Finlandia, król Maciuś i brzemię władzy

– Jestem szefem szpiegów u pierwszego króla zagranicznego – powiedział elegancki

pan – przyjechałem uprzedzić waszą królewską mość, że syn tego króla skończył wczoraj

budowę fortecy. Ale to jeszcze nie najgorsze. On w wielkiej tajemnicy zbudował w lesie

przed rokiem wielką fabrykę pocisków i jest zupełnie gotów do wojny. On ma sześć razy więcej prochu niż my.

– A to łotr (…)

– On dba o swój kraj tak, jak my dbamy o nasz kraj. My chcemy być

pierwsi i oni chcą. Gniewać się nie ma potrzeby, trzeba tylko pilnować się i wszystkiemu

w porę zaradzić.

Kilka tygodni temu zostałem zaproszony do uczestnictwa w warsztatach (czy może raczej: kursie) projektowania gier wojennych skupiających się na wstępnej, hybrydowej formie konfliktu. Na ten sam czas przypadło również wzmożenie napięć na granicy polsko-białoruskiej, więc – co prawda w ograniczonym wymiarze, bo kurs był bardzo intensywny – miałem okazję obserwować działania aktywne i w teorii, i w rzeczywistości.

(Fot. Wikimedia Commons)

Mam ograniczoną próbkę, jeżeli chodzi o gry wojenne organizowane w Polsce, i z pełną świadomością stwierdzam, że nie można moich doświadczeń ekstrapolować na wszystkie inne tego rodzaju przedsięwzięcia. Jednocześnie te gry wojenne, w których brałem udział, były, co tu dużo mówić, oderwane od rzeczywistości i przypominały uproszczoną grę komputerową z gatunku RTS, w której gracze rozpoczynają już z „postawioną” armią i obejmują dowództwo nad nią wraz z pierwszym wystrzałem. Do tego dochodzi jeszcze cała warstwa biznesowa gier wojennych en polonais; są one niejednokrotnie organizowane przy wsparciu finansowym tych akurat koncernów zbrojeniowych, które próbują Polsce coś sprzedać. To z kolei oznacza, że w trakcie gry SZ RP dysponują zdolnościami i wyposażeniem, mającymi mało wspólnego z rzeczywistością i możliwościami, a przebieg gry jest podporządkowany celom marketingowym.

 

W rezultacie gry te ani nie pozwalają na trafne zidentyfikowanie pytań (co przecież powinno być celem gier wojennych), ani nie dostarczają odpowiedzi dotyczących przebiegu konfliktu i faktycznych potrzeb sił zbrojnych (i szerzej działania całego aparatu odporności państwa). Zamiast tego stają się okazją do promocji produktów przemysłu obronnego (military industrial complex) oraz do spotkań towarzyskich i demonstracji pozycji statusowej.

 

Modelowany jest przebieg konfliktu w tej fazie i przy takim zaangażowaniu, jakiego Rosja stara się uniknąć, a zupełnie pomija się to, co działoby się przed rozpoczęciem tej fazy. Ignorowany jest czynnik polityczny czy też dynamika relacji sojuszniczych, ograniczana często do automatyzmów w rodzaju „państwa NATO dyslokują siły w region konfliktu” – a więc założenia, że Polska od najwcześniejszej fazy konfliktu prowadzić będzie wojnę w warunkach pełnego zaangażowania wojsk NATO. Pomija się więc logistykę; ignoruje się rolę rozpoznania i wywiadu. Co najgorsze –organizowane w Polsce gry wojenne sprowadzają się do modelowania starć kinetycznych w ich XX-wiecznym rozumieniu, a więc linearnych, opartych o duże zgrupowania wojsk ścierających się w bojach spotkaniowych. Organizowane w ten sposób gry wojenne nijak nie przypominają przyszłego konfliktu na wschodniej flance NATO.

 

Dlatego „rozgrywanie” scenariuszy wojny hybrydowej poniżej progu pozwalającego na aktywowanie artykułu 5 jest niezbędne – szczególnie że wojna hybrydowa znajduje się przecież w samym centrum rosyjskiego myślenia o zarządzaniu dynamiką konfliktu i jest preferowanym sposobem na osiągnięcie wyznaczonych przez Moskwę celów politycznych. Przy odpowiednim scenariuszu gry takie pozwalają na przyjrzenie się szeroko rozumianej odporności państwa; możliwe staje się na przykład poddanie próbie systemu obiegu informacji wewnątrz poszczególnych instytucji i pomiędzy nimi. Czy jest on sprawny i jednocześnie precyzyjny, czy nie pozwala na „przeładowanie” danymi, ale umożliwia oddzielenie kluczowych danych od powstałego spontanicznie lub celowo chaosu informacyjnego? Należy też pamiętać, że w wypadku agresji hybrydowej wysiłki muszą przybrać formę współpracy i koordynacji całego aparatu państwowego – współpracować ze sobą muszą nie tylko poszczególne ministerstwa, ale również podmioty prywatne (chociażby dostawcy internetu czy usług telekomunikacyjnych).

