Mapy mentalne – czy one w ogóle podlegają zmianom?

Bardzo często w naszych rozważaniach pada określenie: mapy mentalne. Stare mapy mentalne polityków albo społeczeństwa czy poszczególnych ludzi. Czasem wspominamy o mapach amerykańskich albo polskich elit. Innych narodowości też.

(Fot. pxfuel.com)

Chciałabym powiedzieć kilka zdań na temat naszych polskich map mentalnych, ścieżek myślenia, które ukształtowały się jeszcze w czasach PRL albo i dawniej. Tak jak ja to widzę i jak pamiętam. Taka sztafeta pokoleń.

 

Urodziłam się, dorastałam i nawet spędziłam wczesną dorosłość w PRL; na własne oczy oglądałam transformację ustrojową i kolejne meandry naszych reform, zmiany rządów i nastrojów wśród ludzi. Ze swego wczesnego dzieciństwa pamiętam jeszcze ludzi (normalnie funkcjonujących w społeczeństwie) z numerami obozowymi na przedramieniu (mój dziadek też taki miał). Trauma wojny była jeszcze wszechobecna. Wspomnienia dotyczące wojennej kaźni były bardzo świeże. Jako nastolatka zwiedzałam Majdanek i rozmawiałam z byłym więźniem, który akurat tam się znalazł. Z tej perspektywy sowiecki socjalizm wydawał się nie aż taki zły; podkreślam: socjalizm, a nie stalinizm. Co do stalinizmu, to ludzie sobie tłumaczyli, że to „błędy i wypaczenia” , że minęło. A tej nielicznej garstki, która miała inne zdanie, jakoś nie było specjalnie słychać. Ludzie chcieli żyć, mieli dzieci, jakoś to szło do przodu, a ZSRR był potężny i niezwyciężony. Naprawdę, wyglądało to na układ ostateczny, spetryfikowany i dający się zmienić tylko kosztem morza przelanej krwi. A i to niekoniecznie. A na to ludzie z traumą II wojny światowej już nie mieli ochoty ani siły. Dodatkowo weszła powszechna edukacja, służba zdrowia i praca w „mieście” praktycznie dla każdego. No i propaganda, która nachalnie podkreślała te zdobycze socjalizmu i to, że zawdzięczamy je Związkowi Radzieckiemu.

 

Trwało to dosyć długo i pewnie trwałoby do dziś, gdyby nie to, że socjalizm jako ustrój gospodarczy okazał się niewydolny. Dlaczego tak jest, chyba nie muszę tłumaczyć; w skrócie: to dobry ustrój, pod warunkiem że ktoś do niego dopłaca; sam nie generuje wzrostu. No i powoli zaczęło się sypać, Gierek trochę próbował to podkręcić, ale wystarczyło na krótko, a ceną było zadłużenie.

 

Ludzie byli zdezorientowani, ale widzieli (bo powoli ten i ów wyjeżdżał na Zachód), że tam, czyli na Zachodzie i w Ameryce (robiło się takie rozróżnienie), jest super. Wszystko pasuje, jest czysto, ludzie żyją w luksusie i bezpieczeństwie. Zaczęło się porównywanie, a propaganda nie zasypiała gruszek w popiele, o nie. I wychodziło na to, że Polacy to lenie, brudasy, głupki, nawet posprzątać u siebie nie potrafią. Jechał taki dziennikarzyna do Holandii, czy gdzieś tam; dostał tzw. „dietę”, czyli parę dolarów, i opisywał, co zobaczył, starając się te dolarzyny przywieźć z powrotem do Polski. A na wyjeździe jadł wałówkę przywiezioną ze sobą. Nie muszę chyba dodawać, że tekst był prawomyślny i pisany pod aktualnie obowiązującą tezę; nawet nie trzeba było cenzurować.

