresy wcześniejsze, w samym XX wieku najpierw obie Rzesze Niemieckie i dwie wojny światowe, z których druga zdruzgotała doszczętnie tkankę miejską Braniewa. Potem napływ ludności polskiej i smutna, zamknięta granica polsko-sowiecka. Następnie, od końca XX wieku, granica niepodległej Rzeczypospolitej. Wraz z nadejściem XXI wieku granica Sojuszu Północnoatlantyckiego rozciągającego się od Kalifornii aż do pól i lasów na północny wschód od Braniewa. Jednocześnie kraniec Unii Europejskiej i bariera między zupełnie różnymi projektami politycznymi: zachodnim i rosyjskim. Pod nosem wojsk rosyjskich i w pobliżu rosyjskiego bastionu antydostępowego.

Jeśli rywalizacja amerykańsko-chińska spowoduje dalsze odwracanie procesu globalizacji, a do tego będzie przybierała na sile, to Braniewo może się stać miastem granicznym między częścią świata skupioną wokół potęgi USA a światem mas lądowych Eurazji rozciągających się od Szanghaju po rosyjski Kaliningrad i białoruski Brześć nad Bugiem.

Świat ten będzie podporządkowany potędze gospodarczej i politycznej Chin, w których polu grawitacji polityczno-ekonomicznej znajdzie się wówczas zapewne zarówno Rosja, jak i Białoruś. Oba rywalizujące ze sobą światy mogą być wówczas podzielone murem z oddzielnym systemem gospodarczym i handlowym, a także oddzielnymi łańcuchami dostaw, normami technologicznymi, zasadami wymiany informacji, wiedzy i przemieszczania się ludzi. Braniewo będzie przy samym tym murze.

 

Pesymiści mówią, że stan taki może potrwać nawet kilka dekad. Nie miałem śmiałości rozmawiać z mieszkańcem miasta w sierpniowy poranek o tej konkretnej sprawie. Zresztą taka rozmowa byłaby chyba nieco abstrakcyjna. To tak, jakby w sierpniu 1968 roku, gdy czołgi sowieckie sunęły ulicami miasta, ktoś fantazjował, że Polska będzie członkiem NATO, a Związek Sowiecki przestanie istnieć.

Materiały do pobrania
pdf
Braniewo między Lądem a Morzem

Prezydent USA Donald Trump nie przyjechał do Polski na obchody upamiętniające 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Zastąpił go wiceprezydent Mike Pence, który wygłosił przed warszawskim Grobem Nieznanego Żołnierza przemówienie o naszym bohaterstwie i umiłowaniu wolności oraz o sojuszu USA i Polski.

Wiceprezydent USA Mike Pence podczas uroczystości w Warszawie (twitter.com, fot. Ambasada USA w Polsce)

Znacznie ciekawsze w kontekście nadchodzącej nieubłaganie przyszłości były na pewno niepubliczne spotkania Pence’a. Warto zatem sobie uzmysłowić, z jakimi oczekiwaniami Amerykanie przyjeżdżają nad Wisłę Anno Domini 2019.

 

Nawiązując do sławnych 14 punktów Wilsona sprzed stu lat, przedstawiamy w Strategy&Future program Stanów Zjednoczonych, stających właśnie do rywalizacji w Eurazji o zachowanie światowego przywództwa. Poniższa lista dotyczy spraw, które odnoszą się do roli Rzeczypospolitej i bezpośrednio lub pośrednio dotyczą naszych interesów w nowej epoce w historii świata.

 

 

Przemówienie w Warszawie byłoby oczywiście znacznie ciekawsze, gdyby zostało wygłoszone bez ogródek, ale z różnych powodów będzie o to raczej trudno.

Dzisiaj ograniczę się do przedstawienia oczekiwań Waszyngtonu. Polacy powinni o nich wiedzieć. W przyszłości pokuszę się również o ich głębszą ocenę i analizę ich korelacji z interesami Rzeczypospolitej.

 

 

  1. Całkowita wolność żeglugi na Oceanie Światowym jako magistrali najważniejszych przepływów strategicznych, gwarantowana dzięki potędze US Navy, ma być zachowana, ale pod warunkiem akceptacji amerykańskiego przywództwa, którego wynikiem było ostatnie kilkadziesiąt lat pokoju, rozwoju i wzrostu gospodarczego na świecie i które umożliwiło powstanie globalnej i połączonej wzajemnymi powiązaniami gospodarki. Wolność korzystania ze szlaków Oceanu Światowego będzie również zależała od akceptacji ładu instytucjonalnego, reguł gry oraz modelu rozwoju świata zaakceptowanych przez Waszyngton.