 

Z tym z kolei wiąże się odpowiednie zidentyfikowanie ewentualnych niedoskonałości środowiska regulacyjnego – luk prawnych czy też nieżyciowych oraz zbyt „ciężkich” i bezwładnych regulacji, a także ocena kultury podejmowania decyzji wewnątrz instytucji. Na przykład tego, czy istnieją jasno wyznaczone progi podejmowania decyzji i czy ludzie mający te decyzje podejmować, niekiedy w ciągu minut, są do tego gotowi i w chwili próby nie zablokują się bądź też nie będą próbowali przerzucić brzemienia podjęcia decyzji na innych. Czy pojawiają się luki – lub też odwrotnie, zachodzenie na siebie sfer odpowiedzialności – w prerogatywach poszczególnych urzędów, ministerstw, agend i komórek rządu.

 

Czy państwo zaatakowane jest w stanie błyskawicznie stworzyć i rozpropagować narrację dotyczącą konfliktu, skrojoną zarówno na użytek wewnętrzny, jak i pozwalającą na wykorzystanie jej na scenie międzynarodowej? Wagę tego konkretnego aspektu wojny informacyjnej mogliśmy obserwować w praktyce na granicy polsko-białoruskiej, gdzie w przestrzeni publicznej powstała narracja, w myśl której ludzie próbujący przekroczyć nielegalnie granicę państwa w ramach działań hybrydowych reżimu Łukaszenki zostali przedstawieni jako ofiary nie tylko wojny, ale również nieludzkiego traktowania przez polskie służby graniczne.

 

Warto też pamiętać, że mieliśmy tu do czynienia z pojedynczym i ograniczonym geograficznie incydentem. Co by było, gdyby państwo polskie musiało sobie jednocześnie radzić z serią alarmów bombowych (jak miało to miejsce niedawno na Litwie), sabotażem sieci przesyłowych, grożącą katastrofą naturalną czy też atakami cybernetycznymi na banki i pokrewne instytucje? Co gdyby polskie służby otrzymały wiarygodne informacje o planowanych atakach terrorystycznych czy też wzmożonej aktywności grup przestępczych? Co gdyby w tym samym czasie trzeba było radzić sobie z serią (dokonanych przez nieznanych sprawców) ataków na przedstawicieli mniejszości w Polsce? I co gdyby każdy z tych incydentów natychmiast przedstawiany był w masowych mediach jako kolejny dowód niekompetencji polskich władz i chaosu ogarniającego Polskę?

 

Można tylko mieć nadzieję, że wszyscy członkowie aparatu państwowego – od zawodowych urzędników po polityków – zdają sobie sprawę z potrzeby stałego monitorowania i testowania systemów odporności państwa. Gry decyzyjne, skupiające się na odpieraniu agresji hybrydowej, będą niezbędnym i bardzo potrzebnym narzędziem diagnostycznym dla sprawdzenia ich gotowości.

 

To jednak zbyt mało.

 

Elementem warsztatów, w których brałem udział, było zaprojektowanie – na podstawie oczekiwań sponsora weryfikowanych przez zespół – własnej wersji hybrydowej gry wojennej. Stworzenie ofensywnego scenariusza wojny hybrydowej jest zajęciem miłym, prostym i satysfakcjonującym. Fałszywki i kompromaty, ataki na systemy dostaw energii, na trakcję kolejową, na urzędy i banki; zabójstwa polityczne, operacje false flag, działania grup dywersyjnych; wykorzystywanie mniejszości narodowych czy też przestępczości zorganizowanej; kampanie dezinformacyjne… Wszystko to można w scenariuszu wojny hybrydowej zmieścić, ułożyć tak, aby zarządzać tempem eskalacji, tworzyć fałszywe tropy i wykrwawiać zasoby państwa, oraz opakować medialnie, demoralizując ludność państwa i osłabiając jego prestiż i wiarygodność na arenie międzynarodowej. Zachęcam czytelników do stworzenia scenariusza takiej agresji powiedzmy na Litwę – można się przekonać, że, jak to się mówi, it’s fun and it’s free.