 

O co chodziło z tymi dolarami, które nie były po prostu pieniędzmi, tylko właśnie dolarami, albo dewizami (dotyczyło to też innych walut zachodnich; wschodnie nie nosiły tego miana)? Czarnorynkowy kurs dolara (a więc ten realny) był taki, że przeciętny zarobek w Polsce wynosił kilkadziesiąt dolarów. Byle chłystek, który przyjechał „stamtąd”, czyli z mitycznego Zachodu, był tutaj panem. Mógł kupić wszystko i na wszystko sobie pozwolić, i jeszcze w pas mu się wszyscy kłaniali. I odwrotnie, jechałeś tam i byłeś dziadem, bo lody czy najtańszy posiłek to mogła być duża część twoich dochodów. Do rzadkości wcale nie należały historie, kiedy polscy sportowcy bywali przyłapywani na drobnych kradzieżach w marketach, a polscy lekarze czy naukowcy pracowali przy zbiorach szparagów czy truskawek. W dodatku rzadko kto umiał mówić po angielsku.

 

Jak się można domyślić, to wszystko nie budowało poczucia dumy narodowej ani pewności siebie. Wiedzieliśmy, że tam, na Zachodzie jest lepiej, że żyją tam mądrzejsi ludzie, którzy wiedzą co i jak.

 

Dlatego jak nastąpiła transformacja ustrojowa, kupowaliśmy wszystko, co nam wrzucili, i marzyliśmy o tym, aby być prymusami w szkole dostosowywania się do wymogów unijnych. Sama pamiętam zmiany norm (tych technicznych), przepisów i ogólnie prawa. Aby tylko było zgodne, bo inaczej nas nie przyjmą. Zakłady produkcyjne padały jeden po drugim, łącznie z kolebką Solidarności, ale wielu myślało, że tak trzeba, bo doradcy z Zachodu tak mówili.

Gwoli ścisłości, to sporo z tych, co tu przyjeżdżali, mówiło całkiem rozsądnie; miałam okazję zetknąć się z kilkoma osobiście. No i oni nie byli tak entuzjastyczni wobec kapitalizmu jak my, neofici.

 

Trudno mi powiedzieć, kiedy zaczęło się powolne i mozolne wyrabianie sobie własnej opinii. Zapewne u jednych szybciej, u innych wolniej; są tacy, co jeszcze tego procesu nie zaczęli. Truizmem jest powiedzenie, że najłatwiej poszło to u ludzi młodych; wielu z nich zna angielski i daje radę. Dla nich praca to praca; zależy, ile można zarobić i jakie są warunki, a nie że płatna w dolarach na przykład. Moim zdaniem proces przeróbki mentalności w Polsce jeszcze się nie zakończył i trwa w najlepsze. Elity mamy, jakie mamy; podlegają one takim samym procesom jak tzw. społeczeństwo i za nim podążają. Inaczej nie wygrają wyborów i utracą władzę.

 

Ostatnie wydarzenia boleśnie przekonują nas co do sposobu myślenia tego całego Zachodu i co do tego, czym on się tak naprawdę kieruje. Budzimy się z głębokiego snu pełnego majaków i koszmarów. Dochodzi do tego jeszcze głęboko zakorzeniony strach przed Rosją i jej „cywilizacją” pomieszany z pogardą i rozbawieniem (piorunująca zaiste mieszanka), ale to już temat na inny esej. Co do zmian mentalności, to powiem jedno: na siłę się nie da, zalecam mozolne tłumaczenie, cierpliwość i informację.

 

Może się uda.

Materiały do pobrania
Mapy mentalne – czy one w ogóle podlegają zmianom?
Autor Aleksandra Chojnacka
Absolwentka Politechniki Warszawskiej, obserwująca z perspektywy Radomia narodziny i wzrost III RP, matka Polka (i babcia też). Pracująca w różnych zawodach (ostatnio jako nauczycielka w szkole zawodowej). Od kilku lat fascynatka i entuzjastka geopolityki.
Ta strona używa cookies i innych technologii. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z Polityką prywatności.