 

  1. Państwa, które kwestionują dominację Amerykanów na Oceanie Światowym, w tym na jego wodach przybrzeżnych Eurazji (Chiny na zachodnim Pacyfiku i w Arktyce, Rosja na Bałtyku, Morzu Czarnym, Śródziemnym i także w Arktyce, Iran w cieśnienie Ormuz), starając się dzięki własnym zdolnościom antydostępowym ograniczyć innym (w razie potrzeby na przykład flocie USA) możliwość manewrowości na morskich liniach komunikacyjnych oraz dostępność tych linii, stają się przeciwnikami USA. Sojusznicy USA powinni wybrać, z kim trzymają.

 

  1. Z wielu powodów, na przykład wizerunkowych – bo łatwiej (i taniej) się osiąga swoje cele, gdy pozostaje się w koalicji z wieloma sojusznikami – lecz także wojskowych (Amerykanie mają problemy finansowe i organizacyjne z utrzymaniem wysuniętej obecności wojskowej w Eurazji na wszystkich kluczowych skrzyżowaniach przepływów strategicznych, takich jak zachodni Pacyfik, Zatoka Perska i Nizina Środkowoeuropejska), Waszyngton oczekuje, aby sojusznicy w Europie (w tym Polacy) oraz w Azji pomogli im utrzymać swobodę komunikacji morskiej i wsparli w tym celu działania US Navy, używając swoich okrętów i „broniąc” tym samym dotychczasowej Pax Americana, utożsamianej w Waszyngtonie z pożądanym ładem międzynarodowym.

 

  1. Wskutek problemów fiskalnych oraz „imperialnego rozciągnięcia” w zbyt wielu miejscach Eurazji amerykańskich sił zbrojnych Waszyngton zaczyna sygnalizować oczekiwanie, że poza decyzją o użyciu własnej floty sojusznicy powinni również nieść pomoc innego rodzaju przy utrzymywaniu amerykańskiego prymatu światowego i dbać w ten sposób o „interes społeczności międzynarodowej”. W wypadku Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku może to na przykład dotyczyć wysyłania sił specjalnych, systemów rozpoznawczych oraz jednostek artyleryjskich i rakietowych na liczne wyspy, których położenie geograficzne kanalizuje komunikację chińską na otwarty ocean, czyniąc chińskie przepływy strategiczne zależnymi od Amerykanów i ich sojuszników. Z tego samego powodu należy oczekiwać presji na NATO, by Chiny stanęły na agendzie Sojuszu. Ta sprawa to byłby prawdziwy test i moment przełomowy dla spójności Zachodu, zważywszy na profity, jakie spora część świata czerpie ze współpracy z Chinami.

 

  1. W ramach rywalizacji o nowy ład gospodarczy na świecie Chiny budują w Eurazji i Afryce infrastrukturę, która umożliwia niezależny od amerykańskich instytucji i pieniędzy łańcuch dostaw. Ponieważ tworzą własne zależności finansowo-polityczno-technologiczne (w ramach tzw. competing connectivity), Amerykanie oczekują od sojuszników wdrożenia strategii powstrzymywania (containment) takiej współpracy, bo z czasem spowodowałaby ona zwiększenie wpływów i potęgi Chin (zwłaszcza w kluczowych geostrategicznie przestrzeniach i w kluczowych technologiach). Tam, gdzie Chiny już są obecne, amerykańskie oczekiwania mogą dotyczyć tzw. „rollbacku”, czyli cofnięcia współpracy z Chinami i „wypchnięcia” ich wpływów. Polska jest w epicentrum tej walki, bo wraz z Ukrainą i Rumunią kontroluje lądowe wejście komunikacyjne z Azji do Europy. Amerykanie nie palą się co prawda do realizacji nowej odsłony planu Marshalla, jednak oczekują, że pomimo braku programu pozytywnego sojusznicy – zależni od USA w zakresie bezpieczeństwa – podporządkują się amerykańskim oczekiwaniom (tzw. plan pasywny). Waszyngton stać na takie założenie, dlatego że bezpieczeństwo tych krajów zależy od amerykańskiej siły wojskowej i wiarygodności USA jako potęgi militarnej, która jest w stanie przyjść z pomocą krajom zagrożonym przez Rosję (a w Azji przez Chiny). W niedalekiej przyszłości w Strategy&Future zastanowimy się, jak wyglądają gwarancje i wiarygodność USA po obu stronach Eurazji i na czym polega „waluta” wiarygodności w sprawach bezpieczeństwa, czyli w sprawie dla każdego państwa najważniejszej.