 

A potem, dla odmiany, proszę spróbować wyobrazić sobie scenariusz, w którym zaatakowane państwo skutecznie i zręcznie odpiera atak hybrydowy; zachęcam do poszukania precedensów historycznych z ostatnich lat. Ile ataków hakerskich wymierzonych w Stany Zjednoczone miało miejsce w ostatnich miesiącach; ile kampanii dezinformacyjnych wymierzonych w świat Zachodu przeprowadzono w ciągu ostatniej dekady? W ilu z tych wypadków można stwierdzić, że nie tylko odparto agresję, ale również skutecznie zniechęcono agresora do podejmowania kolejnych prób i odpowiednio zarządzono przekazem w mediach?

 

Nawet jeżeli uda się konkretny atak odeprzeć, jest to w najlepszym razie utrzymanie status quo i czekanie na kolejny cios. Kiedyś, po kolejnym nieudanym zamachu na Margaret Thatcher, IRA wystosowała oświadczenie, w którym padło stwierdzenie: Today, we were unlucky, but remember, we only have to be lucky once. You have to be lucky always (Dzisiaj nam się nie poszczęściło. Ale pamiętajcie, nam wystarczy mieć szczęście tylko raz. Wy musicie je mieć za każdym razem). Niestety: we can’t and we won’t be lucky always.

Tak więc nawet rozegranie miliona gier decyzyjnych skoncentrowanych wokół odpierania ataku hybrydowego nie będzie wystarczające.

No dobrze, ale co będzie z fortecą i tą fabryką armat?

– Ach, głupstwo – uśmiechnął się szef szpiegów. – Fortecę i fabrykę wysadzi

się w powietrze. Właśnie przyjechałem w tej sprawie do waszej królewskiej mości, żeby

otrzymać pozwolenie.

Maciuś zbladł.

Zarówno w czasie rozmów z wieloma uczestnikami kursu, jak i po reakcji Polski na sytuację na granicy staje się jasne, że dominującym paradygmatem myślenia o odpowiedzi na ataki hybrydowe jest ten znany z czasów jednobiegunowej chwili – a więc w ramach systemu międzynarodowego, który spinała i stabilizowała amerykańska potęga. Obecnie jest on, niestety, niewystarczający. W minionych już czasach „końca historii” wszelkie działania ofensywne odbywały się z poruczenia i przy wsparciu Amerykanów. Jeżeli zachodziła potrzeba samodzielnej reakcji, to była ta reakcja niemal zawsze stricte defensywna w stosunku do działań przeciwnika.

 

W opisach reakcji zachodnich instytucji na akty wojny hybrydowej jak mantra powtarzają się więc zgrane frazesy opisujące niezbędne atrybuty i działania aparatu państwowego. Są to w szczególności resilience and deterrence – odporność i odstraszanie. Słowa te, szczególnie w przekazie publicznym, zatraciły swoje znaczenie i stały się mądrze brzmiącą mową-trawą. W filmie „The Princess Bride” jest scena, w której jedna z postaci powtarza w kółko słowo „inconcievable” (niepojęte) i czyni to w zupełnie nieadekwatnych sytuacjach. W pewnym momencie jeden z bohaterów filmu mówi: You keep using that word. I dont think it means what you think it means (Ciągle używasz tego słowa. Nie wydaje mi się, aby znaczyło ono to, co tobie się wydaje, że znaczy). Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ci wszyscy, którzy mówią o odstraszaniu – deterrence – w kontekście działań hybrydowych, mają tak naprawdę na myśli defence. Do osiągnięcia efektu odstraszania nie wystarczy podejmowanie kolejnych mniej lub bardziej skutecznych prób obrony – to działanie pasywne, reaktywne i relegujące do roli ofiary. Ktoś mógłby podnieść argument, że w wypadku tych reaktywnych działań Zachodu można mówić o odstraszaniu przez uniemożliwienie osiągnięcia celów (deterrence by denial). Mam jednak wrażenie, że w wypadku reagowania Zachodu na ataki przyjmujące formę działań aktywnych w gruncie rzeczy nie można też mówić o deterrence by denial – bo to implikuje zdolność do wymuszeniu na przeciwniku zaprzestania dalszego podejmowania działań ofensywnych. Odpieranie ataków wcale nie musi wywoływać takiego skutku.