 

  1. Waszyngton oczekuje, że sojusznicy zaakceptują pomysł ograniczenia globalizacji, rozwodu gospodarki Chin z gospodarkami USA i amerykańskich sojuszników oraz docelowo dostosują swoje modele społeczne do nowego etapu. To oczekiwanie spełnić będzie najtrudniej. Niebawem zastanowimy się w Strategy&Future, jak Amerykanie mają zamiar do tego doprowadzić.

 

  1. Zmienia się formuła sojuszy amerykańskich. NATO z modelu kolektywnego przekształca się w Europie w zbiór bilateralnych albo grupowych systemów wzajemnej pomocy, asekuracji i gwarancji w ramach modelu hub & spokes (piasta i szprychy), w którym USA to piasta, a ich partnerzy położeni w ważnym z punktu widzenia amerykańskich interesów regionie, jak Polska czy Rumunia, to szprychy. Jeśli jest to w interesie USA, szprychy mogą być połączone bilateralnymi więziami oraz interesami sojuszniczymi i wojskowymi także bezpośrednio między sobą. Z tej przemiany wyłania się powoli i w bólach coś na kształt Międzymorza czy – jak kto woli – Intermarium – nasz dawny konstrukt geopolityczny. Proces ten będzie powodował jednocześnie zmianę strategicznego pejzażu Europy i wypychanie Niemców z dawnego kolektywnego postrzegania systemu NATO oraz czynił z naszej wschodniej granicy obszar potężnej rywalizacji geopolitycznej z Rosją, a kiedyś z Chinami (a może już teraz – vide ostatnia wizyta Boltona na Białorusi i Ukrainie) – jeśli rywalizacja się nasili, a rozwód gospodarek i zwijanie globalizacji będzie postępować.

 

  1. Od Rzeczypospolitej oczekuje się, że będzie odgrywała rolę wysuniętej rubieży do obrony ładu światowego przed rewizjonistyczną polityką Rosji w limitrofach (korytarzach uniemożliwiających Rosji wpływanie na politykę Europy Zachodniej, czyli na naszym pomoście bałtycko-czarnomorskim). A nawet że będzie wysuniętą pozycją ubezpieczającą od całego sojuszu kontynentalnego wnętrza Eurazji pod egidą Chin i Rosji, rozciągającego się od Szanghaju po Brześć nad Bugiem. To skutkuje oczekiwaniami ze strony Polski poważnych zbrojeń pod egidą USA. Ten stan może trwać kilka dekad. Rzeczpospolita wystawia główne wojska lądowe tego obszaru i jest pierwsza na straży w obliczu trwającej już wojny nowej generacji (wojny hybrydowej) na tych obszarach.

 

  1. Ponadto oczekuje się od Rzeczypospolitej spełnienia kilku warunków. Po pierwsze jej przestrzeń nie będzie komunikująca dla chińskiej inicjatywy Pasa i Szlaku, a więc stanie się barierą dla powstającej kontynentalnej komunikacji. Jednocześnie nasza przestrzeń ma stanowić obszar komunikujący z zachodu Europy do państw na wschodzie, wychodzących w limitrofach spod kurateli rosyjskiej. Ponadto ma ona spełniać funkcję silnej rubieży i „membrany”, przez którą polityka amerykańska będzie realizowana w Europie Wschodniej (w obszarach buforowych dawnej Rzeczypospolitej – Ukraina, Białoruś oraz na Kaukazie i w Mołdawii itp.), lecz także wobec Niemiec. Podobnie jak kiedyś amerykańska polityka wobec całej Europy kontynentalnej realizowana była poprzez Wielką Brytanię, za którą Waszyngton – w zależności od swojego wyboru – się „chował” lub dzięki której uczestniczył w procesach na kontynencie.