 

Jeżeli u granic Polski dochodzi do prób nielegalnego ich przekroczenia, to stawiamy płot (pytanie, ile czasu potrzeba było na podjęcie tej decyzji, i czy jej podjęcie nie było obarczone ryzykiem prawnym); jeżeli dochodzi do ataków cybernetycznych, to staramy się łatać luki bezpieczeństwa; jeżeli opozycjoniści wyrzuceni z Białorusi stają się celem inwigilacji obcych służb, to zapewniamy im ochronę. Niezależnie od tego, czy działania te podejmowane są sprawnie (tutaj w odpowiedzi mogą pomóc właśnie gry decyzyjne dla polityków),wszystkie one są z gruntu reaktywne, obronne. Za każdym razem to przeciwnik wybiera czas, domenę i stopień intensywności działań; strona zaatakowana wyłącznie reaguje. Przypomina to sytuację z nienawistnym sąsiadem rodem z „Samych swoich”, gdy jedna ze stron konfliktu może tylko naprawiać szkody wyrządzone przez przeciwnika. Można oczywiście biegać i gasić pożary, można odmalowywać zabazgrane ściany, można wymieniać zbite okna. Wszystkie te działania kosztują jednak zasoby, wszystkie one dają również materiał do analizy przeciwnikowi. Żadne z nich nie odstrasza – do tego niezbędna jest akcja ofensywna.

– Jakże to? Przecież nie ma wojny. Co innego podczas wojny wysadzać w powietrze nieprzyjacielskie prochownie. Ale tak: niby zapraszać z wizytą do siebie, niby nic nie wiedzieć, co on robi, i wyrządzać mu taką szkodę.

 

– Ja rozumiem – mówił dalej szef szpiegów – wasza królewska mość myśli, że to

jest nieszlachetne, nieładne. Jeżeli wasza królewska mość nie pozwoli, ja tego nie zrobię.

Ale nie będzie dobrze: on ma sześć razy więcej prochu niż my.

 

Maciuś chodził po gabinecie strasznie zdenerwowany.

 

– A jakże pan to zrobi? – zapytał się Maciuś.

 

– Pomocnik głównego inżyniera tej fabryki jest przez nas przekupiony. On wie dokładnie,

gdzie co jest. Tam jest jeden nieduży budynek na skład desek. O tym nikt nie będzie wiedział. Tam leży dużo wiórów, wióry się zapalą, wybuchnie pożar.

 

– No to go zgaszą.

 

– Nie zgaszą pożaru – uśmiechnął się szef szpiegów i przymrużył oczy. – Bo tak

się dziwnie stanie, że akurat pęknie główna rura wodociągowa i w całej fabryce nie będzie

ani kropli wody. Wasza królewska mość będzie spokojny.

– A robotnicy czy zginą? – zapytał znów Maciuś.

 

– Pożary zwykle wybuchają w nocy, więc dużo robotników nie zginie. A w razie

wojny zginęłoby ludzi sto, tysiąc razy więcej.

 

– Wiem, wiem – powiedział Maciuś.

Zachód – który przez ostatnie 30 lat polegał na gwarancjach bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, mogąc tym samym koncentrować się na budowaniu softpower pod parasolem bezpieczeństwa USA – niestety o tym zapomniał. Patrząc na świat z wyżyn moralnych, politycy nie mają najmniejszej ochoty brudzić sobie rąk akcją ofensywną; atrofii uległa nawet zdolność samego myślenia o nich. Propozycje zmiany tego stanu rzeczy spotykają się w najlepszym razie z niezrozumieniem, a w najgorszym z oburzeniem moralnym.

 

„Kolektywny Zachód” nie rozumie więc, że odpowiadając na ataki hybrydowe, w pewnym momencie trzeba sięgnąć po własne działania ofensywne – a przynajmniej nie rozumiała tego znaczna część uczestników warsztatów, w których brałem udział – choć rozumieli to Amerykanie, którzy „na swoim grzbiecie” i dzięki ofierze krwi swoich żołnierzy, a także za cenę krwi swoich wrogów porządek świata ostatnich 30 lat utrzymywali. Teraz i w nadchodzących latach Amerykanów w takim wymiarze i w takiej formie, jak miało to miejsce przez ostatnie trzy dekady, z nami nie będzie. Nasi politycy muszą tę nową rzeczywistość zaakceptować i stawić jej czoło. Muszą, innymi słowy, wzorem króla Maciusia, poczuć brzemię władzy.

 

Wasza królewska mości, musimy tak zrobić – wtrącił nieśmiało prezes ministrów.

Ja wiem, że musimy – z gniewem powiedział Maciuś. Więc po co mnie pytacie się, czy pozwalam.

 

Nam nie wolno inaczej.

 

Usiadł Maciuś przy oknie i – patrzał, jak Stasio, Felek i wszyscy chłopcy wesoło

wozili się sankami. Oparł ciężko głowę na rękach i pomyślał:

Teraz rozumiem, dlaczego smutny król tak smutnie gra na skrzypcach. I rozumiem,

dlaczego on wtedy nie chciał, a musiał ze mną prowadzić wojnę.

Materiały do pobrania
Finlandia, król Maciuś i brzemię władzy
Autor Albert Świdziński
Dyrektor analiz w Strategy&Future.
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką prywatności.