 

  1. Polska, Międzymorze/Trójmorze i inne koncepty powstające między Adriatykiem, Morzem Czarnym a Bałtykiem na osi północ–południe mają powodować powstawanie konstruktów, które w razie potrzeby powinny mniej lub bardziej równoważyć wpływy niemieckie na kontynencie. Miałoby się tak dziać, gdyby Unia Europejska po brexicie zrobiła zwrot od Atlantyku w kierunku jawnej polityki kontynentalnej i budowania jądra/rdzenia gospodarczego kontynentu w oparciu o Niemcy z zaproszeniem do współdziałania Rosji albo Chin, ale już bez Anglosasów i ich wpływów gospodarczych i finansowych. Rzeczpospolita stanowiłaby wtedy barierę dla przesyłów strategicznych projektu kontynentalnego. W tym duchu należy odczytywać wspieranie komunikacji północ–południe, politykę energetyczną i rozprowadzanie amerykańskiego gazu po Trójmorzu i na Ukrainie z polskich portów bałtyckich.

 

  1. W wojnie technologicznej, która dopiero się między USA a Chinami zaczyna, sojusznicy mają być po stronie USA, nawet jeśli ponoszą przez to materialne straty (albo tracą potencjalne materialne korzyści). 5G i podpisanie deklaracji w tej sprawie w Warszawie jest tu dobrym przykładem.

 

  1. Rzeczpospolita ma wspierać amerykańskie wpływy polityczne, realizować współpracę wojskową i zbrojeniową, ułatwiać dostęp amerykańskich funduszy inwestycyjnych. Coraz ważniejsza staje się współpraca w zakresie energii pochodzącej z USA, choć to wszystko bez specjalnych warunków „ponadrynkowych”, czyli bez szczególnego planu wsparcia geoekonomicznego dyktowanego potrzebą strategiczną w stylu planu Marshalla czy pomocy udzielanej Japonii i Korei Południowej w XX wieku. Tutaj America First Trumpa oraz inny niż po II wojnie światowej funkcjonujący model gospodarki USA oraz właściwy XXI stuleciu podział pracy na świecie strukturalnie nie pomagają Amerykanom.

 

  1. Siły zbrojne Rzeczypospolitej mają się modernizować i wzbogacać się o nowy sprzęt, najlepiej w USA, lecz jedynie w celu zwiększania zdolności wojskowych uzupełniających zdolności amerykańskie. Tak na przykład czyni od lat 70. XX wieku Australia (choć zaczyna to być właśnie przedmiotem poważnej debaty na antypodach). Chodzi zatem o przygotowywanie się do wojen koalicyjnych i zawsze razem z USA, nawet gdybyśmy mieli przyjąć pierwsze uderzenie sami, zanim Amerykanie pojawią się z pomocą. USA nie godzą się na realizację naszych własnych koncepcji modernizacji polskich sił zbrojnych, w szczególności na pozyskiwanie samodzielnych zdolności do oddziaływania bojowego o potencjale eskalacyjnym (w triadzie: własne rozpoznanie, namierzanie celów i oddziaływanie kinetyczne), na naszą własną sygnalizację strategiczną wobec Rosji i na samodzielną politykę wobec naszego wschodu.

 

  1. Oczekuje się solidarności z USA w rywalizacji o dominującą narrację, model społeczny i polityczny oraz pożądany kontrakt społeczny, w tym rozwiązania podatkowe, finansowe. Akurat wizyta Pence’a dała tego wymierne dowody.
Materiały do pobrania
pdf
Trump nie przyjechał do Warszawy, 14 niewypowiedzianych punktów wiceprezydenta Pence’a

W czerwcu tego roku spędzałem wakacje w Anglii. Niespodziewanie okazało się, że muszę przerwać swój pobyt i na jeden dzień pojawić się w Warszawie.

(Fot. Pixabay)

W Solihull, położonym w angielskim West Midlands, gdzie akurat przebywałem, wsiadłem przed północą do pociągu kursującego regularnie do pobliskiego Birmingham, a stamtąd jechałem dalej, drzemiąc, koleją do Londynu na tamtejsze lotnisko. Złapałem poranny samolot na kontynent i po zaledwie dwóch godzinach lotu byłem w Warszawie. Golenie, garnitur i mogłem przystąpić do zadania, dla którego przerwałem urlop. Zaraz po jego wykonaniu wsiadłem w taksówkę, dotarłem na lotnisko Chopina i bezpośredni tym razem samolot zaniósł mnie do Birmingham, skąd jest już bardzo blisko do Solihull. Zdążyłem akurat na wczesne śniadanie, właściwie w ciągu nieco ponad 24 godzin obróciłem w tę i z powrotem, spędzając przy tym w Warszawie cały roboczy dzień. Podczas podróży miałem w głowie uporczywą refleksję na temat potęgi komunikacji i sposobu, w jaki zmienia ona życie człowieka.

Dworzec kolejowy w Birmingham nocą (fot. ze zbiorów autora)

W czasie tej czerwcowej podróży system transportowy, węzły komunikacyjne i infrastruktura umożliwiły mi szybki przejazd. Środki transportu, takie jak samochód, kolej i samolot, w połączeniu z internetem ułatwiającym sprawne zaplanowanie i zorganizowanie podróży, pozwoliły połączyć przyjemność i pracę w ciągu jednej doby, podnosząc efektywność i jakość życia na nadzwyczaj wysoki poziom.

Cofnijmy się do lat mojego dzieciństwa w PRL-u. Wtedy taka wyprawa była oczywiście niemożliwa. Żelazna kurtyna sprawiała, że Wielka Brytania równie dobrze mogłaby się znajdować na drugim końcu świata, a dotarcie tam zakrawałoby na wyprawę życia, połączoną na dodatek z wielkim wysiłkiem finansowym, politycznym (paszporty, kontrola ruchu przez władze PRL i Wielkiej Brytanii, wizy itp.), organizacyjnym i czasowym.

Część mojej rodziny, która po „przygodzie” w Sowietach i doświadczeniach tułaczki II Korpusu została po wojnie w Wielkiej Brytanii, wydawała mi się niedostępna i oddzielona wielkimi przestrzeniami.  Tak oto Teheran, Jałta i Poczdam rozdzieliły Stary Kontynent, tworząc przeszkody i blokady dla naszych marzeń.

Gdy przed około 30 laty zniknęły przeszkody geopolityczne, okazało się, że w naszej geograficznie maleńkiej Europie Wielka Brytania leży bardzo blisko – śmieszne dwie czy dwie i pół godziny lotu. Po upadku systemu jałtańskiego pojawiła się swoboda podróżowania, co w połączeniu ze wzrostem możliwości komunikacyjnych i poszerzeniem wachlarza kierunków do wyboru zrewolucjonizowało nasze życia. Z czasem poprawiła się dostępność finansowa podróży. Trudno sobie obecnie wyobrazić, że ten błogostan nieograniczonej i ogólnodostępnej komunikacji mógłby w przyszłości zostać przerwany.

Zadanie, dla którego musiałem pojawić się w Warszawie tamtego dnia, dotyczyło również tego, co się będzie działo, jeśli USA podążą drogą konfrontacji wobec Chin, a cała Eurazja stanie się polem rywalizacji. Być może, jak kiedyś Europa przedzielona murem berlińskim, tak teraz Eurazja ulegnie regionalizacji zwalczających się obozów. Dokąd zaprowadzą nas w przyszłości sprawy geopolityki kształtujące losy narodów i poszczególnych ludzi? Czy skomunikowanie stanie się jeszcze sprawniejsze i jeszcze bardziej dostępne, na co wskazywałby rozwój technologiczny ludzkości i jej naturalne, wydawałoby się, pragnienia? Czy jednak stanie się tak, jak po upadku imperium rzymskiego albo po zakończeniu I wojny światowej, gdy komunikacja podupadła, a świat się podzielił. Wówczas geografia stałaby się znów „większa”, a w Europie – podobnie jak w XX wieku – powstałyby nowe polityczne mury i podziały, które zakłóciłyby możliwość nieskrępowanego podróżowania ludzi oraz, szerzej, osiągnięty stopień globalizacji.

Amerykanie wydają się obecnie poważnie myśleć o rozdzieleniu (decouplingu) łańcucha dostaw, technologii i norm gospodarki globalnej. To budzi niepokój wśród małych i średnich państw Eurazji, nie wiadomo bowiem, dokąd wkroczenie na tę drogę zaprowadzi nas wszystkich. Wielka Brytania była już kiedyś bardzo daleko, mimo że przecież nie zmieniła swojego położenia.

W tym kontekście ostatnie 30 lat było tak wspaniałe, że właściwie traktujemy je jako trwałe osiągnięcie cywilizacyjne. I dobrze, bo to prawda. Jednakże kruche mogą się okazać plany ludzkie oraz przekonanie o nieodwracalności dobrych zmian. Może to stosowny moment, by się pochylić nad własnym losem w szerszym kontekście procesów i zdarzeń dotyczących całego świata? Globalne trendy i związana z nimi geopolityka wyznaczają drogi naszego życia i to, jakie mamy w tym wszystkim realne pole manewru. W obliczu wielkich strukturalnych napięć – najczęściej niewielkie.

Materiały do pobrania
pdf
Z Solihull nad Wisłę i z powrotem
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką Prywatności.